środa, 16 września 2009

Powrót komunistów

Jeszcze kilka tygodni przed wyjazdem do Francji szukałem koncertów jednego z moich ulubionych zespołów - Manu Chao. Tak się złożyło, że mieli grać w jednej z pobliskich dzielnic Paryża właśnie wtedy, kiedy planowaliśmy tam być.

Jak się już dowiedzieliśmy na miejscu Fete de l'humanite - tak nazywała się impreza - jest gigantycznym komunistycznym zlotem. Tak, ja też byłem zdziwiony. Lecz koncert koncertem, chcieliśmy na niego pójść.
Nadszedł ten dzień, wyruszyliśmy z domu później niż zwykle, bo koncerty to sprawa wieczorna, a cały dzień na nogach to samobójstwo. Pojeździliśmy na rowerkach po mieście i po 9-tej wsiedliśmy w metro i wtedy się zaczęło. Już w metrze było tłoczno, ale to była cisza przed burzą. Po metrze był autobus, to wyglądało już jak nocny bus wracają z Pól Marsowych w Juwenalia. Następne 3km zajęły nam godzinę, ludzie byli wszędzie. Dotarliśmy na miejsce z porządnym opóźnieniem, ale skoro już tyle za nami, to nie ma co wracać. Dotarcie w okolice sceny graniczyło z cudem, ale w końcu udało się! Zagęszczenie ludzi były kilka razy większe niż w nocnym autobusie. Dobrze, że nie wzięliśmy ze sobą wartościowego (oprócz butelki Bordeaux)
Prawdziwą wyprawą był powrót. Francuzi naprawdę zapragnęli komunizmu i kolejkowanie do autobusu trwało ok. godziny. Kolejne przepychanki przy wejściu do metra.
W ten sposób wylądowaliśmy na dworcu wschodnim 20 minut po ostatnim pociągu. Usiedliśmy na przystanku nocnego autobusu z naszym winem (korkociąg pożyczyłem z domu, a kubki dostaliśmy razem z biletem - pomysłowe). Autobus to niestety nie to samo co pociąg. Z pół godziny zrobiło się półtorej, więc do domu doszliśmy dopiero po czwartej rano.

Bilety okazały się 3-dniowe, więc to był dopiero pierwszy dzień komunistycznej imprezy.
Jak się okazało później na imprezie było około pół miliona ludzi.

Na drugi dzień postanowiliśmy pójść wcześniej, żeby nie marnować czasu w autobusach. Tym razem udało mi się zabrać kamerę, więc na pewno dodam w późniejszym czasie jakiś filmik.
Dzień ostatni był już zupełnie luźny, nie było już tak strasznego tłoku i zrobiłem trochę fotek.

Ale może trochę o samej imprezie. Oprócz koncertów takich zespołów jak Manu Chao, The Kooks czy Deep Purple działo się tam mnóstwo rzeczy. Były polityczne dyskusje, czyli o tym, jak to jest źle we Francji i jak bardzo chcemy wprowadzić komunizm (chyba nie wiedzą jeszcze co to jest;) Najciekawszą partią była chyba Vilage du Monde, globalna wioska, ale proszę nie mylić z Internetem. Była to mieszanka wszystkich kultur świata, w każdym miejscu inna muzyka, inne potrawy. Można było zobaczyć jak bawią się Irańczycy, jak smakują Tureckie słodyczy, libański aperetif czy potrawy z Senegalu, Kongo lub Madagaskaru. Było też sporo jedzenia francuskiego wytwarzanego jak kiedyś. Wielkie suszone kiełbasy czy ogromne żółte sery. Największe wrażenie kulinarne robiły kolorowe słodycze.

1 komentarz:

  1. Dobrze ze sa blogi wiec i ciotka dowie sie jak wygladala ta" fete l'Huma "

    OdpowiedzUsuń