sobota, 24 kwietnia 2010

De sol a sol

Od świtu do zmierzchu, właśnie tyle czasu spędziliśmy w hiszpańskiej stolicy. Pierwsza różnica, która widoczna jest od razu, to brak katalońskiego, po kilku miesiącach w Barcelonie jest to trochę dziwne. Druga charakterystyczna rzecz to różnica wielkości. W Madrycie wszystko jest większe albo bardziej mnogie. Wszystko podobne, tylko jest "bardziej, lepiej i więcej".
Budynki dwa razy wyższe, pomniki potężniejsze, prostytutki na ulicach (ale na głównej, a nie jak w Barcelonie na bocznych), sjesta dłuższa, pucybutów i ulicznych sprzedawców więcej. Może jedynie nie ma aż tylu Pakistańczyków na ulicach.

Spacerując uliczkami znaleźć można na ziemi cytaty z hiszpańskiej literatury. Ciekawy też jest sposób oznaczania ulic. Nazwy ulic pisane są na ceramicznych płytkach z odpowiednim rysunkiem ilustrującym je.



Kulinarnie

Poranna pobudka sprawiła, że śniadanie musiała składać z filiżanki kawy. Znaleźli mały bar, zamówiliśmy kawę z mlekiem (podano ją w takich stołówkowych szklankach) i coś, co przypominało wielkie churro (jakieś 30cm długości).

Koło południa znaleźliśmy placyk, na którym można było znaleźć wszelkiego rodzaju tapas. Małe stragany były bardzo wyspecjalizowane (np. stoisko z tortillą). Nas skusiły tapas rybne, wszystkie w tej samej cenie: 1 euro. Mnie szczególnie zainteresowała kanapeczka z kawiorem - spróbowałem pierwszy raz w życiu.

Porę obiadową niestety przegapiliśmy. W niektórych restauracjach jak nie zje się obiadu do godziny czwartej, to później trzeba czekać do wieczora albo zadowolić się przegryzkami. Lokal, który znaleźliśmy był jednym z takich. Znajdował się na dachu, miał taras z widokiem na miasto i co najciekawsze wchodziło się do niego jak do zwykłego mieszkania. Żadnej reklamy, dzwoni się domofonem, wjeżdża małą windą na 6. piętro, otwiera drzwi do mieszkania, a tu restauracja. Obiadu nie zjedliśmy, ale przyjemnie można było posiedzieć na tarasie pijąc zimne rosado, zajadając tapas, opalać się w słońcu i oglądać okolicę.

Obiad zjedliśmy w innej knajpie, która ma bardzo długą tradycją. Właściciel opowiadał nam, że pracuje tak już 50 lat, a sama knajpa ma ponad 100 lat. Jadają tam całe rodziny, a czasem znane osobistości. Można skosztować tam specjalności kuchni madryckiej. Wszystkie główne dania robione są z baraniny. My zamówiliśmy sałatkę, patatas picantes i entresijos (smażone flaki jak się później dowiedziałem)


O szczegółach zwiedzania opowiem Asia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz