No ale kiedy wysiadłem w końcu na południowym lotnisku pierwsze kroki skierowałem do informacji z pytaniem jak mogę dojechać do La Laguny. Przywitał mnie miły pan radośnie wołając "Hola". Pozwolę sobie tutaj powiedzieć trochę o tutejszych powitaniach:) Dzień dobry to Buenos dias, ale przyznam, że ani razu nie słyszałem tego zwrotu... kiedy wchodzi się do sklepu, albo mija z kimś w akademiku da się słyszeć tylko radosne "Hola". Wczoraj na przykład wchodziłem do pubu i przy wejściu stała akurat kelnerka koło trzydziestki przywitaliśmy się tak jak należy po czym usłyszałem pytanie "Que tal?" które znaczy tyle co "Co słychać?". Przyznam, że bardzo mi się to spodobało:) Nie wiem tylko, czy zdążyła mnie już zapamiętać, czy tak tu po prostu jest:P No ale wracając do informacji. Z Południowego lotniska co pół godziny odjeżdża autobus 111, który zawiózł mnie do samego Santa Cruz de Tenerife. Ze stolicy wyspy do San Cristóbal de La Laguna da się dojechać kilkoma autobusami, albo tramwajem. całkowity koszt transportu, to jakieś 7-8 euro, a czas? Jeśli mamy pecha i musimy czekać na autobus to 2 godziny.
Tubylcy to bardzo mili ludzie, chętnie pomogą i pokażą drogę:) a także puszczą pieszego na pasach, do czego powoli zaczynam się przyzwyczajać. Miałem raz taką sytuacje, że stałem na chodniku i zastanawiałem się w którą stronę mam pójść. Z zadumy wyrwał mnie klakson... Jak się okazało, jakaś kobieta zatrzymała się przede mną i radośnie machała mi, żebym przeszedł przez jezdnie. Minusem natomiast jest to, że nie znają tutaj angielskiego. Ale dzielnie próbują coś wytłumaczyć, albo proszą o pomoc kolegów, którzy lepiej angielski znają:) tak czy owak ważne pojęcia to autobus (tutaj zwany guagua, który brzmi trochę jak "głała") i tramwaj, czyli tramvia (trambija).
Na temat mojego dojazdu powiem tyle, że pobłądziłem... z Santa Cruz wyjechałem autobusem, ale przegapiłem przystanek i ostatecznie wysiadłem 10 km za moim nowym miastem. Na szczęście udało mi się w miarę tanio i szybko wrócić. Jednak kolejnym problemem było to, że nie miałem pojęcia w którą stronę się udać. Kiedy pytałem ludzi, zazwyczaj nie znali adresu (teraz się nie dziwie, bo to obrzeża miasta) w końcu jednak zmęczony i obolały znalazłem akademik. na spotkanie wyszedł mi jakiś człowiek i oznajmił, że akademik jest zamknięty i otwierają dopiero następnego dnia. przyznam, że lekko mnie to zirytowało, ale człowiek był bardzo uprzejmy (pierwszy, który znał angielski:P), znalazł tani hostel w okolicy, zadzwonił i zapowiedział, że przyjdę. Tak więc pierwszą noc spędziłem w ciasnym pokoju blisko centrum. Po przebudzeniu i szybkim śniadaniu popędziłem znów do akademika i teraz już bez większych problemów dostałem zakwaterowanie. Przy okazji już wypełniając dokumenty w rejestracji poznałem pierwszą koleżankę z Polski:)
Pokój...
Trzeba przyznać, że jest bardzo przestronny, ale przez to też i smutny, ale powoli powoli pokój się zapełnia robiąc się bardziej przytulnym:) na polskie warunki byłby to pokój dwu, albo trzyosobowy, ja mam go tylko dla siebie za to na dzień dobry dostałem tylko stół, dwa krzesła i łóżko, no i zabudowaną szafę. Pierwszy odruch, włączyć kompa i dać znać wszystkim, ze dotarłem szczęśliwie... pierwsze rozczarowanie? nie ma internetu:P Kasi natomiast najbardziej przeszkadzał brak lodówki;) fakt faktem, do dziś kuchnie remontują i jest nie do użycia, a lodówka, którą w niej widziałem nie jest zbyt pokaźna (a powinna starczyć dla całego akademika:P) no ale po czasie okazało się, że z tym internetem i tak nie jest najgorzej, bo owszem jest... tylko, że parę metrów dalej w innym budynku, oraz dookoła niego. Mówi się trudno. No ale już pierwszego dnia zostałem porwany na "welcoming day" organizowane przez całkiem aktywną organizacje studencką AURI. Tam poznałem jeszcze jedną polkę i polaka, oraz paru ludzi z innych krajów i już tam się okazało, że znajomość angielskiego jest... nie całkiem wystarczająca:P większość ludzi mówi tylko po hiszpańsku, ale są też osoby, z którymi można porozmawiać:) niestety... pracownicy uczelni też mówią po hiszpańsku:P No ale jest dobry powód, żeby wreszcie się tego języka nauczyć;) AURI organizowało różne spotkania i imprezy codziennie aż do następnego tygodnia. Zwiedzaliśmy miasto z przewodnikiem (na szczęście była też grupa angielska) byliśmy u stup wulkanu a także we wulkanie (w tutejszym muzeum). Na szczyt Teide (ponad 3700mnpm) można wejść bez problemu, lub wjechać kolejką linową. Tylko trzeba to odpowiednio wcześniej zgłosić w radzie miasta w La Lagunie. Krajobraz przyznam naprawdę ciekawy:) Zdjęcia powrzucam, jak tylko zgram je na komputer, a to trochę czasu mi zajmie:) Na kolejnych imprezach poznawałem coraz więcej ludzi i coraz więcej polek (jest ich jak dotąd 8) nie wiem dlaczego wśród chłopaków jestem z Patrykiem sam, ale nie będę przecież narzekał;) niestety nie znam nikogo, kto by ze mną studiował. Bo Erasmusi mówią po angielsku, ale tutejsi jak już wspominałem naprawdę słabo, albo wcale.
Imprezy i zwyczaje:)
Zacznę od najważniejszej rzeczy. Wyspy kanaryjskie, to politycznie Hiszpania, jednak jeśli tutejszego człowieka nazwie się Hiszpanem ma prawo się obrazić. mieszkają tutaj Kanaryjczycy, którzy bardziej uważają się za Afrykańczyków niż europejczyków i należy to uszanować;) jeśli chodzi o zwyczaje... o powitaniach już mówiłem, jeśli chodzi o pożegnanie jest podobnie:) nie mówimy adios, czyli żegnaj/do widzenia, tylko hasta manana, albo hasta luego co znaczy odpowiednio do jutra i do zobaczenia. Kanaryjczycy to ogólnie bardzo wyluzowani ludzie:) Powszechnie stosowana jest manana (dosłownie jutro) czyli coś w rodzaju "co masz zrobić dziś, zrób jutro". Ważna jest też siesta. na najgorętsze godziny południowe są zamykane sklepy i biura, ludzie chowają się w domach, na ulicach widać tylko turystów, a i tak niewielu:) Okna zasłaniane są wielkimi żaluzjami, które przepuszczają powietrze, ale nie wpuszczają słońca. Wyspa śpi i zbiera siły na noc;) oj... ciężkie są tutejsze imprezy:P jeśli wybierzemy się do klubu lub pubu tak jak u nas, czyli koło 20-22 to zastaniemy pustki, albo turystów. Prawdziwe kanaryjskie imprezy zaczynają się koło 12. Pojawia się wtedy naprawdę dużo tubylców, ludzie klepią się po plecach na przywitanie, lub całują w oba policzki. Powszechne jest tutaj picie piwa (cerveza), jednak tylko małego (około 1.50 euro). Jeśli wybierzemy się wtedy na miasto poszukać miejsca do tańca... Huhu... Ujrzymy dzikie tłumy Kanaryjczyków. Są wszędzie:P na chodnikach, na ulicach, w klubach i pubach. podczas jednej z nocnych wędrówek zaobserwowałem jak wyglądają tutaj tańce. Wszędzie pełno jest małych lokali z wielkim parkietem i barem i kilkoma stolikami. Kanaryjczycy tańczą tłumnie na tych parkietach, a kiedy chcą odpocząć kupują piwo i wychodzą na zewnątrz, ponieważ w środku nie ma gdzie usiąść i jest gorąco. Dlatego wstęp do takich klubów jest darmowy, jednak na parkiecie jest taki tłum, że trzeba tańczyć razem z innymi, w powszechnym ścisku;) Imprezy kończą się nie jak u nas o 3 czy 4 godzinie, ale około 7. wtedy to wszyscy wracają do domów, chyba, że następnego dnia trzeba wstać, dlatego całą noc tłumy są także w środkach lokomocji (w tramwaju zauważyłem nawet specjalnych ochroniarzy pilnujących porządku:P). Osobnym tematem i ciekawostką jest internet... nie wiem dlaczego ani jak, ale tutejsi ludzie prawie go nie używają i naprawdę trudno znaleźć mieszkanie z dostępem do sieci:P
Wiem, że nudziłem strasznie długo, dlatego gratuluje wszystkim, którzy doczytają aż do tego momentu;) ale tak to już jest;) długo nie pisałem, a teraz trzeba było napisać wszystko:P więc... Hasta luego amigos:)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz