niedziela, 6 czerwca 2010

Językowo

Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że jest to temat, na punkcie którego mam świra. Postaram się nie zamęczyć nikogo i tylko krótko opowiem, o kilku rzeczach.

Kursy językowe

Jak wiadomo w Hiszpanii najlepiej uczyć się hiszpańskiego. Pierwsza rada dla przyjeżdżających: zacznijcie przed wyjazdem. Kurs przed przyjazdem to dobry pomysł, jeden semestr jest wystarczający, żeby przebrnąć przez podstawowe rzeczy. Po przyjeździe można zacząć praktykować. W ten sposób postęp będzie zdecydowanie lepszy.
Druga sprawa, trzeba się zastanowić, czy Barcelona to dobre miejsce. Kataloński jest tu wszędzie: w mediach i na ulicy. Dla początkujących może być to mylące. Z drugiej strony jeśli znajdzie się już hiszpańskojęzycznych mieszkańców, to zwykle pochodzą oni zewsząd, można posłuchać różnych akcentów hiszpańskiego.

Dla spóźnialskich - takich jak ja - są kursy hiszpańskiego na miejscu. Jutro zaczynam swój pierwszy w życiu. Brzmi absurdalnie, bo niedługo wyjeżdżam, ale ani mój fach, ani uniwerek, ani podróżnicza pasja nie dały mi dużo wolnego czasu ostatnio.
Kursy normalnie oferowane są za 3 cyfrowe kwoty z 5-tką na początku. Uniwersytety oferują zwykle swoim studentom 50% zniżki. A cierpliwi poszukiwacze znajdą (prawie)darmowe kursy.
Innym dobrym pomysłem jest zapisanie się do publicznej sieci bibliotek - rejestracja za darmo i trwa 5 minut. Duży zbiór książek, prasy i materiałów do nauki (również multimedialne)

Językowy szok

Rok temu w maju pierwszy raz w życiu łapałem stopa (pozdrowienia dla Fryty). Drugi raz był w środku grudnia pod Berlinem przy minus pięciu bez rękawiczek. W obu sytuacjach, kiedy mijały mnie auta, obiecywałem sobie: "Jak będę jechał autem, to będę zabierać innych". Nieprędko zdarzyła się okazja, ale się zdarzyła.
2 tygodnie temu odwiedziliśmy Gironę, wracając zauważyłem czerwone autko na poboczu. Pomyślałem, może jakoś pomogę. Mechanik ze mnie żaden, ale podrzucić zawsze gdzieś można. Wyciągnięta ręka potwierdziła moją teorię.
Zatrzymaliśmy się, podchodzimy do małego Peugeot'a, francuska rejestracja, kierowca w wieku emerytalnym. Hmmm... czas zacząć sobie powtarzać jak jest rozrusznik po francusku.
Łudziłem się przez sekundę i zapytałem o angielski, hiszpański, niemiecki. Skończyło się na produkowaniu się po francusku. Oczywiście wszystkie przydatne słowa wyleciały mi z głowy. Zawsze tak jest! Podrzuciliśmy pana na najbliższej stacji benzynowej - potrzebował oleju do Diesla. Potem zawieźliśmy go z powrotem.
Jakieś pomysły po tej historyjce? Właściwie dwa: "zawsze można jakoś pomóc" i "jeśli znasz 3 języki obce, zacznij uczyć się kolejnego" :)


Druga historia w jakiś sposób jest przeciwieństwem pierwszej. Nie wiem czy działa tu przyciąganie ludzi o podobnych zainteresowaniach czy nie, ale ostatnio spotykam pewną charakterystyczną grupę ludzi.
Najlepszym jej przedstawicielem jest nasza mentorka, Adriana. Urodzona w Barcelonie, jest "native speaker'em" hiszpańskiego i katalońskiego. Jak była mała spędziła sporo czasu we Francji (praktycznie mówi biegle), oczywiście angielski jest w zestawie (CAE exam). Teraz jest maksymalnie wkręcona w niemiecki (Erazmus w Austrii), przypuszczam, że też idzie jej dobrze. Najlepsze jest to, że zna 5 języków i wcale nie jest tłumaczem - za 3 tygodnie broni magisterkę z rozponawania twarzy (informatyka).
Z tej historii wniosek możecie wyciągnąć sami ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz