sobota, 24 lipca 2010
Książki
Trochę inaczej wygląda to w Portugalii. Powiedziano mi, że tam się za bardzo nie czyta i ceny są wysokie. Problem trochę jak z kurą i jajkiem. Nie wiadomo czy nie czytają, bo drogie. Czy drogie, bo nie czytają. Nawet jeśli znajdzie się książki używane, to ceny nie spadają poniżej połowy ceny nowej książki.
W Hiszpanii było jeszcze inaczej. Książki w księgarniach średnio-drogie, jak na moją kieszeń to nawet drogie. Połowa książek jest sprzedawana w ciągu jednego dnia (23. kwietnia). Na szczęście jest alternatywa. Jak zawsze w Hiszpanii trzeba się trochę naszukać, żeby ją znaleźć, ale za to jest naprawdę tanio. Na jednej z większych (i dłuższych ulic) jest mały garażyk, w którym można wziąć książki. Leżą tam całych dzień i czekać na czytających. Wszystko za darmo. Pozycje są w przeróżnych językach. Haczyk jest taki, że napis “książki za darmo” jest po kataloński, więc warto by sie nauczyć choć tej frazy.
piątek, 23 lipca 2010
Toma tu café en España
Poranne picie kawy nie było tylko metodą na obudzenie się, ale też możliwością połączenia się z cywilizacją (zakładając, że Wi-fi było dostępne), ustalenia planu dnia czy dopisania czegoś do dziennika podróży.
Po tych 3 tygodniach, konkurs na najtańszą kawę wygrała Zaragoza (całe 60 centów). Natomiast najdroższą kawę kupiliśmy w małej miejscowości (ok. 3000 mieszkańców) w Dordogne. 2 euro i 40 centów za zwykłe cafe au lait.
czwartek, 22 lipca 2010
Mała Bretania
Źródło Flickr
poniedziałek, 19 lipca 2010
Góra piachu
.jpg)
Odgłos oceanu, zachodzące słońce, potem nieprzeciętnie gwieździste niebo. Wspaniałe miejsce na nocleg. Jedyną problemem była niska temperatura, ale tuż po wschodzie ten problem zamienił się w “zbyt wysoka temperatura”. Mimo tego było warto! Widok z sypialnu o poranku – niezapomniany!
środa, 14 lipca 2010
Dzień niepodległości

Szaleństwo
Ja zdaję sobie sprawę, że ten mecz to było 115 minut patrzenia na to, jak jedni faulują drugich (10 żółtych kartek czy więcej?). Zdecydowanie mecz o trzecie miejsce był ciekawszy, ale mimo wszystko warto było czekać, bo bramka była ładna.
Przyznać muszę, że Oviedo było idealnym miejscem na oglądanie finału. Atmosfera, która panowała potem w mieście była szalona. Trąbki, fajerwerki, okrzyki. Klaksony nie przestały trąbić przez następną godzinę. Ludzie wymachiwali flagami, tańczyli na ulicach, jakiś pan udawał, że jest torreaoderem i wymachiwał flagą przed maską samochodu. Inny jechał autem, nie, on jechał na aucie, na jego masce dokładnie. Czysta hiszpańska radość.
niedziela, 11 lipca 2010
Dzień zjednoczenia Hiszpanii
Jak się dowiedzieliśmy nie tak dawno, flaga hiszpańska nie jest dumą dla Hiszpanów. Zwykle wolą flagi własnego regionu. Większość z nich nie lubi Madrytu i bardziej utożsamia się ze swoim miastem. Dobry przykład patriotyzmu lokalnego.

Jednak dzisiejszy dzień jest wyjątkowy. Co jakiś czas słychać okrzyki “viva España”, fajerwerki, wszyscy ubrani w hiszpańską flagę, ogólne zjednoczenie i miłość do kraju pojawiła się dziś w całym kraju. Dlaczego dziś? Bo dzisiaj jest finał mistrzostw świata piłki nożnej, w skrótcie “mundial”. Viva ESPAÑA!!
Pierwsze galicyjskie wrażenie

Jeśli ktoś lubi prawdziwą zieleń Irlandii i nie przeszkadza mu gęsta irlandzka mgła, Galicja będzie dla niego idealna. Jedyna róźnica polega na tym, że ta "hiszpańska Irlandia" jest bardzo górzysta. Kupno roweru jest chyba najbardziej bezsensownym pomysłem. Krótka wycieczka do sklepu zawiera w sobie 2 wejścia i 2 zejścia.
Roślinność przypomina trochę Polskę, dużo kasztanowców i debów. Pogoda jest trochę szalona. Przez 250 dni w roku pada deszcz. Strasznie zimno nie jest, ale wysoka wilgoć, która przedostaje się przez wszystko, naprawdę daje w kość. Po południu potrafi być ciepło. Może nie hiszpańsko ciepło, ale wystarczająco, żeby odziać się w krótkie spodenki. Oczywiście posiadanie bluzy przy sobie jest zawsze dobrym pomysłem, bo pogoda zmienną jest.

Nasz pierwszy galicyjski poranek był bardzo mglisty, a noc, można powiedzieć, że była nawet zimna. Śniadanko w stylu francuskim (tost z dżemem i kakao) i w drogę. Zwiedzanie w mgle nie należy do najbardziej atrakcyjnych, a szkoda, bo Vigo jest bardzo górzyste i zapewnia ładne widoki na ocean. Na szczęście zanim dotarliśmy do głównych atrakcji, mgła zaczeła się rozrzedzać. Miasto nie znajduję się na liście światowego dziedzictwa Unesco, ale nasz gospodarz sprawił, że było warte chodzenia w dół i w górę.

Drugi największy port w Europie jest rzeczywiście spory (dłuższy niż sama miejscowość). Na jednym ze wzgórz znajduję się forteca obronna (na anglików), skąd można zobaczyć cały port (przy dobrej widoczności). Centrum miasta wygląda dość normalnie, duże budynki, duże sklepy. Po spacerze po starówce, przeszliśmy przez małą uliczkę, gdzie skosztować można świeżych małży. Na koniec wycieczka statkiem do sąsiedniej wysepki. Po powrocie z wycieczki zajęliśmy się obiadem, ale o kuchni galicyjskiej napiszę następnym razem.
sobota, 10 lipca 2010
Wenecko


Aveiro nazywane - moim zdanie błędnie - portugalską Wenecją. Może rzeczywiście łódeczki do przewozu turystów są trochę weneckie, ale samo miasto przypomina mieszkanke holenderskich miasteczek (kanały) i portugalskich wiosek (kafelki na ścianach).

Zwiedzanie miasteczka nie zajelo nam duzo czasu, wiec postanowilismy zjesc jeszcze obiadek. Rzecz, której nie mozna opuscic w Aveiro, to "Ovos moles" - lokalna specjalność robiona przez rozbełtanie żółtek z cukrem i wrzucenie i do wrzącej wody. Brzmi dziwnie, ale smakuje genialne. Oczywiście najeść się tym nie można. Potem wybraliśmy się do taniej knajpki na najbardziej popularne portugalskie danie - bacalhau. Podobno istnieje tyle sposób robienia go, ile jest dni w roku. Niektórzy mówią, że jest ich aż tysiąc. Tak czy inaczej, zdecydowanie dużo! My spróbowaliśmy wersję w śmietanie z ziemniakami i cebulą, tzw. "bacalahu com natas".
Gringo i Blanka na przedmieściach Afryki czyli Marakesz za 10 euro
Tytul chwytliwy i miły dla ucha, ale niestety nie do końca prawdziwy. Bo ani ja w Marakeszu nie byłam Blanką ani Jacenty nie był Gringo. Nie zaliczaliśmy się nawet do grupy Hiszpańskich Giris... Przechodząc obok marokańskich straganów otrzymywalismy natomiast setki innych imion. Najczęściej spotyka się E! lub Ejejej! - pospolte zawołanie na zatłoczonym placu. Każdy turysta to dla sprzedawcy także Amigo, bo w koncu przyjaźń zobowiązuje – najczęściej do zakupienia jednego z tysiąca produktów, oczywiście po jak najbardziej okazyjnej cenie (zwykle dziesięciokrotnie przekraczającej ceny dla tubylców).

Marokańczycy to mistrzowie marketingu. Kręcąc się w pobliżu stoisk z jedzeniem co chwilę słyszałam “you’re so skinny, you’re so skinny, you have to eat!” (“jesteś chuda, musisz jeść!”.) Każdy ze straganów zdaniem właścicieli miał co najmniej pięć gwiazdek, klimatyzacje a nawet rekomendacje Roberta Makłowicza. Trzeba przyznać, że choć reklama mocno mija się z prawdą, jedzenie było naprawdę smaczne i tanie. Ale o tym na pewno napisze Jacek – nie mam serca zabierac mu tej przyjemności:)

Przez pierwsze kilka godzin zafascynowani kręciliśmy się po głównym placu pełnym przedziwnych postaci. Zaklinacze węży, treserzy małp, sprzedawcy gołębi oraz muzycy z dalekich stron zjawiają się tam codziennie zarabiając dzięki przyjezdnym. Jednak po jakimś czasie krążenie po placu bardzo męczy – każde zdjęcie, próba nakręcenia filmu a czasem nawet spojrzenie wywołuje niezwłoczne żądnie pieniędzy. Grzeczne podziękowanieza marokańskie usługi nic nie daje – oporny turysta zostanie niezwłocznie przekonany, ze ta oto drewniana kobra to produkt pierwszej potrzeby, że bez zdjęcia z małpą absolutnie nie można wyjechać z Marakeszu, a tatuaż z henny jest niezbędny do szczęścia każdemu, kto odwiedza Maroko.
Zmęczeni nachalnym zachowaniem sprzedawców postanowiliśmy odkryć inne części Marakeszu. Z jasnymi włosami, w sukience do kolan (40 stopni!)– prawdziwa blanca - zupełnie nie pasowałam do tłumu ciemnookich kobiet zakrytych od stóp do głów. Ktoś inny na moim miejscu może byłby przerażony, okazuje się jednak, że mieszkańcy Marakeszu są bardzo tolerancyjni.Poza tym jako muzułmanie mają zakaz zabijania, kradzieży i oszustwa, w mieście można więc czuć się bezpieczniej niż w większości Europejskich metropolii. Niestety, okazuje się że zwiedzanie “nieturystycznej” części miasta wcale nie jest łatwe. Mieszkańcy Marakeszu wolą trzymać obcych z daleka od prawdziwego marokańskiego życia. W końcu turysta jest od tego by płacić – a odpowiednie ceny są tylko na placu. Tysiące razy słyszeliśmy “nie, nie tam nic nie ma”, “ta ulica jest zamknięta” od razu znajdowały się też dziesiątki chętnych by zaprowadzić nas do placa.

Nie tak latwo jednak nas pokonac. Byliśmy uparci – nie przyjechaliśmy po to, żeby przez dwa dni oglądać iluzję dla turystów. I wkońcu po kilku próbach nam się udało. Świat za kurtyną może nie jest piękny w naszym rozumieniu, ale w końcu poczułam, że jest prawdziwy. Biały skuter mknie przez tłum z zawrotną szybkością, wioząc głowę rodziny, jego zakrytą od stóp do głów małżonkę, a w między nimi dwójkę dzieci. Mały osiołek o smutnych oczach próbuje ciągnąć wózek dwa razy większy od niego, a właściciel popędza go z batem w ręce. Pięcioletnia dziewczynka siedzi na małym krzesełku, zarabiając sprzedawaniem ciastek. A wszędzie dookoła ludzie ciągle dokądś idący, zajęci swoimi sprawami i w końcu nie zwracający na nas uwagi. Tylko od czasu do czasu usłyszymy “no, no, placa this way” (“nie nie, plac jest tam”). Ale zaklęcie już na nas nie działa.
Marakesz jest za granicą? Nie, Marakesz jest za przepaścią. Przepaść dzieli nas w sposobie myślenia, religii, otaczającym nas świecie. Ale kiedy następnym razem zobaczycie w Europie zakrytą od stóp do głów kobietę wraz z muzułmańską rodziną, kiedy być może ogarnie Was strach przed nieznanym, pomyślcie o Blance i Gringo wędrujących bezpiecznie po ciasnych i krętych uliczkach Marakeszu. Może jednak możemy się od nich czegoś uczyć?
piątek, 9 lipca 2010
Camino de Outeiro numero 8
Szukaliśmy mieszkania naszego gospodarza. Mieliśmy rozrysowaną całą drogę, uliczka po uliczce. Trochę się pogubiliśmy, ale dojechaliśmy do miasta. Po godzinie znaleźliśmy się w odpowiedniej dzielnicy. Spytaliśmy o drogę, okazało się, że musimy zawrócić.
Następne 15 minut sprawdziły moje 5-letnie doświadczenie kierowcy. Prawdziwy koszmar! Droga była o 15 centrymetrów szersza niż auto. Pewnie nie wierzycie. Podam Wam adres, pojedziecie, uwierzycie!
Kiedy dotarliśmy do celu, okazało się, że nie tak łatwo jest znaleźć dom o numerze ósmym. Poprosiliśmy o pomoc starszego pana. Wytłumaczyliśmy mu całą historię: kogo szukamy, skąd go znamy, dlaczego nie możemy zadzwonić (komórka się rozładowała). Pan zaczął szukać z nami numeru ósmego. Spotkał swoją znajomą, której opowiedzieliśmy całą historię ponownie. Pan poszedł naładować naszą komórkę, a pani opowiedziała nam historię każdego mieszkańca.
Tu mieszka boliwijska rodzina, masa dzieci, duże auto, porządni, nie kradną. Tam dwójka młodych chłopaków. Inna historia o młodej Brazylijce, która flirtowała z kimś przez 5 lat, przyjechała do Galicji, by poznać swojego wybranka i okazało się, że mężczyzna ma 50 lat i 5 dzieci.

Państwo starali się nam bardzo pomóc. Po pół godzinie okazało się, że jest jeszcze druga ulica o tej samej nazwie. Gdy dotarliśmy tam, spytaliśmy o numer ósmy. Niestety nie było takiego. Znów wąskie uliczki, na których ledwo mieście się jedno auto.
Zdesperowani zadzwoniliśmy do naszego hosta, żeby nas odebrał. Chwilę później znaleźlismy się na właściwej - trzeciej tego dnia - Camino de Outeiro numero 8.
środa, 7 lipca 2010
Turystyka ekstremalna
Plany planami, nie zawsze się udało kogoś znaleźć. Zdarza się. Trzeba poradzić sobie jakoś inaczej. Hostel nie był brany pod uwagę ze względów studenckich. W ten sposób stworzyliśmy dwa "nowe" pomysły surfowania.
CocheSurfing (coche - hiszp. auto)
Dość oczywisty i naturalny pomysł kiedy przemieszcza się autem - można w nim przecież też spać. Wypróbowaliśmy go już pierwszej nocy.
Normalnie w każdym autku można rozłożyć siedzenia to tyłu i jakoś się wyspać. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że bagażnik i tylne siedzenie w naszym wehikule załadowane są zawartością mieszkania, w którym spędziliśmy 10 miesięcy (co oznacza, że jest tego dużo!).
W konsekwencji nasz pierwszy nocleg nie należał do najprzyjemniejszych w życiu. Niestety nie było żadnej alternatywy, bo padał deszcz.
KoczoSurfing
Po nocy w aucie stwierdziłem, że więcej tak spać nie chcę. Nie oznacza to, że zamierzam płacić za hostel. Po prostu trzeba znaleźć alternatywne rozwiązanie.
Po noclegu w Toledo, zmierzaliśmy na zachód. Dzień intensywnego zwiedzania i standardowy wieczorny problem: gdzie dzisiaj śpimy. Przydała by sie woda i trochę zieleni. Sprawdziłem mapy Googla, fajne miejsce w okolicy, no to jedziemy. Na miejscu okazało się, że rzeki nie ma tam już od dawna, a w okolicy kręcą się jacyś dziwni ludzie. Jedziemy dalej. Była już pierwsza nad ranem i myśleliśmy tylko o spaniu. Zdesperowani dojechaliśmy do najbliższej większej miejscowości, rozłożyliśmy się w parku z materacem i śpiworkami. Tak przekoczowaliśmy sobie noc ukryci za dużo krzakiem, śpiąć - jak się okazało rano - koło zdechłego ptaka, po którym łaziło mnóstwo mrówek (po nas też chodziły i nie dały nam spać).
czwartek, 1 lipca 2010
Zaragoza - Madrid

Pobudka w Zaragozie była trochę nieprzyjemna, 8. rano, upał, wszystkie kości strzelają. Krótka gimnastyka i ruszamy na zwiedzanie. Pierwszy punkt wycieczki to obowiązkowo kawa. Zadziwiająco tania, bo jedynie 60 centów. Następne kilka godzin szwędaliśmy się po centrum. Przewodnik nas trochę oszukał, bo miejsce zaznaczane jako bardzo interesujące były zwykle i odwrotnie. Ale chyba udało nam się zobaczyć to, co najważniejsze.


Kilka godzin później szukaliśy miejsca do parkowania pod madryckim lotniskiem. Oczywiście darmowa strefa była w znaczącej odległości. Na szczęście było blisko do stacji metra. Było późne popołudnie, więc mieliśmy jeszcze czas na zwiedzanie stolicy. Spotkaliśy się z naszym znajomy z Izraela, którego poznaliśmy tydzień wcześniej w Barcelonie i z naszym brazylijskim przewodnikiem, który miał pokazać nam miasto. Na początku udaliśmy się do muzeum, dość niezwykłego, było to muzeum szynki (Museo del Jamon). Tak naprawdę to popularna knajpka tuż koło głównego placu (Placa del Sol). Wszystko kosztuje 1€ (kanapki, kawa, piwo, wino), a tapas są dodawane gratis do piwa/wina! Polecam!
Na następną przygodę kulinarną poszliśmy do dzielnicy Lavapies (dzielnicy imigrantów), sok z baobaba i kuchnia senagalska była tania i wyśmienita.
Wieczór zleciał nam na siedzenie w centrum miasta i rozmowach o Brazylii, Izralu i innych odległych krainach.
Wieczorem musieliśmy się pożegnać i wrócić na lotnisko. Kilka godzin snu i do Afryki.
O tym napiszemy następnym razem, jak znajdziemy Internet ;)

sobota, 26 czerwca 2010
Barcelona - Zaragoza
Nie bez powodu ostrzegam każdego przyjeżdżającego do Barcelony, żeby uważać na złodzieji. Otóż chwilę przed naszym wyjazdem, kiedy pakowaliśmy rzeczy do bagażnika, koło naszego auta pojawił się interesant. Zaczął coś mówić. Nauczony doświadczeniem, zamiast zwrócić uwagę na niego, spojrzałemw drugą stronę i spostrzegłem drugiego osobnika skradającego się do drzwi kierowcy. Mogę tylko zgadywać co bym stracił, gdyby nie zdrowy rozsądek: komórkę, może laptopa?
Pół godziny później bylismy już na trasie do Lleidy, nasz pierwszy przystanek i zarazem ostatnie punkt w Kataloński. Po krótki zwiedzaniu - które utrudnione było przez 30-stopniowy upał (była godzina 18!) - i obiadku riszylismy dalej. Lleida jest miastem załadowanym przez wieżowce. Gdyby nie oryginalna katedra prawdopodnie jedynym wartym uwagi miejsce byłby supermarket. Przez cały czas myśleliśmy tylko o tym, że mogłoby być chłodniej. Jedynym sposobem na to był deszcz. Jak zaczał padać, tak nie przestał. Tak właśnie wylądowaliśmy w Zaragozie, siedząc w autku i czekając, aż skończy padać. To był męczący dzień, chyba pójdziemy spać, może jutr będzie słoneczny dzień.
Despedida
piątek, 25 czerwca 2010
Sant Juan

My wybraliśmy się wraz z Katońską ekipą do małej mieściny pod Barcelonę (sama Barna była strasznie zatłoczona). Godzina jazdy autem i jesteśmy na plaży wśród innych grupek ludzi. Wszyscy palą ogniska, puszczają fajerwerki, obok jest dyskoteka na plaży.
Zaczęliśmy od zrobienia pikniku. Obowiązkowo musiała byś katalońska słodkość - Coca. Typów tego ciasta jest mnóstwo, my mieliśmy trzy: z owocami, z kremem i tradycyjną (robioną przez mamę Dawida - pycha). Oprócz tego przynieśliśmy galicyjskie ciasto i jabłka w cieście (nasze dzieło).
Cała noc przelaciała nam na rozmowach, jedzenie, puszczaniu fajerwerków i obowiązkowo: skakaniu przez ogniska i kąpieli w morzu.
czwartek, 17 czerwca 2010
Różowe bilety

Przed sesją pomyślałem, że warto skorzystać z tego, że Girona ma tak dobre połączenie lotnicze w południową Europą. Przejrzałem oferty naszej ulubionej firmy i chwilę później poinformowałem Asię, że jedziemy na kilka godzin do Pizy, żeby zjeść dobrą pizzę.

Nasz wyjazd wypadł idealnie między egzaminami. Okres z definicji ciężki, więc odrobina relaksu się przyda. Dzień wcześniej pracowaliśmy do drugiej w nocy, żeby później nie mieć zaległości. Pobudka po czterech godzinach była ciężka, ale nadrobiliśmy trochę snu w samolocie.
W ostatniej chwili przed wylotem zorientowałem się, że nie mamy jeszcze biletów. Nie było czasu, żeby drukować je gdzieś na mieście. Użyliśmy naszej drukarki, której konczy się tusz. W efekcie nasze bilety były różowe. RyanAir jest bardzo tolerancyjny. Kolor im nie przeszkadza.

W Pizie słonecznie jak w Barcelonie. W drodze do miasta miła starsza pani powiedziała nam, że dziś jest impreza, będzie parada i wszystko ozdabiają. To miłe, że po krótkiej nauce hiszpańskiego można zrozumieć włoski.
Dla tych, którzy się martwili, bo jeszcze nie widzieli krzywej wieży, ważna informacja: nadal jest krzywa. A dodatkowo można na nią wejść. Przyjemność kosztuje 15€ - czyli kwota jaką można wydać na 3 duże margaritty - ale będzie co opowiadać wnukom.

Miasto jest bardzo maleńkie w zasadzie jeden dzień to zdecydowanie wystarczająco. Oprócz zwiedzania wieży można pokręcić się po małych uliczkach, zajrzeć na targowiska. Dla nas celem podróży było spróbowanie włoskich specjałów, za którymi - muszę się przyznać - szaleję.
Klasycznie była pizza. Oczywiście na jednej się nie skończyło. Teraz żałuję, że nie wzięliśmy więcej. Po konsumpcji moja refleksja jest taka: jak się już raz spróbuje takiej pizzy, to powrót do PizzaHut jest niemożliwy!
Na pizzy się nie skończyło. Bogactwo kuchni włoskiej i nasz miłość do słodkich rzeczy nie pozwoliła przejść obojętnie koło takich kulinarnych szaleństw jak panna cotta czy tiramisu. Oczywiście nie mogło też zabraknąć włoskich lodów i czegoś do picia.


Udało nam się skosztować włoskiego chleba. Od razu przypomniały mi się wakacje sprzed 13 lat kiedy kupiliśmy kilka bochenków i okazało się, że są bez soli. Prawdziwa udręka! Nie mam pojęcia, jak można to przełknąć - dosalania wcale nie pomaga!
Pod pewnym względem Piza przypomina Barcelonę czy 18-stą dzielnicę w Paryżu. Można kupić tam wszystko! Okulary przeciwsłoneczne, "roleksy", produkty Dolce&Banana. Do wyboru do koloru. Handlem zajmują się murzyni, którzy chodzą po mieście i prezentują turystom swoja szeroką ofertę.
Pragnę przypomnieć, że próba używania języka angielskiego w tym kraju kończy się przeważnie podobnie jak posługiwanie się tam polskim - ciszą, wzruszeniem ramion lub włoską wiązanką słów (sugerującą brak zrozumienia).
Dla tych, którzy pragną odwiedzić Pizę, kilka praktycznych rad:
- Autobus do centrum kosztuje 1€ i jedzie ok. 20 min. W tym samym czasie dojdzie tam piechotą - taniej, w łatwy i przyjemny sposób. Polecam!
- Jedzenie w knajpie nie jest zbyt dobrym pomysłem, do posiłku dolicza się 2,5€ od osoby za wodę i "słodki" chleb.
- Na ulicy "Via Cardinale Pietro Maffi" znajduję się pizzeria z tanią i pyszną pizzą (4,5€ za dużą margarittę za wynos), warto! Obok sklep z wyśmienitymi lodami.
- Koło lotniska znaleźliśmy supermarket, przypuszczam, że jedyny w tym mieście! Dobry na ostatnie zakupy włoskich produktów.
czwartek, 10 czerwca 2010
Królik doświadczalny
W swoim życiu testowałem przeróżne techniki nauki języków: fiszki, nauka od zera z native speaker'ami, kursy językowe, nauka poprzez czaty, itp. Muszę opowiedzieć o moim ostatnim doświadczeniu.
International House w Barcelonie zajmuje się szkoleniem nauczycieli. Jak wiadomo nauczyciele też muszą mieć praktyki, więc szkoła organizuje kursy dla nich. Szuka studentów, którzy chcą być królikami doświadczalnymi dla przyszłych nauczycieli. Chętni oczywiście są, bo pół-intensywny kurs 3-tygodniowy kosztuje 40€ (normalnie ceny zaczynają się od 220€).
Zajęcia są po południu w 5-cio osobowych grupach na trzech różnych poziomach. Najdziwniejsze jest to, że jest 6 nauczycieli, którzy sprawdzają na nas różne techniki nauczania: słuchanki, gry, konwersacje, nauka słownictwa, wszystko. W ciągu dwóch godzin robimy kilkanaście różnych ćwiczeń prowadzonych przez Baska, Włoszkę, Galicyjkę, Katalonkę lub Hiszpankę ze środkowej części. Każdy ma inną wymowę, inny pomysł na zajęcia.
Najfajniejsze jest to, że po zajęciach idziemy całą grupą do pobliskiej knajpki, żeby pogadać jeszcze godzinkę czy dwie. To jest chyba część "zajęć", która uczy nas najwięcej. Nie wiedzieć czemu poruszamy zawsze nieprzeciętne tematy polityczne, naukowe czy filozoficzne.
Po tym tygodniu dochodzę do wniosku, że szkoły językowe są po to, żeby zgromadzić ludzi, którzy chcą się nauczyć języka razem. Dobrze, że każą nam za to płacić, bo w momencie lenistwa, zawsze myślimy sobie: "zapłaciłem za kurs, szkoda kasę marnować".
niedziela, 6 czerwca 2010
Językowo
Kursy językowe
Jak wiadomo w Hiszpanii najlepiej uczyć się hiszpańskiego. Pierwsza rada dla przyjeżdżających: zacznijcie przed wyjazdem. Kurs przed przyjazdem to dobry pomysł, jeden semestr jest wystarczający, żeby przebrnąć przez podstawowe rzeczy. Po przyjeździe można zacząć praktykować. W ten sposób postęp będzie zdecydowanie lepszy.
Druga sprawa, trzeba się zastanowić, czy Barcelona to dobre miejsce. Kataloński jest tu wszędzie: w mediach i na ulicy. Dla początkujących może być to mylące. Z drugiej strony jeśli znajdzie się już hiszpańskojęzycznych mieszkańców, to zwykle pochodzą oni zewsząd, można posłuchać różnych akcentów hiszpańskiego.
Dla spóźnialskich - takich jak ja - są kursy hiszpańskiego na miejscu. Jutro zaczynam swój pierwszy w życiu. Brzmi absurdalnie, bo niedługo wyjeżdżam, ale ani mój fach, ani uniwerek, ani podróżnicza pasja nie dały mi dużo wolnego czasu ostatnio.
Kursy normalnie oferowane są za 3 cyfrowe kwoty z 5-tką na początku. Uniwersytety oferują zwykle swoim studentom 50% zniżki. A cierpliwi poszukiwacze znajdą (prawie)darmowe kursy.
Innym dobrym pomysłem jest zapisanie się do publicznej sieci bibliotek - rejestracja za darmo i trwa 5 minut. Duży zbiór książek, prasy i materiałów do nauki (również multimedialne)
Językowy szok
Rok temu w maju pierwszy raz w życiu łapałem stopa (pozdrowienia dla Fryty). Drugi raz był w środku grudnia pod Berlinem przy minus pięciu bez rękawiczek. W obu sytuacjach, kiedy mijały mnie auta, obiecywałem sobie: "Jak będę jechał autem, to będę zabierać innych". Nieprędko zdarzyła się okazja, ale się zdarzyła.
2 tygodnie temu odwiedziliśmy Gironę, wracając zauważyłem czerwone autko na poboczu. Pomyślałem, może jakoś pomogę. Mechanik ze mnie żaden, ale podrzucić zawsze gdzieś można. Wyciągnięta ręka potwierdziła moją teorię.
Zatrzymaliśmy się, podchodzimy do małego Peugeot'a, francuska rejestracja, kierowca w wieku emerytalnym. Hmmm... czas zacząć sobie powtarzać jak jest rozrusznik po francusku.
Łudziłem się przez sekundę i zapytałem o angielski, hiszpański, niemiecki. Skończyło się na produkowaniu się po francusku. Oczywiście wszystkie przydatne słowa wyleciały mi z głowy. Zawsze tak jest! Podrzuciliśmy pana na najbliższej stacji benzynowej - potrzebował oleju do Diesla. Potem zawieźliśmy go z powrotem.
Jakieś pomysły po tej historyjce? Właściwie dwa: "zawsze można jakoś pomóc" i "jeśli znasz 3 języki obce, zacznij uczyć się kolejnego" :)
Druga historia w jakiś sposób jest przeciwieństwem pierwszej. Nie wiem czy działa tu przyciąganie ludzi o podobnych zainteresowaniach czy nie, ale ostatnio spotykam pewną charakterystyczną grupę ludzi.
Najlepszym jej przedstawicielem jest nasza mentorka, Adriana. Urodzona w Barcelonie, jest "native speaker'em" hiszpańskiego i katalońskiego. Jak była mała spędziła sporo czasu we Francji (praktycznie mówi biegle), oczywiście angielski jest w zestawie (CAE exam). Teraz jest maksymalnie wkręcona w niemiecki (Erazmus w Austrii), przypuszczam, że też idzie jej dobrze. Najlepsze jest to, że zna 5 języków i wcale nie jest tłumaczem - za 3 tygodnie broni magisterkę z rozponawania twarzy (informatyka).
Z tej historii wniosek możecie wyciągnąć sami ;)
Bezdomny też człowiek
W przeciwieństwie do Paryża nie usuwa się ich w kąt. Śpią często w głównych częściach miasta: pod kościołami, pod starymi murami miasta czy na stacjach metra. Często ludzie zostawiają koło nich drobne monety, kiedy ci śpią. Budzą się i widzą, że jacyś dobrzy ludzie zostawili im parę Euro.
Inna sprawa, że ludzie nie rzadko rozmawiają z bezdomnymi. Kilka razy zaobserwowałem jak mała grupka pomagała nieść coś takiemu biednemu zbieraczowi staroci.
Deszczowa statystyka
Sprawdziłem, ze normalnie w tym okresie jest około 30 dni deszczowych, było ponad 60! Jak sobie to uświadomiłem, zaobserwowałem, że rzeczywiście dni wyglądają tak: słońce, deszcze, słońce, deszcz, itd. W tamtym okresie nikomu bym nie polecił przyjazdu do Barcelony. Co dziwne turystów była masa!
A dzisiejszy deszcz bardziej mnie ucieszył niż zmartwił. W końcu dzień, w którym można było odpocząć od upałów. Ale jutro, jutro znów będzie patelnia, ale słyszałem, że w Polsce też jest!
sobota, 5 czerwca 2010
Jedzenie najważniejsze
Hiszpanie - tak jak większość ludzi - mają 3 posiłki: śniadanie, lunch i kolację. Śniadanie w domu albo w drodze do pracy (kanapka + kawka) - nic specjalnego.
Lunch wśród studentów wygląda dość ciekawie. Po południu jest przerwa obiadowa, zajęć nie ma (między 12-stą a 14-stą). Na uczelni są stołówki i masa mikrofalówek. Ludzie przynoszą z domu obiadki, odgrzewają je sobie i wychodzą na zewnątrze posiedzieć na trawie, zjeść posiłek i wypić piwko.
Najciekawsza częśc to chyba jednak kolacja. Pierwsza sprawa to pora, w której ją konsumują. Gdzieś między 21-stą a 23-stą. Jeszcze ciekawsze jest podejście do ostatniego posiłku. Jest on zwykle długi i bardzo ważny. Nie ma możliwości, żeby było inaczej. Nie chodzi o to, że jedzą dużo, po prostu jedzą długo, bo dużo gadają. Ważność tej ceremonii odkrywa się wtedy, kiedy zaprasza się gdzieś Hiszpanów. Dla nich istnieje wtedy tylko jedno ważne pytanie: "A czy będzie obiad?". Nie pytają: "gdzie, kiedy, z kim, po co". Najważniejsze jest jedzenie!
Szczerze powiedziawszy po kilku miesiącach bycia tutaj zauważyłem, że umawiając się z kimś, też zacząłem pytać o to, czy będziemy gdzieś jeść.
Nowa fryzura
Jako, że mój budżet jest studencki, musiałem znaleźć coś przyzwoicie taniego. Jak wiadomo w Barcelonie handlem zajmuje się kilka grup: są Hiszpanie, Chińczycy, Pakistańczycy itd. Oczywiście istnieje podział rynku: Chińczycy są od małych warzywniaków, ciuchów i sklepów ze wszystkim, Paki zajmują się zawsze otwartymi sklepami, kafejkami internetowymi i szeroko rozumianymi usługami.
Szwędając się po ciasnych uliczkach Bornu i trafiłem na coś, co było mieszanką kafejki internetowej i fryzjera. Internet za 2€/h, cięcie za 6€. Poproszę to drugie!
Siadłem i z ciekawością (i strachem) przyglądałem się dziwnej technice obcinania: na krótko maszynką dookoła, potem brzytwą, potem lekkie podcinanie u góry. Moja ciekawość wzrastała razem ze obawą o to, jak będę wyglądać po tych zabiegach. W pewnym momencie odpowiedziałem sobie na to pytanie: "będę wyglądać mniej więcej jak mój fryzjer".
Cięcie było już w zaawansowanym stadium, starałem się ratować, co się dało, tłumacząc, że to lepiej, żeby było tak i siak. Niestety było już chyba za późno. Poczekałem do końca, zapłaciłem, podziękowałem i wyszedłem.
Wracając do domu przejrzałem się w witrynie sąsiedniego sklepu i stwierdziłem, że mam Paki fryzurę.
czwartek, 13 maja 2010
Z cyklu podróże za 5 euro - Mallorca
Pierwszym miejscem do którego się skierowaliśmy była wypożyczalnia skuterów, prowadzona przez niezwykle sympatyczne niemieckie małżeństwo (znaleziona wcześniej w internecie przez przewidującego Jacentego). Już po chwili mknęliśmy z zawrotną prędkością w zupełnie nieplażowym kierunku. Pierwszy dzień postawiliśmy bowiem spędzić w górach, które są tam naprawdę imponujące.
Mimo Majorkańskiego słońca po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów byliśmy już porządnie zmarznięci, ale muszę przyznać, że było warto. Maleńkie miasteczko Valldomossa zauroczyło nas tak bardzo, że ciężko było wyruszyć w dalszą drogę. Natomiast w Soller nie daliśmy rady oprzeć się pokusie - musieliśmy zatrzymać się na dłużej. Obejrzeliśmy zabytkowy pociąg przewożący turystów z Palmy do Valdemossy, a następnie Jacek postanowił spróbować miejscowego słodkiego specjału - Coca de Patatas. Ja natomiast zostałam niespodziewanie uściskana przez tajemniczego turystę, który zniknął równie szybko jak się pojawił. I tak to właśnie, wystawiając twarze do słońca, osiągnęliśmy pełnię Majorkańskiego szczęścia. Wróciliśmy niesamowicie zmarznięci i zmęczeni, ale bez wątpienia równie szczęśliwi.
Następny ranek był ciężką próbą naszej woli zwiedzania. Nieprawdopodobne w ilu miejscach można mieć zakwasy po niewinnej jeździe na skuterze. Walka z zakwasami okazała się jednak wygrana i po szybkim śniadaniu wyruszyliśmy w drogę. Niestety, był to dzień oddania skutera, więc sporą część drogi powrotnej musieliśmy pokonać na piechotę. Właśnie wtedy na Majorce zaczęło padać... Padać... PADAĆ. Woda przepływała po chodnikach wartkimi strumykami, a w naszych butach już po pokonaniu kilkuset metrów zaczęło swojsko chlupotać. Zupełnie jakbyśmy weszli pod ogromny zimny prysznic i musieli pod nim zostać jakieś półtorej godziny.
Gdy w końcu udało nam się dotrzeć do domu naszego hosta - Laury, byliśmy naprawdę szczęśliwi.
Dziwnie tak wejść do domu osoby, której nigdy wcześniej nie widziało się na oczy. Może... tylko, że nie u Laury. Po dziesięciu sekundach czuliśmy się jak w domu. Nasza majorkańska gospodyni przyrządziła nam przepyszny obiad i zadbała o to, żebyśmy mieli wszystko, czego mogliśmy potrzebować.
W końcu nadszedł czas wyjścia do miasta. Ale jak tu wyjść w mokrych butach?
Bez obaw...
-Wiesz co, pożyczę Ci buty - mówi do mnie Laura -nie możesz chodzić w mokrych.
Po chwili wyposażona w suchutkie buty ruszam w stronę drzwi by rozpocząć majorkańską wyprawę
-...ale spodnie też masz mokre - stwierdza nasza gospodyni
wyposażona w suchutkie buty i spodnie zbieram się do wyjścia.
-Dam Ci jeszcze sweter, żeby Ci było ciepło. I kurtkę, bo pada - mówi Laura
Tak więc ubrana od stóp do głów w suchutkie rzeczy Laury ruszam wraz z Jacentym na podbój Palmy. Laura dołączy do nas niedługo.
Skryci pod żółtym parasolem przemierzamy miasto. Jest pięknie, cudownie oświetlona katedra odbija się w gładkiej tafli rzeki, a małe niewiarygodnie zakręcone uliczki prowadzą nas w tajemnicze zakątki miasta. Po jakimś czasie dołącza do nas Laura, która jako rdzenna mallorkina zna najlepsze miejsca w Palmie. Razem z nią próbujemy miejscowych specjałów, a następnie udajemy się do małego baru na najlepsze mojito na świecie. Tak kończy się nasz drugi (i właściwie ostatni) dzień na Palmie.
Nazajutrz Laura odwozi nas na lotnisko. Czekając na samolot czuję, że będę tęsknić. Powrót okazał się trudniejszy niż myśleliśmy - w niecałe trzy dni Majorka ukradła nam serca:)
sobota, 8 maja 2010
Lokator

środa, 5 maja 2010
Mallorca





sobota, 24 kwietnia 2010
Fiesta
Corre del bou
Impreza odbywa się w małej miejscowości 100km na północ od Barcelony. O ośmej rano, grupa byków biegnie w kierunku głównego placu, niektórzy śmiałkowie uciekają przed nimi. Rozpoczynają się walki z bykami, w przeciwieństwie do korridy zwierzętom nie dzieje się krzywda. Każdy młodzieniec z Cardony nosi koszulkę i płachtę charakterystyczną dla swojego zespołu. Dookoła placu zamontowana jest ogrodzenie, do którego przywiązanych jest około 500 sznurów. Służą one jako ostatnia deska ratunku dla tych, których byk atakuje.
Największą atrakcją jest Cargolera. Jeden ze śmiałków wchodzi do wielkiego plecionego kosza i jego zadaniem jest ucieczka przed bykiem. Przeważnie kończy się na tym, że biedak ucieka przed bykiem turlając się, oczywiście byk mu pomaga ;)
L'ou com balla
W czasie Bożego Ciała (Corpus Christi) w Barcelonie odbywa się dość ciekawy rytuał. Na strumień fontanny (bogato udekorowanej kwiatami) kładzie się wydmuszkę, która sprawia wrażenie jakby tańczyła.
Festes del Tura
To wydarzenie odbywa się w miejscowości Olot, na północny-wschód do Girony. Najważniejszą atrakcją jest Farandula, czyli procesja wielkich tańczących gigantów.
Felic Sant Jordi
W tym dniu tradycyjnie kobiety dostają od panów róże, ponieważ św. Jerzy jest patronem zakochanych. Mężczyźni zostają obdarowani książkami, bo jest to również rocznica śmierci dwóch ważnych pisarzy: Cervantes'a i Shakespear'a. Zmarli dokładnie tego samego, 23 kwietnia 1616 roku.

Istnieje też legenda opowiadająca o tym, jak smok prześladował miasto Montblanc pożerając ludzi. Mieszkańcy, żeby zaspokoić smoka postanowili wybierać jednego ze swoich jako obiad dla smoka. Pewnego dnia wypadło na córkę króla. Ubolewał on długo, ale powiedział, że nie będzie wyróżniał swojej rodziny i zgodził się wydać królewnę. Kiedy szła już na stracenie zjawił się kawaler na koniu, który zabił smoka i uratował księżniczkę. Ze smoczej krwi wyrosła róża, którą rycerz podarował królewnie, a potem odjechał. Był to św. Jerzy.
Nie jest to dzień wolny do pracy, ale i tak jest to wielkie święto. Wszyscy Barcelończycy spacerują ulicami, kupując tanie książki i róże. Stragany można znaleźć wszędzie. Rambla jest zamknięta dla ruchu samochodowego i jest cała pełna ludzi. Tłum jest większy niż na Sylwestra.
W tym dniu sprzedaje się około 4 milionów róż i ponad 800 tysięcy książek (co stanowi ponad połowę książek sprzedanych w ciągu roku w Katalonii). Oprócz sprzedaży książek prowadzone są też wymiany książek. Na ulicach czyta się książki (24-godzinny maraton literatury Cervantesa) , tańczy się Sardanę, rozgrywane są teatrzyki opowiadające legendę o św. Jerzym i smoku. Jest to też jedyny dzień w roku, w którym można wejść do Palau de Generalitat (ratusza). Wszędzie wiszą flagi katalońskie.
Wnętrze ratusza. U góry po prawej Asia wpisuje się do specjalnej księgi gości.
De sol a sol
Budynki dwa razy wyższe, pomniki potężniejsze, prostytutki na ulicach (ale na głównej, a nie jak w Barcelonie na bocznych), sjesta dłuższa, pucybutów i ulicznych sprzedawców więcej. Może jedynie nie ma aż tylu Pakistańczyków na ulicach.
Spacerując uliczkami znaleźć można na ziemi cytaty z hiszpańskiej literatury. Ciekawy też jest sposób oznaczania ulic. Nazwy ulic pisane są na ceramicznych płytkach z odpowiednim rysunkiem ilustrującym je.

Kulinarnie
Poranna pobudka sprawiła, że śniadanie musiała składać z filiżanki kawy. Znaleźli mały bar, zamówiliśmy kawę z mlekiem (podano ją w takich stołówkowych szklankach) i coś, co przypominało wielkie churro (jakieś 30cm długości).
Koło południa znaleźliśmy placyk, na którym można było znaleźć wszelkiego rodzaju tapas. Małe stragany były bardzo wyspecjalizowane (np. stoisko z tortillą). Nas skusiły tapas rybne, wszystkie w tej samej cenie: 1 euro. Mnie szczególnie zainteresowała kanapeczka z kawiorem - spróbowałem pierwszy raz w życiu.
Porę obiadową niestety przegapiliśmy. W niektórych restauracjach jak nie zje się obiadu do godziny czwartej, to później trzeba czekać do wieczora albo zadowolić się przegryzkami. Lokal, który znaleźliśmy był jednym z takich. Znajdował się na dachu, miał taras z widokiem na miasto i co najciekawsze wchodziło się do niego jak do zwykłego mieszkania. Żadnej reklamy, dzwoni się domofonem, wjeżdża małą windą na 6. piętro, otwiera drzwi do mieszkania, a tu restauracja. Obiadu nie zjedliśmy, ale przyjemnie można było posiedzieć na tarasie pijąc zimne rosado, zajadając tapas, opalać się w słońcu i oglądać okolicę.
Obiad zjedliśmy w innej knajpie, która ma bardzo długą tradycją. Właściciel opowiadał nam, że pracuje tak już 50 lat, a sama knajpa ma ponad 100 lat. Jadają tam całe rodziny, a czasem znane osobistości. Można skosztować tam specjalności kuchni madryckiej. Wszystkie główne dania robione są z baraniny. My zamówiliśmy sałatkę, patatas picantes i entresijos (smażone flaki jak się później dowiedziałem)

O szczegółach zwiedzania opowiem Asia.
sobota, 17 kwietnia 2010
Sezon rozpoczęty ?
niedziela, 4 kwietnia 2010
Tradycyjnie
Najpierw o tym, co zainteresowało mnie najbardziej: procesje obchodzone w Wielki Piątek. Pewnie większość słyszała o tych najbardziej sławnych w Andaluzji. Katalonia też ma swoje. Nie tak wielkie i znane, ale też warte przeżycia!
Procesja oczywiście jest zorganizowana, tu musi być porządek. Na przodzie niesiony jest krzyż, zanim maszerują parami nazarenos ubrani w charakterystyczne szpiczaste kaptury (capirote). Twarze mają zakryte, czasem idą boso, a w ręce trzymają długie świece. Między nazarenos chodzą diputados de tramo, którzy starają się porządkować całą formację. Za nimi idą ministranci, a następnie pasos, małę ruchome ołtarze zdobione kwiatami. Pierwszy przedstawia Pasję (misterio), drugi Chrystusa, a trzeci cierpiącą Matkę Boską (dolorosa). Na końcu maszeruje tłum, tuż przed nim może iść grupa muzykantów.
Ja na procesję wybrałem się do bardzo małego miasteczka w północnej Katalonii, w którym mieszka ledwo ponad 1000 mieszkańców, widzów było co najmniej drugie tyle. Wydarzenie wyjątkowe, bo oprócz procesji odbywa się tu także przedstawienie pokazujące ostatnie dni z życia Jezusa (wstęp niestety płatny 20€). Scena umieszczona jest na zewnątrz, na głównym placu pod murami zamku. Przedstawienie trwa 2 godziny. Bierze w nim udział około 200 aktorów, w tym samych rzymskich żołnierzy jest około 100. Jest niesamowicie magicznie!
Zanim zaczyna się scena pojmania Jezusa, jest absolutnie ciemno i po chwili na murach dookoła zapalają się pochodnie. Zdaję sobie sprawę, ze wojsko nas otoczyło.
Gdy scena się kończy, znów zapadają ciemności. Na murach zamku pojawia się gigantyczna trupia czaszka. Cisza, ale w oddali słychać bęben, zbliża się. Strumień niebieskiego światła pada na drugi koniec placu. Postacie się zbliżają, powoli. Czwórka z tyłu trzyma pochodnie, jedna uderza powoli i przeraźliwe w bęben, piątka z przodu tańczy. Zbliżają się. Już wiem, co to jest. Taniec śmierci!
Jedna trzyma kosę, druga wielką flagę z napisem Nemini Parco - "nikomu nie odpuszczę". Kolejna pokazuje palcem na zegar bez wskazówek - czas mija, czas na ciebie. A pozostałe dwie pokazują na miskę z prochem - w proch się obrócisz.
Potem jest jeszcze kilka scen, aż do skazania Jezusa. Wtedy akcja przenosi się na ulicę miasta. Prawdziwa droga krzyżowa. Oprócz tradycyjnej procesji (opisane wyżej), idą rzymianie, apostołowie, faryzeusze, żydzi i oczywiście sam Jezus.
Miasteczko jest niesamowicie zaaranżowane. Żarówki zostały specjalnie wymienione, więc oświetlenie niby jest, ale zobaczyć coś można tylko na kilka metrów. Zamiast tego, w miarę jak procesja przemierza uliczki, na ścianach zapalane są pochodnie. Wąskie przejście, w którym ostatni raz widzimy Chrystusa przed śmiercią, jest oświetlona tysiącem małych światełek. Wszystko robi niesamowite wrażenie. Do tego sceny są bardzo realistyczne, naprawdę jest krzyż, nawet gwoździe!
Trasa procesji jest krótka, ale przejście jej zajęło 2,5 godziny (włączając w to wszystkie sceny: upadki, Św. Weroniką, itd.)
Oczywiście przez cały czas towarzyszy nam śmierć, która nieubłaganie przesuwa palcem po tarczy zegara. I muszę przyznać, że jest bardzo efektowny i trochę przerażający - szczególnie jak śmierć pozuję mi do zdjęcia, mimo, że schowany za aparatem i tak ciarki mi przeszły.
Jeśli chcecie zobaczyć taniec śmierci, to już można znaleźć tegoroczny tutaj. Niżej wrzucam fotkę.
Udało mi się również zobaczyć tradycyjną procesję (już bez przedstawienia) w Gironie. Piękne miasto do tego rodzaju rzeczy. Wspaniała katedra, wysokie mury i wojsko maszerujące tymi wąskimi ulicami (konnica też była!).

Wróćcie do tego posta, bo to dopiero początek. Druga część będzie o jedzeniu!
