niedziela, 4 kwietnia 2010

Tradycyjnie

Rok temu zobaczyłem serię zdjęć świątecznych. Większość z nich była z Hiszpanii. Wtedy pomyślałem sobie, że warto zobaczyć to choć raz w życiu. Ostatnio dwa dni spędziłem podróżując po północnej Katalonii. O szczegółach wyprawy napiszę później, a teraz będzie o tradycjach. Polskie znamy, więc będzie o hiszpańskich. I trochę o tym, jak staram się je połączyć.

Najpierw o tym, co zainteresowało mnie najbardziej: procesje obchodzone w Wielki Piątek. Pewnie większość słyszała o tych najbardziej sławnych w Andaluzji. Katalonia też ma swoje. Nie tak wielkie i znane, ale też warte przeżycia!

Procesja oczywiście jest zorganizowana, tu musi być porządek. Na przodzie niesiony jest krzyż, zanim maszerują parami nazarenos ubrani w charakterystyczne szpiczaste kaptury (capirote). Twarze mają zakryte, czasem idą boso, a w ręce trzymają długie świece. Między nazarenos chodzą diputados de tramo, którzy starają się porządkować całą formację. Za nimi idą ministranci, a następnie pasos, małę ruchome ołtarze zdobione kwiatami. Pierwszy przedstawia Pasję (misterio), drugi Chrystusa, a trzeci cierpiącą Matkę Boską (dolorosa). Na końcu maszeruje tłum, tuż przed nim może iść grupa muzykantów.

Ja na procesję wybrałem się do bardzo małego miasteczka w północnej Katalonii, w którym mieszka ledwo ponad 1000 mieszkańców, widzów było co najmniej drugie tyle. Wydarzenie wyjątkowe, bo oprócz procesji odbywa się tu także przedstawienie pokazujące ostatnie dni z życia Jezusa (wstęp niestety płatny 20€). Scena umieszczona jest na zewnątrz, na głównym placu pod murami zamku. Przedstawienie trwa 2 godziny. Bierze w nim udział około 200 aktorów, w tym samych rzymskich żołnierzy jest około 100. Jest niesamowicie magicznie!
Zanim zaczyna się scena pojmania Jezusa, jest absolutnie ciemno i po chwili na murach dookoła zapalają się pochodnie. Zdaję sobie sprawę, ze wojsko nas otoczyło.
Gdy scena się kończy, znów zapadają ciemności. Na murach zamku pojawia się gigantyczna trupia czaszka. Cisza, ale w oddali słychać bęben, zbliża się. Strumień niebieskiego światła pada na drugi koniec placu. Postacie się zbliżają, powoli. Czwórka z tyłu trzyma pochodnie, jedna uderza powoli i przeraźliwe w bęben, piątka z przodu tańczy. Zbliżają się. Już wiem, co to jest. Taniec śmierci!
Jedna trzyma kosę, druga wielką flagę z napisem Nemini Parco - "nikomu nie odpuszczę". Kolejna pokazuje palcem na zegar bez wskazówek - czas mija, czas na ciebie. A pozostałe dwie pokazują na miskę z prochem - w proch się obrócisz.
Potem jest jeszcze kilka scen, aż do skazania Jezusa. Wtedy akcja przenosi się na ulicę miasta. Prawdziwa droga krzyżowa. Oprócz tradycyjnej procesji (opisane wyżej), idą rzymianie, apostołowie, faryzeusze, żydzi i oczywiście sam Jezus.
Miasteczko jest niesamowicie zaaranżowane. Żarówki zostały specjalnie wymienione, więc oświetlenie niby jest, ale zobaczyć coś można tylko na kilka metrów. Zamiast tego, w miarę jak procesja przemierza uliczki, na ścianach zapalane są pochodnie. Wąskie przejście, w którym ostatni raz widzimy Chrystusa przed śmiercią, jest oświetlona tysiącem małych światełek. Wszystko robi niesamowite wrażenie. Do tego sceny są bardzo realistyczne, naprawdę jest krzyż, nawet gwoździe!
Trasa procesji jest krótka, ale przejście jej zajęło 2,5 godziny (włączając w to wszystkie sceny: upadki, Św. Weroniką, itd.)
Oczywiście przez cały czas towarzyszy nam śmierć, która nieubłaganie przesuwa palcem po tarczy zegara. I muszę przyznać, że jest bardzo efektowny i trochę przerażający - szczególnie jak śmierć pozuję mi do zdjęcia, mimo, że schowany za aparatem i tak ciarki mi przeszły.

Jeśli chcecie zobaczyć taniec śmierci, to już można znaleźć tegoroczny tutaj. Niżej wrzucam fotkę.
Udało mi się również zobaczyć tradycyjną procesję (już bez przedstawienia) w Gironie. Piękne miasto do tego rodzaju rzeczy. Wspaniała katedra, wysokie mury i wojsko maszerujące tymi wąskimi ulicami (konnica też była!).


Wróćcie do tego posta, bo to dopiero początek. Druga część będzie o jedzeniu!

1 komentarz:

  1. Zdjęcia imponujące, ale trzeba tam być, żeby to przeżyć, zazdroszczę doznań :) Czekamy na opowieści z Północnej Katalonii :)

    OdpowiedzUsuń