piątek, 25 września 2009

I'm from Barcelona



Nadszedł oto czas, żeby podzielić się barcelońskimi spostrzeżeniami. W końcu mieszkamy tu już cały tydzień:) Oto kilka rzeczy, których się nauczyłam przez ten czas:


1.Catalunya No Es Espanya


Nie każdy wie, że Barcelona wcale nie leży w Hiszpanii. Tak przynajmniej twierdzi większość mieszkańców tego pięknego miasta. Katalończycy są niezwykle dumni z własnego języka (swoją drogą niezwykle trudnego, ale o tym potem), odrębnej historii i kultury. Więc kiedy kolejny raz wzdycham dostając uczelnianą ulotkę w języku katalońskim i patrząc błagalnie mówię do pani:
-No versión en español?
Ona tylko wzrusza ramionami i mówi krótko
-Es Catalunya.
Już podczas naszej pierwszej imprezy z sąsiadami zostaliśmy uświadomieni w tym temacie. Mimo tego, że my mówiliśmy raczej po angielsku, a oni w wiekszości po katalońsku nie przeszkadzało nam to w dobrej zabawie.
"Catalunya good" - powiedział jeden z uczestników do mnie - "Espanya blee" - po czym podkreślił to zdanie kciukiem skierowanym w dół.
Śliski temat, myślę sobie więc, nie będę się dopytywać.
Ale kiedy w pięć minut później ten sam człowiek radośnie rzekł mi, że Hiszpania wygrała z Polską w kosza nie wytrzymałam:P
-But "Catalunya no es Espanya", right?
Uśmiechnął się tylko bez słowa. Przez jakiś czas nie mogłam zrozumieć tego fenomenu. Teraz już wiem, że odpowiedź jest prosta.



2. Katalończycy kochają świętować.

Patrząc na nich można naprawdę westchnąć z podziwem. Przede wszystkim dlatego, że tutejsi mieszkańcy świętują w tak ładny sposób. Przedwczoraj wieczorem udało nam się zobaczyć jedną z tradycyjnych katalońskich imprez urządzaną z okazji dni Barcelony. Pochód ogromnych czterometrowych kukieł, idących w towarzystwie roztańczonych Katalończyków grających na tradycyjnych instrumentach i sypiących konfetti. Coś pięknego:)

Nieważne, że gdy zapytaliśmy się z jakiej okazji organizowane jest to święto, nikt nie potrafił nam odpowiedzieć:P
Jeden z naszych znajomych z Polski opowiadał podobną historie:
Ogromna impreza, wiele świetnych koncertów i mnóstwo Katalończyków składających kwiaty pod jednym z pomników. Na pytanie dlaczego to robią, odpowiedzi nikt nie znał (mimo zamieszczonej koło pomnika tablicy pamiątkowej).
-To jest różnica między Polską a Hiszpanią... W Polsce każde najmniejsze dziecko wie, dlaczego mamy jakieś święto. Co nie zmienia faktu, że nikt się z tego powodu nie cieszy. Tutaj wszyscy się cieszą, tylko nikt nie wie czemu:)-podsumował Artur.


3. "Barcelona! Barça, Barça!"

Takie krzyki da się słyszeć za każdym razem, gdy zespół w koszulkach w bordowo-niebieskie pasy wybiega na murawę:) Da się je słyszeć wszędzie: w małych knajpkach w centrum, dobiegające z otwartych okien mieszkań, a nawet na akademikach, gdzie właściciel Frankfurtu (czyli miejscowego lokalu) za pomocą projektora rzuca obraz na szybę widoczną praktycznie z każdego mieszkania na głównym placu. Wszystko po to, żebyśmy wszyscy mogli przyłączyć się do kibicowania. W końcu kolejna wygrana to kolejna okazja do świętowania. A wtedy... patrz punkt drugi:D


4.Run baby, run!

Podobno gdzieś w zakamarkach barcelońskich ulic kryje się szkoła dla kieszonkowców. Okryta światową sławą, ściąga fachowców z całego świata, chętnych do dokształcania się w zakresie swojego fachu. Bo w Barcelonie kradną tylko najlepsi. Zawsze bawiło mnie wyobrażenie 20 ławek i sali z tablicą, w której starszawy profesor wykłada przedmiot "budowa kieszeni" albo "techniki odwracania uwagi":) Do czasu kiedy nie przyjechałam tutaj. Wystarczy chwila nieuwagi, dwóch pozornie zagubionych turystów pytających o drogę, my jak zwykle pełni dobrych chęci i nagle myk! Plecaka nie ma. A dwaj zagadujący nas panowie nie wiedzą o co chodzi... Przecież są tylko turystami tak jak my... Na szczęście Jacenty ma długie nogi i biega dość szybko. W końcu zawartość plecaka była droga naszemu sercu! Hiszpańskie wino i paczka chipsów z Alcampo piechotą nie chodzi! Szczególnie dla studentów!:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz