wtorek, 8 września 2009

Paris je t'aime

Podczas, gdy Ela odkrywała pierwsze uroki Erasmsowego życia, a Dominik zmagał się z wyjazdowymi trudnościami, Joka (czyli Asia) oraz Jacenty (czyli Jacek) po raz kolejny odkryli Paryż.
Paryż to jedno z tych miejsc, które można odkrywać bez końca i właśnie wtedy, kiedy wydaje Ci się, że znacie się już jak starzy znajomi, którzy wiedzą o sobie wszystko, wciąga Cię jakiś tajemniczy zakątek, albo pędzący tłum ludzi porywa ze sobą sprawiając że nie masz wyboru - musisz zakochać się od nowa. I mimo, że za każdym razem pokazuje się od trochę innej strony, zawsze są pewne rzeczy, na które możesz liczyć.
Starsi panowie w parku, grający w szachy w cieniu starych drzew, albo emocjonujący się kolejną rozgrywką w boules, przy akompaniamencie wesołych krzyków francuskich dzieci. Zielone krzesła wędrujące z miejsca na miejsce w parku Tuilleries, zdające się żyć własnym, tajemniczym, paryskim życiem.

No i te tysiące maleńkich francuskich knajpek, obok których nie da się przejść obojętnie. Nie tylko z powodu kuszących zapachów, o nie! Najbardziej intrygujący jest widok siedzących tam Paryżan. Eleganckich panów w średnim wieku, z teczkami zawierającymi pewnie mnóstwo ważnych i niezwykle tajnych danych, chłopaków z dredami do kolan, oryginałów w różowych szalikach, lub osobników do złudzenia przypominających wielkiego Alberta Einsteina, pań co sobotę wydających majątek na Champs Élysées, robotników korzystających ze swojej przerwy na lunch, gospodyń domowych i matek z wózkami... Bo serce Paryża jest tam, gdzie są maleńkie francuskie knajpki, gdzie można napić się porannej kawy i zjeść croissant. Tam, gdzie mieszkańcy miasta rozprawiają o wszystkich nowościach, opowiadają sobie o tym jak minął dzień, złoszczą rzucając przez telefon szybkie zdania, w których nie da się rozróżnić słów i śmieją się z opowiadanych żartów.

Ale chyba najbardziej kocham Paryż za książki. Ustawione w wielkich skrzyniach po 20 i 50 centów po angielsku i francusku. Za te sześć kilo świetnych książek przywiezione triumfalnie do domu z wczorajszego buszowania. Za te dwie godziny kiedy z Jacentym zamieniliśmy się w rasowych myśliwych w dwupoziomowym paryskim antykwariacie. I za te kilka tysięcy stron, nad którymi z radością będę przesiadywać w długie zimowe wieczory. Ale zaraz, zaraz... przecież w Hiszpanii nie ma długich zimowych wieczorów:D To może jednak damy trochę Eli;P

A to nasz pierwszy studencki obiad w Paryżu;) Polecamy restaurację Flunch

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz