niedziela, 11 lipca 2010

Pierwsze galicyjskie wrażenie



Jeśli ktoś lubi prawdziwą zieleń Irlandii i nie przeszkadza mu gęsta irlandzka mgła, Galicja będzie dla niego idealna. Jedyna róźnica polega na tym, że ta "hiszpańska Irlandia" jest bardzo górzysta. Kupno roweru jest chyba najbardziej bezsensownym pomysłem. Krótka wycieczka do sklepu zawiera w sobie 2 wejścia i 2 zejścia.
Roślinność przypomina trochę Polskę, dużo kasztanowców i debów. Pogoda jest trochę szalona. Przez 250 dni w roku pada deszcz. Strasznie zimno nie jest, ale wysoka wilgoć, która przedostaje się przez wszystko, naprawdę daje w kość. Po południu potrafi być ciepło. Może nie hiszpańsko ciepło, ale wystarczająco, żeby odziać się w krótkie spodenki. Oczywiście posiadanie bluzy przy sobie jest zawsze dobrym pomysłem, bo pogoda zmienną jest.



Nasz pierwszy galicyjski poranek był bardzo mglisty, a noc, można powiedzieć, że była nawet zimna. Śniadanko w stylu francuskim (tost z dżemem i kakao) i w drogę. Zwiedzanie w mgle nie należy do najbardziej atrakcyjnych, a szkoda, bo Vigo jest bardzo górzyste i zapewnia ładne widoki na ocean. Na szczęście zanim dotarliśmy do głównych atrakcji, mgła zaczeła się rozrzedzać. Miasto nie znajduję się na liście światowego dziedzictwa Unesco, ale nasz gospodarz sprawił, że było warte chodzenia w dół i w górę.



Drugi największy port w Europie jest rzeczywiście spory (dłuższy niż sama miejscowość). Na jednym ze wzgórz znajduję się forteca obronna (na anglików), skąd można zobaczyć cały port (przy dobrej widoczności). Centrum miasta wygląda dość normalnie, duże budynki, duże sklepy. Po spacerze po starówce, przeszliśmy przez małą uliczkę, gdzie skosztować można świeżych małży. Na koniec wycieczka statkiem do sąsiedniej wysepki. Po powrocie z wycieczki zajęliśmy się obiadem, ale o kuchni galicyjskiej napiszę następnym razem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz