Znów będzie o językach obcych. Obiecuję, ostatni raz!
W swoim życiu testowałem przeróżne techniki nauki języków: fiszki, nauka od zera z native speaker'ami, kursy językowe, nauka poprzez czaty, itp. Muszę opowiedzieć o moim ostatnim doświadczeniu.
International House w Barcelonie zajmuje się szkoleniem nauczycieli. Jak wiadomo nauczyciele też muszą mieć praktyki, więc szkoła organizuje kursy dla nich. Szuka studentów, którzy chcą być królikami doświadczalnymi dla przyszłych nauczycieli. Chętni oczywiście są, bo pół-intensywny kurs 3-tygodniowy kosztuje 40€ (normalnie ceny zaczynają się od 220€).
Zajęcia są po południu w 5-cio osobowych grupach na trzech różnych poziomach. Najdziwniejsze jest to, że jest 6 nauczycieli, którzy sprawdzają na nas różne techniki nauczania: słuchanki, gry, konwersacje, nauka słownictwa, wszystko. W ciągu dwóch godzin robimy kilkanaście różnych ćwiczeń prowadzonych przez Baska, Włoszkę, Galicyjkę, Katalonkę lub Hiszpankę ze środkowej części. Każdy ma inną wymowę, inny pomysł na zajęcia.
Najfajniejsze jest to, że po zajęciach idziemy całą grupą do pobliskiej knajpki, żeby pogadać jeszcze godzinkę czy dwie. To jest chyba część "zajęć", która uczy nas najwięcej. Nie wiedzieć czemu poruszamy zawsze nieprzeciętne tematy polityczne, naukowe czy filozoficzne.
Po tym tygodniu dochodzę do wniosku, że szkoły językowe są po to, żeby zgromadzić ludzi, którzy chcą się nauczyć języka razem. Dobrze, że każą nam za to płacić, bo w momencie lenistwa, zawsze myślimy sobie: "zapłaciłem za kurs, szkoda kasę marnować".
czwartek, 10 czerwca 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz