piątek, 25 września 2009

Na granicy hiszpańsko-polskiej

Pewnie zastanawiacie się, gdzie to jest. Już Wam mówię, dokładnie w miejscu, w którym mieszkamy. Właśnie tu można w ciągu chwili przejść z Polski do Hiszpanii, przynajmniej kulinarnie. Wczoraj zorganizowaliśmy szaloną ucztę, której nie powstydziliby się nawet sarmaci, ale po kolei.

Pomysł powstał dużo wcześniej, wystarczyło tylko wybrać dzień, wybrać potrawy i zaprosić gości. Dzień wybrał się sam. 24 września to święto Barcelony, każdy ma wolne i chce się bawić. W całym mieście była fiesta (która trwa w zasadzie od środy do niedzieli), u nas też!
Następna rzecz to potrawy. Szukaliśmy czegoś polskiego. Jak się później okazało wybór dania to pikuś, ale znalezienie składników to inna bajka. Poinformowaliśmy gości i wybraliśmy się na zakupy.


Polskie pierogi ruskie

Nazwa może myląca, ale one są nasze! Przepis prosty, przygotowanie wymaga jednak trochę wprawy. Szczerze mówiąc to były nasze pierwsze pierogi. To jeszcze nie był problem, problemem był brak naszego, polskiego, białego sera. Znaleźć tu można każdy ser, ale nie taki zwykły. Jeden jest słony, drugi gumowaty, inny nie ma smaku. Nie wiadomo co gorsze.
Rozwiązaniem było zrobienie bardziej ziemniaczanego farszu i dodanie sporo przypraw oraz cebuli. Inna sprawa to ziemniaki, które są tu wiecznie młode, więc farsz jest dość lepki. Ostatecznie wyszło smacznie. Blat kuchenny zastąpił nam stolnicę, butelka po winie wałek, a ciasto wykrajaliśmy szklanką. Gotowe pierogi lądowały na okapie, jako, że nie było już nigdzie miejsca. Wierzcie mi, nasza kuchnia nie jest dwuosobowa, a przygotowanie 3 dań w dwóch garnkach byłoby niemożliwe (z pomocą przyszedł nam Artur).
Jak wyszły pierogi? Oceńcie sami, poniżej fotki. Jeśli chcecie ocenić smak, mamy jeszcze kilka do spróbowania, może zdążycie :)


Rosół i sałatka tradycyjna

To już chyba typowo nasza potrawa. I to nie był jakiś rosół z kostki, prawdziwy z kurczakowych nóg. Tu pokłony należą się w 100% Asi, która zrobiła to cudo zupełnie sama. My wtedy zajmowaliśmy się sałatką tradycyjną, z którą też było ciekawie. Kupienie w Polsce potrzebnych składników ogranicza się do pójścia do najbliższego warzywniaka. Jest tam wszystko. Ale my, my jesteśmy w Hiszpanii. Selera nie udało się znaleźć. Pietruszka kosztuje 12zł za kilogram. O ogórki kiszone nie ma co pytać, swoją drogą ciekawe czy mają takie słowo. Przeszukałem całe Alcampo (hiszp. odpowiednik Auchan), bezskutecznie. Na szczęście w pobliskim sklepie udało nam się znaleźć ogórki konserwowe. To uratowało sałatkę.


Tak właśnie wyglądało Polskie menu. A co znalazło się w hiszpańskim? Posłuchajcie...

Tortilla de patatas
Danie proste i zarazem bardzo pożywne. Znajdują się tu głównie ziemniaki, cebula i jajko. Zrobione w całości na patelni. Wygląda trochę jak ziemniaczany tort. Najlepiej jest na ciepło (na szczęście mamy mikrofalówkę)

Pa amb tomàquet
Bardzo przyjemne, szybkie do zrobienia danie katalońskie. Wystarczy pokroić na kawałki bagietkę (pa po katalońsku), wysmarować ją pomidorem (tomàquet), polać oliwą. Najlepiej jeść z jamon, czyli hiszpańskim suszonym mięsem. My dodatkowo próbowaliśmy jeść to z serem żółtym (queso) i polędwicą (lomo).

Pastel de queso
Na deser był hiszpański sernik i dodatkowy czekoladowe lody polane katalońskim likierem (Crema Catalana - w zasadzie normalnie jest to, coś na wzór franc. Creme brulee, ale likier używany do tego deseru nosi tę samą nazwę)


Oczywiście wszystko jak należy było popijane czerwonym winem, białym do deseru i oczywiście Sangrią w między czasie. Muszę przyznać, że to był jeden z najdłuższych posiłków w moim życiu. Było tego sporo, pewnie przez najbliższy tydzień będziemy kończyć to jedzonko. A już umówiliśmy się wstępnie na następny raz. Może tym razem schabowy albo placki ziemniaczane.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz