środa, 9 września 2009

Zaskoczeni po raz kolejny

Kolejny dzień, kolejne niespodzianki. Przyjeżdżając tutaj trzeba być przygotowanym na to, że coś cię zaskoczy. Byleby w pozytywnym sensie!

Gdyby coś Wam się zgubiło w Paryżu, czy to zostawicie kurtkę na dworcu, czy okulary w restauracji, możecie zakładać, że nadal leży w tym samym miejscu. Przynajmniej tak pokazuje nasze doświadczenie.

Nasza wycieczka zaczęła się jak zwykle od dworca wschodniego, tym razem nie skorzystaliśmy z metra, ale z własnych nóg. Nieopodal znajduje się kanał St-Martin, który poprzecinany jest ciekawymi mostkami i śluzą. Czasem mając szczęście można zobaczyć jak mozolnie przepływa przez niego jakiś stateczek. Wtedy ruch uliczny na chwilę staje, a mosty chowają się (nie powiem podnoszą się, bo są to mosty przesuwane, nie podnoszone). Jeśli ktoś miałby ochotę zobaczyć to wszystko z drugiej strony, jest możliwość przepłynięcia kanału na statku Canauxrama. Po drodze na obiad odwiedziliśmy sklep Darty, odpowiednik naszego Mediamarkt. Sprawdzaliśmy ile kosztowałby ewentualny sprzęt AGD do pokoju w Barcelonie. Muszę przyznać, że byliśmy mile zaskoczeni, bo mały automat do kawy czy toster kosztuje 9€. Pewnie zepsułby się po pół roku, ale w końcu na tyle go potrzebujemy.

Skoro piszę już o wyposażeniu mieszkanka, to muszę wspomnieć o rzeczach bardziej przydatnych niż toster. Mianowicie nasz akademikowy lokal nie będzie wyposażony w pościel i tzw. podstawowe wyposażenie kuchenne, cokolwiek się kryje pod tą nazwą. Były 3 możliwości, wypożyczyć (9€/miesiąc na osobę), przywieźć (wolę nie wiedzieć, ile to waży) lub kupić na miejscu. Po tym jak zobaczyliśmy ceny zdecydowanie kupić! Tu z pomocą przyjdzie IKEA, która jest kilka kilometrów od nas, a ceny są naprawdę jak u nas albo niższe. Właściwie całe wyposażenie do kuchni, razem z patelnią, garnkami, kieliszkami do wina i co najważniejsze korkociągiem to wydatek ok. 45€.

Wracając do Paryża. Obiad znów we Flunchu. Niby mniej francusko niż w knajpce (i taniej), ale ma też to swoje plusy. Polecam to miejsce ze względu na jedną rzecz. Można zobaczyć potrawę zanim się ją zje. To trochę jak z pisaniem w Wordzie, taka restauracji What-You-See-Is-What-You-Get. Przydatne dla tych, którzy są niezdecydowani, albo nie lubią przedzierać się przez kolejne strony menu, napisanego w obcym języku.

Tym razem zaserwowaliśmy sobie, talerz surówek, łososia z dodatkami i najważniejsze - deser - tarta cytrynowa z bezą i mus czekoladowy. Oczywiście tradycyjnie do wszystkiego winko. Obiad zjedzony po francusku, trwało to ponad godzinę. Tak jest zdecydowanie miłej i zdrowiej!

A czym jeszcze zaskakuje Paryż. Na przykład tym, że w parku można zobaczyć profesjonalną sesję zdjęciową, a w korytarzach metra można poczuć się jak na koncercie w operze. Magiczne jest to jak idzie się tą plątaniną korytarzy i zaczyna słyszeć muzykę. Tylko skąd ona dochodzi? Po chwili dotarliśmy do kilkunastoosobowej orkiestry: skrzypce, skrzypce, wiolonczela, kontrabas i jeszcze raz skrzypce.

Dla tych którzy lubią kawę - mimo, że to nie Włochy, kawa tez jest dobra - ważna informacja: kawa wypita przy barze jest tańsza, niż ta, którą wypijemy siedzą przy stoliku dosłownie 2 metry obok. Oczywiście jak ktoś jest zmęczony to rozsądnie jest usiąść, ale jeśli zaczynamy dopiero dzień, stanie przy barze nie będzie nam przeszkadzać. Poza tym jest w tym coś fajnego.

Kolejną rzeczą, która zadziwia są ciastkarnie. To, co francuscy piekarze potrafią zrobić z cukru, przechodzi ludzką wyobraźnię. Najbardziej oryginalny był pomysł ekskluzywnej ciastkarni, gdzie z biało-różowych biszkoptów ułożona była wieża Eiffle'a.

Jako, że późno wyruszyliśmy na miasto, do późna też zostaliśmy. Paryż wieczorem jest bardzo głośny, muzycy grają na ulicach, wszystkie knajpki pozajmowane, a Ci, którzy nie chcieli skorzystać z drogiego menu, jedzą kolację nad brzegiem Sekwany, popijając czerwone wino. Gdzieś między uliczkami Dzielnicy Łacińskiej, w pobliżu Notre Dame, znaleźć można dość popularną. Księgarnię Shakespeare. Parter zajmuje księgarnia, a góry jest czytelnia ze starymi książkami i pokój, gdzie odbywają się spotkanie literackie. Wszystkie książki są w języku angielskim, więc nic dziwnego, że jest to miejsce spotkań Anglików. Ilość książek zniewala, są wszędzie między podłogą, a wysokim sufitem. Wnętrze wypełnione jest też antykami, stare krzesła z teatru, rozwalające się kufry wypełnione albumami o starym Paryżu. Część książek leży na zewnątrz. Przechodząc można usiąść w cieniu na starej skrzyni i poczytać książkę.

Skoro mowa o książkach, to tym razem polowanie się nie udało. Znów byliśmy na bulwarze St-Michel, ale bardzo późno, więc zakupiliśmy tylko jedną książkę. Nie to, co wczoraj. Muszę dodać, że nasze wczorajsze zdobycze to nie byle jakie książki. Używane, ale jakie tytuły Za 80 centów kupiliśmy Władcę Pierścieni po francusku. Oprócz tego powiększyliśmy swoją kolekcję o Harrym Potterze za grosze. Ja natomiast dostałem Kod Leonarda, może w końcu przeczytam. A dzisiaj podobno mają być Opowieści z Narnii. Nie można się dziwić Francuzom, że lubią czytać, skoro książki kosztują tak mało!

Kończę na dziś, bo czas ruszać w następną podróż.

I pamiętajcie, będziecie zaskoczeni! Ja jestem po raz kolejny!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz