wtorek, 29 września 2009

A gdzie? We wulkanie!

Jak przyobiecałem relacja z wcześniejszej wyprawy organizowanej przez AURI. Tym razem chciałem opowiedzieć o wycieczce na Teide. Wycieczka kosztowała nas z tego co pamiętam 5 euro i jak się domyślam było to na autokary, które nas do celu zawiozły:)

Tym razem umówiliśmy się na jednym z głównych placów w centrum Laguny i jak zawsze spotkanie zwołane na 9, a wszyscy pojawili się koło godziny 9.30, 10.00 (głównie organizatorzy). Dwa takie spotania wystarczą:) teraz już wiemy, że jeśli spotkanie jest na jakąś godzine, należy przyjść pół godziny później, to na miejscu poczekamy jeszcze z 15 minut i coś się zacznie dziać. Ogólnie... Maniana:) Da się do tego przyzwyczaić, chociaż kiedy chcemy załatwić coś konkretnie, może to przeszadzać... mi jeszcze się nie zdażyło narzeać na podejście tubylców do czasu:D Kiedy w końcu wszyscy się pojawili, zaprowadzono nas do trzech autokarów i zaczeliśmy jechać... Jako, że specjalnie i z trudem przywiozłem tutaj górskie buty, ucieszony założyłem je na nogi będąc pewny, że się przydadzą;) niestety... Autokary podejżanie długo się nie zatrzymywały:P jechaliśmy ciągle drogą prowadzącą na Teide.

Pozwole sobie zrobić tutaj małą dygresje:) Sam wulkan ma ponad 3700 metrów jest to ponad granicą nad którą zbierają się chmury, dlatego podczas "dostawania" się na szczyt (Pico de Teide) możemy najpierw oglądać bujną kanaryjską roślinność:) jest zielono i ładnie:) Prawie jak w Irlandii:P potem mijamy granice chmur i krajobraz robi się suchy i iście księżycowy (podobno tutaj kręcili fragmenty do Gwiezdnych Wojen;) ) podobna relacja zachodzi między zieloną i chłodniejszą północą wyspy a gorącym i wysuszonym południem (znowu przez tą samą górę;) )

Wracając do wycieczki w końcu zatrzymaliśmy się na parkingu będącym jednocześnie punktem widokowym. Zrobiliśmy pare zdjęć, między innymi grupowych i ogólnie działo się to co zawsze na postojach w czasie wycieczek autokarowych. Z samego punktu był naprawde ładny widok na pobliskie miasto (nie mam pojęcia jakie:P)

oraz na sam wulkan

Po jakimś czasie znów zapaowali nas do guaguas i jechaliśmy dalej... Kiedy pokonaliśmy bariere chmur zrobiło się naprawde ciekawie:) mała karłowata roślinność

i ogromne morza chmur

I tylko jeden minus, ale za to jaki poważny:P Dlaczego ciągle w autokarze?:P Dlaczego mamy jechać na góre, jak grupa emerytów i rencistów?:P No ale świadomość, że wybiore się tam po raz kolejny i tym razem na piechote dodała mi sił;) Za to w trakcie "wspinaczki" członek AURI opowiadał nam o okolicy i nic bym nie zrozumiał, gdyby nie moja sąsiadka z Austrii, która hiszpański tłumaczyła mi na angielski:) Dowiedziałem się więc naprzykłąd, że dookoła wulkanu, ale już na znacznej wysokości są wielkie równiny będące skutkiem erupcji. Jedna z nich naprzykład (o poszarpanej nawierzchni) nosi nazwę "Aa" (napewno ta się to wymawia:P) nazwa wzieła się z tąd, że kiedy człowiek tamtędy przechodzi słychać tylko "A!", "Ała!" i inne takie;)

Po drodze urządziliśmy jeszcze jeden postuj tym razem w muzeum, które mieści się gdzie? We wulanie:D Mówie ta dlatego, że faktycznie mieści się ono pod ziemią w głębi wulkanu:) jest całkiem ładna i ciekawa wystawa, oraz korytarz:) Idąc nim ma się wrażenie, jakby się szło po rzece lawy:) pod nogami świeci się na czerwono, a przed tobą widać wielki ekran a na nim animacje przedstawiającą ciągle zmieniający się widok takiej rzeki:) Na miejscu puścili nam też film (na szczęście była wersja angielskojęzyczna:) ) Wszystko o tym jaki wpływ ma Teide na Teneryfe:) a ma dość duży:) Jednak ja mieszam fakty i pojęcia, więc zapraszam do lektury czegoś odpowiedniejszego na ten temat:P Za to czekając na wejście pobawiliśmy się troche z miejscową fauną;)

Swoją drogą straasznie dużo jaszczurek na Teneryfie... można je spotaćnawet w mieście na ulicy.

No ale w końcu udało nam się dostać na "przystanek docelowy" był tam bar, jakaś kaplicza i skałki:P dostaliśmy chyba ze 2 godziny czasu wolnego i to jedyne dwie godziny, kiedy jak narazie wykorzystałem swoje buty:P 

Niestety wszędzie wisiały łańcuchy i stały tabliczki, że nie wolno wychodzić za jakiś tam teren, więc niewiele było możliwości, ale przynajmiej pobiegałem:P Jeszcze tylko fotka z Teide i tabliczką ja na niego dojść;)

Wiem, że dużo tych zdjęć, ale wszyscy mnie zawsze pytają "Jak wygląda Teneryfa?" Oto odpowiedź;)

W następnym odcinku zwiedzanie San Cristobal de La Laguna;)

Hasta luego;) 

PS. Byłbym zapomniał:P żeby dostać się na sam czubek wylkanu trzeba załatwić darmowe pozwolenie w jakimś urzędzie:P (można spytać w informacji turystycznej w jakimkolwiek mieście)

poniedziałek, 28 września 2009

Mroczna plaża, czyli opalanie dla twardzieli

Dziś relacja z kolejnego wyjścia dla erasmusów. Ogólnie w La Lagunie działa ogranizacja zwana AURI, która nie wiem czym się zajmuje zazwyczaj, ale to oni organizują różne wyjścia i co środowe posiadówy przy piwie. Jak narazie zabrali nas pod Teide, na baseny ze słoną wodą, na plaże dla twardzieli oraz do Loro Parku, do którego jeszcze się wybiorę, bo atrakcja warta odwiedzin;) Poza tym działają tam naprawde pozytywni i radośni ludzie (jeden z nich nawet był w Polsce;) )

Wracając do plaży... a właściwie tytułu. Dlaczego mroczna? Czyżby nie było tam słońca? Albo odbywały się czarne msze? A może jest tam cmentarz? Nie:) Generalnie Teneryfa to wyspa wulkaniczna. Jest sobie przesławny Teide, najwyższy szczyt Hiszpani;) ma on wielki wpływ na wygląd wyspy. To z niego biorą wodę, to on ukształtował wyspę i to on (oraz to, że Hiszpanie wycieli połowę lasów:P) ma wpływ na teraźniejszy wygląd wyspy. Tak więc plaża jest mroczna, bo z czarnym piaskiem.

Dlaczego czarnym? Bo jest pochodzenia wulkanicznego;) Doładnie nie wiem czy jest to pył, czy zmielone skały, czy jeszcze coś innego. Wiem, że tak wygląda tutaj większość plaż, chyba, że specjalnie dla turystów przywieziono piasek z Sahary ja na przyład na "playa de las Teresitas"

 

Poza tym na las teresitas ja widać rosną palmy, co jest dość ciekawe ja dla mnie;)

Wracając do wyjścia. Jak co sobotę spotkaliśmy się na estacion de guaguas, czyli czymś w rodzaju dworca pks. Załadowali nas do busa i pojechali my w świat. Nazwę miejscowości zapomniałem. Wiem tylko, ze jest to w pobliżu Puerto de la Cruz. Z tam tąd mieliśmy jechać kolejnym autobusem i tutaj pozytywny aspekt:) Jeden z organizatorów wyznał, że nie zmieściliśmy się wszyscy do autobusu i następni będą za jakieś pół godziny. a autobus już czeka. Zadanie dla nas? Zrobić wszystko, żeby odjechać jak najpóźniej:P czyli szukać bono via (taki bilet, ale o tym potem) szukać legitymacji, wolno wchodzić, zastanawiać się... i co? Na miejscu kierowcy dostał bym świra:P ale ten był cierpliwy:P Niestety odjechaliśmy bez towarzyszy, ale spotkaliśmy ich parę metrów dalej, zamachali i kierowca ich wpuścił:) więc wszyskto skończyło się dobrze:) Droga autobusem była świetna:D pod koniec widzieliśmy ocean, ale strasznie nisko pod nami... okazało się, że droga to wieeelka spirala:P jechaliśmy ze 100 metrów, potem zakręt o 180 stopni i znów sto metrów:P Takich zakrętów było parę:) droga wąska, więc kierowca trąbił przed każdym zakrętem na ostrzeżenie, bo przy tym manewrze zajmował oba pasy:P (oczywiście prędkość bliska 10kmph:P) No ale dojechalimy:) 

A tutaj droga. Na pierwszy rzut oka jej nie widać, ale jak by się przypatrzyć to widać te zakręty po bokach:P

O plaży słyszałem tyle, że nie ma tam ludzi i trzeba kawałek dojść po skałkach. Myślę spoko;) nawet wziąłem sandały, bo co tam skałki jakieś marne:P I tu się pomyliłem:P po jakimś odcinku drogi po leżących na brzegu kamieniach pojawiła się przeszkoda:P prawie pionowa ściana (na szczęście miała ze 2 metry:P) i sznur do wspinaczki;) po tym była wąska ścieżka nad skarpą:P

I w tym momencie parę osób zrezygnowało z wyprawy:P Szliśmy ciągle tą ścieżką i przyznam, że były ciężkie fragmenty:P Bo wąsko i wysoko, a pod nogami wielkie fale biją o skały;) 

Droga wśród tych pięknych widoków zajęła nam godzinę i plaża była naprawdę ładna:) i te fale:D Ach! Parę razy stojąc w wodzie po kolana przyszła fala większa odemnie:P oczywiście siła taka, że na nogach nie ustoisz, więc przekoziołkowałem pod wodą:D zabawy było, oj było:) ale głębiej fale były spokojne, tylko pływało się ja po górach:P Acha:) Wracając do drogi. W trudnych miejscach lokalni, którzy trasę pokonywali z niesamowitą zręcznością, pomagali innym. Podawali ręce, tłumaczyli gdzie postawić nogę;) więc trochę z nimi pogadałem;) między innymi mówiąc, że ja dla mnie trasa jest świetna a pomagając mi odbierają mi tylko zabawe:P Jeden z nich podłapał, że lubię takie klimaty i zaproponował mi spacer do jaskini położonej opodal. Niestety jej zdjęcia jeszcze nie mam, ale wrzucę:P w każdym bądź razie jaskinia wspaniała na nocleg:P Trochę jeszcze z tym człowiekiem porozmawiałem, dowiedziałem się między innymi o podróżowaniu w tutejszych górach i o tym, że można pić na ulicy, a jeśli przyłapie nas policja, to powiedzą, żebyśmy nie śmiecili i dadzą spokój:P więc fajnie:) Na plaży były też całkiem przyjemne i zabawne zabawy grupowe, mające pewnie na celu integracje i na pierwszy rzut oka ja dla dzieci, ale jak było fajnie:D kiedy to rękami w olejku mieliśmy zrobić pociąg, chwytając osobę przed nami, potem osobę następną (nie zmieniając kolejności) potem jeszcze następną;) w tym momencie musieliśmy być bardzo blisko i nagle słyszę jak ktoś mnie woła:) Patrze, a to jeden chłopak ściśnięty między kilkoma dziewczynami mówi do mnie "Dominik! Bien?" a ja mu na to "Muy bien:D" (dla nie wtajemniczonych:P "Dominik! dobrze?" "Bardzo dobrze") ciekawym pomysłem było też podzielenie nas na grupy pięcioosobowe i danie zadania:P "Możecie się przytulać, łapać i trzymać, ale w efekcie na piasku mają być tylko dwie stopy i dwie ręce" i tego typu rzeczy:P jakie niekiedy były pomysły:D ale było śmiesznie:) i już powoli kończąc jeszcze jedna rzecz odnośnie czarnego piasku:) w zasadzie nie różni się on od zwykłego;) też się przykleja (ale bardziej go widać) też wszędzie włazi;) różni się jedną rzeczą:P chodziliście kiedyś po gorącym piasku? Był żółty? To teraz proszę sobie wyobrazić jak bardzo może się nagrzać czarny piasek:P Na zakończenie jeszcze parę fotek z trasy;)

Aha! Jako, że z AURI chodzimy co tydzień na jakieś wyjścia, a mam parę zaległych... niedługo Teneryfijskich wypraw ciąg dalszy;)

sobota, 26 września 2009

Studencka finansowość

Zabieram się do tego posta już od dłuższego czasu. Ostrzegam, że będzie długi, ale spokojnie, postaram się go sensownie zorganizować. A o czym będzie? Spróbuję odpowiedzieć na dość ważne pytanie: "Ile kosztuje Erasmus?". Oczywiście ten w Barcelonie.
Przy okazji będą też rady dotyczące transportu czy komunikacji ze światem. O zakupach żywności i stołowaniu się zrobię osobny wpis (myślę, że będzie długi).

Transport

Autobus Girona Airport - Barcelona (Estació del Nord)
Pojedynczy bilet: 12€
Bilet tam i z powrotem: 21€

Bilety kupuje się w kasie na dworcu, który znajduje się tuż koło lotniska (trzeba skręcić w prawo po wyjściu z terminalu). Autobus odjeżdża co 15 minut, nie czeka się dłużej niż 35 minut. Szczegółowe informacje tutaj. Po 70 minutach jesteśmy już w Barcelonie, najwięcej czasu autobus traci stojąc w korkach w samym mieście. Wysiadamy na dworcu północnym. Do metra (stacja Arc de Triomf) jest kilkadziesiąt kroków. Tu znajdziemy linię metra L1. Wybierając kierunek Hospital de Bellvitge dojedziemy do Placa Catalunya (2 stacje, można też pokonać ten odcinek piechotą, ok. 1,5km), głównego punktu Barcelony (tu znajdziemy jeden koniec La Rambla). Bilet kupimy tuż przed wejściem do metra w automacie (płatność gotówką lub kartą).

Jeśli ktoś chciałbym dojechać do naszego uniwersytetu UAB (Universitat Autònoma de Barcelona) należy przesiąść się na Placa Catalunya w kolejkę S2 (kierunek Sabadell). Oczywiście przed wejściem musimy znów kupić bilet tym razem na 2 strefy. Wysiadamy na stacji Bellaterra albo Universitat Autonoma. Podróż trwa około 25-20 minut. Dobra informacja: pociągi są klimatyzowane.
Uwaga: bilety są czasowe (1 strefa - 1h15, 2 strefy - 1h30), jeśli kupicie bilet na 2 strefy, możecie skasować bilet w metrze i potem przesiąść się na kolejkę używając tego samego biletu.
Jeśli wiecie, że będziecie korzystać z komunikacji kilka razy, dobrym pomysłem jest kupienie biletu T-10, który pozwala na dziesięć przejazdów. W ten sposób jest taniej.

Bilet na 1 strefę pojedynczy: 1,35€
Bilet na 2 strefy pojedynczy: 2,10€
Bilet T-10 na 1 strefę (10 przejazdów): 7,70€
Bilet T-10 na 2 strefy (10 przejazdów): 15,40€


Istnieje oczywiście możliwość kupienia biletu jednodniowego (9,15€), miesięcznego (69,10€) lub na cały trymestr (191€). Aby było to opłacalne należałoby dość często jeździć do Barcelony. Pomysł dobry jeśli ktoś odwiedza miasto na kilka dni. Więcej informacji na stronie TMB (Transports Metropolitans de Barcelona).

A ile wydajemy my?
Jak na razie jesteśmy tu 12 dni. Byliśmy w Barcelonie na kilku imprezach, razem ok. 20 przejazdów (licząc 2 osoby), z czego każdy wychodzi po 1,54€.

Zakwaterowanie

Oczywiście nie będzie o ho(s)telach, bo to nas mało dotyczy. Będzie raczej o mieszkaniu na dłużej. Cena oczywiście zależy od warunków i lokalizacji. Wiadomo, że im więcej osób, tym taniej. Druga sprawa, że im bliżej do centrum Barcelony, tym drożej.
Znajomy za mieszkanie w centrum płaci ok. 350€, ale mieszkają w 8 osób. Inni płacą tyle samo, ale bliżej uniwersytetu, tyle, że więcej prywatności.
To w zasadzie pierwsza sprawa, nad którą trzeba się poważnie zastanowić. Czy bliżej miasta, bardziej barcelońsko, ale też codziennie na uczelnię dojeżdżać. Albo na kampusie, bardziej uniwersytecko, uczelnia pod ręką, dużo studentów i blisko na basen. Tylko, że dojeżdżać trzeba na imprezy do centrum miasta. Wszystko oczywiście zależy do finansów i preferencji. A ile kosztuje mieszkanie na uczelni? Opcje są różne, szczegóły na dole.

Mieszkanie w akademiku z łazienką i kuchnią (cena za miesiąc)
4-osobowe (76 m2), 2-osobowy pokój: 215€
5-osobowe (104 m2), 2-osobowy pokój: 201€
5-osobowe (104 m2), 1-osobowy pokój: 256€
2-osobowe (30 m2), 2-osobowy pokój: 243€

A jak dostać takie mieszkanie? Tu już trzeba się nastarać. Jak zwykle najważniejsze są terminy, bo oczywiście ilość miejsc jest ograniczona. Fakt, że ograniczenie to ok. 1800 osób, ale chętnych jest tak dużo, że miejsca są rozchwytywane jak ciepłe bułeczki. Na początku maja trzeba należy wypełnić formularz zgłoszeniowy (szukajcie na tej stronie, tu też znajdują się opisy mieszkań). Po wypełnieniu pozostaje nam jak najszybciej wpłacić pieniądze na konto (depozyt wysokości 170€) oraz przesłać do biura kampusu maila z datą, kiedy planujemy przyjechać. Dodatkowo potrzebny jest też acceptance letter, który potwierdza, że zostaliśmy przyjęci na UAB.
W ciągu najbliższych tygodni zostaniemy poinformowani, czy przyznano nam miejsce. Nawet jeśli nie, to uczelnia znajdzie nam coś innego, więc nie ma potrzeby się martwić.
Do ceny wynajmu dochodzą oczywiście opłaty za prąd, gaz i wodę. Dokładnej kwoty jeszcze nie znamy, zobaczymy ile nam ubędzie z konta.
Po przyjeździe na miejsce, należy się zgłosić do biura (otwarte pon-pt 8-16), gdzie podpisujemy umowę (ważne oficjalnie można mieć "okazyjnych" gości), wpłacamy kolejną kaucję zwrotną (w wysokości miesięcznego czynszu, tak na wszelki wypadek jakbyśmy nie zapłacili) i dostajemy klucz (w formie karty magnetycznej). W przeciągu 3 dni należy dostarczyć numer hiszpańskiego konta bankowego, z którego automatycznie będzie opłacane mieszkanie. Kolejna ważne informacja to darmowy, bezprzewodowy internet na terenie całego kampusu (czyt. też w akademiku). Jest także restauracja, mały market (tzn. drogi), pralnia, pub, otwarty basen, fryzjer i cała potrzebna reszta. Jest nawet wewnętrzny autobus, który dowodzi studentów do budynków, w których mają zajęcia.
Inna (tym razem niemiła) sprawa, o której nikt nie raczył nas poinformować to opłaty za utrzymanie czystości i zieleni. Pewnie twierdzą, że powinniśmy to wiedzieć.

Opłaty za prąd, wodę i gaz: ok. 20-30€ / miesiąc
Opłata za utrzymanie czystości: 25€ / miesiąc
Internet: 0€
Konta w banku: 0€

Jeśli chodzi o bank, na terenie uczelni znajduję się Caixa Catalunya. Bank zaprzyjaźniony z uczelnią. Konto zakładamy za darmo, dostajemy kartę debetową. Żadnych opłat (jeśli zrobimy jakiekolwiek zakupy 3 razy w miesiącu). Kartą można zapłacić za wszystko. Nawet kupić bilet. Nie ważne za ile kupujemy, kartę przyjmą zawsze.

Podsumowując sprawy mieszkaniowe kosztują nas ok. 290€ za miesiąc. I zapewne są to największe koszty związane z pobytem.

Urządzenie mieszkania

To może być małe zaskoczenie, ale w akademikowych mieszkaniach nie ma niczego. Tzn. są meble, ale na tym się praktycznie kończy. Znajdziemy też lodówkę, łóżka, 2 lampki stołowe, kilka krzeseł. Należy też wspomnieć o masie szafek. Jest ich tak dużo, że mieszkając tu kilka lat nie zdołalibyśmy ich zapełnić. I by było w zasadzie wszystko. A czego nie ma? Może przedstawię całą listę rzeczy, które musieliśmy kupić, by umilić (albo umożliwić) życie tutaj.

Wyposażenie kuchni:
Kubki (0,2€), szklanki (0,5€), talerze (0,5€), kieliszki do wina (0,75€), patelnia (2€), garnki (9€/3 szt.), sztućce (3€/16 szt.), ścierki (0,5€), noże kuchenne (3€/4 szt.), deski do krojenia (2€), duża miska (2€), kosz na śmieci(1,5€), plastikowe opakowania (2€/3 szt.), worki na śmieci, tarka (1€), podkładki (0,5€), miseczki (0,5€), trzepaczka do jajek (1,5€), toster(10€), gąbki, płyn do mycia naczyń i masa małych rzeczy.

Sypialnia i łazienka:
Koc (2€), poduszka (3€), pościel (8€), ręczniki (1,5€), mop, wieszaki (1€/5 szt.), wiaderko (1,5€), proszek do prania, odświeżacz powietrza, papier toaletowy.

Było tego naprawdę sporo. Na szczęście dzięki życzliwości znajomych Hiszpanów wszystko przewieźliśmy autem. Oprócz IKEI polecam również sklepy ze wszystkim za 1€. Tam można znaleźć dużo innych, przydatnych rzeczy.
Istniała też możliwość wypożyczenia wszystkiego z biura kampusowego (9€/os. za miesiąc), ale postanowiliśmy wydać podobną kwotę na własne rzeczy. Oczywiście nie wszystkie nasze zakupy były niezbędne, część z nich była przyjemnym dodatkiem (toster, szklane opakowania na jedzenie). Należy też pamiętać, że zakupy robiliśmy na 2 osobowy z zapasem dla gości (6 talerzy, 6 kieliszków, 6 szklanek, itd.)

Razem wyposażenie mieszkanie trochę kosztowało. 90€ w IKEI i ok. 30€ w innych miejscach. Na szczęście jest to wydatek jednorazowy i w tej chwili mamy chyba wszystko, co po potrzebne.

Komunikacja

Precyzując chodzi mi o opłaty za telefon. Wybór jest spory, 3 duże sieci komórkowe i kilka mniejszych. My wybraliśmy sieć katalońską. Najważniejsze, żeby było tanio. Do siebie mamy prawie za darmo, a sporo naszych znajomych też ma tę sieć. Inna fajna sprawa, że karta SIM nie kosztuje dużo, więc nie trzeba na początku dużo "inwestować". Trochę ciężko jest znaleźć sklep, gdzie można ją kupić. Najlepszy jest MediaMarkt (dokładnie ten sam, co u nas). Podpiszemy umowę (oczywiście nie ma żadnych zobowiązań) i dostaniemy kartę. Wszystko potrwa ok. 15 minut. Szczegóły opłat w sieci Blau poniżej.

Połączenie w sieci Blau: 0€/min (każde, pierwsze 10 min.)
Inne połączenie krajowe: 0,08€/min
Ustanowienie połączenia krajowego: 0,16€
Połączenie w UE (stacj.): 0,08€/min
Połączenie w UE (kom.): 0,22€/min
Ustanowienie połączenia w UE: 0,39€
SMS: 0,08€

Minimalna kwota jaką trzeba wydać miesięcznie: 2€




Minusem jest to, że najpierw płaci się za "ustanowienie" połączenia, a potem za każdą minutę. Wniosek taki, że jak już rozmawiać, to długo. Niestety nagrania się na pocztę jest liczone jako połączenie. Ale ceny są niskie, to chyba największy plus.
Tak wygląda komunikacja lokalna. A jak skontaktować się z domem. Najlepszym rozwiązaniem jest Skype (albo coś w tym guście). Oczywiście nie wszyscy mają w domu Internet, więc jeśli chcemy porozmawiać z dziadkami, lepiej zadzwonić na telefon domowy. Tu znów Skype, tym razem płatny. Opcje są dwie. Albo niezobowiązujący abonament (połączenia bez ograniczeń), albo jednorazowa wpłata "do wygadania".

Jednorazowe zasilenie Skype'a: 40 zł
Cena poł. na tel. stacj. w Europie: 0,07 zł / min.
Abonament na Polskę: 17,19 zł / miesiąc
Abonament na Europę: 22,94 zł / miesiąc

piątek, 25 września 2009

I'm from Barcelona



Nadszedł oto czas, żeby podzielić się barcelońskimi spostrzeżeniami. W końcu mieszkamy tu już cały tydzień:) Oto kilka rzeczy, których się nauczyłam przez ten czas:


1.Catalunya No Es Espanya


Nie każdy wie, że Barcelona wcale nie leży w Hiszpanii. Tak przynajmniej twierdzi większość mieszkańców tego pięknego miasta. Katalończycy są niezwykle dumni z własnego języka (swoją drogą niezwykle trudnego, ale o tym potem), odrębnej historii i kultury. Więc kiedy kolejny raz wzdycham dostając uczelnianą ulotkę w języku katalońskim i patrząc błagalnie mówię do pani:
-No versión en español?
Ona tylko wzrusza ramionami i mówi krótko
-Es Catalunya.
Już podczas naszej pierwszej imprezy z sąsiadami zostaliśmy uświadomieni w tym temacie. Mimo tego, że my mówiliśmy raczej po angielsku, a oni w wiekszości po katalońsku nie przeszkadzało nam to w dobrej zabawie.
"Catalunya good" - powiedział jeden z uczestników do mnie - "Espanya blee" - po czym podkreślił to zdanie kciukiem skierowanym w dół.
Śliski temat, myślę sobie więc, nie będę się dopytywać.
Ale kiedy w pięć minut później ten sam człowiek radośnie rzekł mi, że Hiszpania wygrała z Polską w kosza nie wytrzymałam:P
-But "Catalunya no es Espanya", right?
Uśmiechnął się tylko bez słowa. Przez jakiś czas nie mogłam zrozumieć tego fenomenu. Teraz już wiem, że odpowiedź jest prosta.



2. Katalończycy kochają świętować.

Patrząc na nich można naprawdę westchnąć z podziwem. Przede wszystkim dlatego, że tutejsi mieszkańcy świętują w tak ładny sposób. Przedwczoraj wieczorem udało nam się zobaczyć jedną z tradycyjnych katalońskich imprez urządzaną z okazji dni Barcelony. Pochód ogromnych czterometrowych kukieł, idących w towarzystwie roztańczonych Katalończyków grających na tradycyjnych instrumentach i sypiących konfetti. Coś pięknego:)

Nieważne, że gdy zapytaliśmy się z jakiej okazji organizowane jest to święto, nikt nie potrafił nam odpowiedzieć:P
Jeden z naszych znajomych z Polski opowiadał podobną historie:
Ogromna impreza, wiele świetnych koncertów i mnóstwo Katalończyków składających kwiaty pod jednym z pomników. Na pytanie dlaczego to robią, odpowiedzi nikt nie znał (mimo zamieszczonej koło pomnika tablicy pamiątkowej).
-To jest różnica między Polską a Hiszpanią... W Polsce każde najmniejsze dziecko wie, dlaczego mamy jakieś święto. Co nie zmienia faktu, że nikt się z tego powodu nie cieszy. Tutaj wszyscy się cieszą, tylko nikt nie wie czemu:)-podsumował Artur.


3. "Barcelona! Barça, Barça!"

Takie krzyki da się słyszeć za każdym razem, gdy zespół w koszulkach w bordowo-niebieskie pasy wybiega na murawę:) Da się je słyszeć wszędzie: w małych knajpkach w centrum, dobiegające z otwartych okien mieszkań, a nawet na akademikach, gdzie właściciel Frankfurtu (czyli miejscowego lokalu) za pomocą projektora rzuca obraz na szybę widoczną praktycznie z każdego mieszkania na głównym placu. Wszystko po to, żebyśmy wszyscy mogli przyłączyć się do kibicowania. W końcu kolejna wygrana to kolejna okazja do świętowania. A wtedy... patrz punkt drugi:D


4.Run baby, run!

Podobno gdzieś w zakamarkach barcelońskich ulic kryje się szkoła dla kieszonkowców. Okryta światową sławą, ściąga fachowców z całego świata, chętnych do dokształcania się w zakresie swojego fachu. Bo w Barcelonie kradną tylko najlepsi. Zawsze bawiło mnie wyobrażenie 20 ławek i sali z tablicą, w której starszawy profesor wykłada przedmiot "budowa kieszeni" albo "techniki odwracania uwagi":) Do czasu kiedy nie przyjechałam tutaj. Wystarczy chwila nieuwagi, dwóch pozornie zagubionych turystów pytających o drogę, my jak zwykle pełni dobrych chęci i nagle myk! Plecaka nie ma. A dwaj zagadujący nas panowie nie wiedzą o co chodzi... Przecież są tylko turystami tak jak my... Na szczęście Jacenty ma długie nogi i biega dość szybko. W końcu zawartość plecaka była droga naszemu sercu! Hiszpańskie wino i paczka chipsów z Alcampo piechotą nie chodzi! Szczególnie dla studentów!:)

Na granicy hiszpańsko-polskiej

Pewnie zastanawiacie się, gdzie to jest. Już Wam mówię, dokładnie w miejscu, w którym mieszkamy. Właśnie tu można w ciągu chwili przejść z Polski do Hiszpanii, przynajmniej kulinarnie. Wczoraj zorganizowaliśmy szaloną ucztę, której nie powstydziliby się nawet sarmaci, ale po kolei.

Pomysł powstał dużo wcześniej, wystarczyło tylko wybrać dzień, wybrać potrawy i zaprosić gości. Dzień wybrał się sam. 24 września to święto Barcelony, każdy ma wolne i chce się bawić. W całym mieście była fiesta (która trwa w zasadzie od środy do niedzieli), u nas też!
Następna rzecz to potrawy. Szukaliśmy czegoś polskiego. Jak się później okazało wybór dania to pikuś, ale znalezienie składników to inna bajka. Poinformowaliśmy gości i wybraliśmy się na zakupy.


Polskie pierogi ruskie

Nazwa może myląca, ale one są nasze! Przepis prosty, przygotowanie wymaga jednak trochę wprawy. Szczerze mówiąc to były nasze pierwsze pierogi. To jeszcze nie był problem, problemem był brak naszego, polskiego, białego sera. Znaleźć tu można każdy ser, ale nie taki zwykły. Jeden jest słony, drugi gumowaty, inny nie ma smaku. Nie wiadomo co gorsze.
Rozwiązaniem było zrobienie bardziej ziemniaczanego farszu i dodanie sporo przypraw oraz cebuli. Inna sprawa to ziemniaki, które są tu wiecznie młode, więc farsz jest dość lepki. Ostatecznie wyszło smacznie. Blat kuchenny zastąpił nam stolnicę, butelka po winie wałek, a ciasto wykrajaliśmy szklanką. Gotowe pierogi lądowały na okapie, jako, że nie było już nigdzie miejsca. Wierzcie mi, nasza kuchnia nie jest dwuosobowa, a przygotowanie 3 dań w dwóch garnkach byłoby niemożliwe (z pomocą przyszedł nam Artur).
Jak wyszły pierogi? Oceńcie sami, poniżej fotki. Jeśli chcecie ocenić smak, mamy jeszcze kilka do spróbowania, może zdążycie :)


Rosół i sałatka tradycyjna

To już chyba typowo nasza potrawa. I to nie był jakiś rosół z kostki, prawdziwy z kurczakowych nóg. Tu pokłony należą się w 100% Asi, która zrobiła to cudo zupełnie sama. My wtedy zajmowaliśmy się sałatką tradycyjną, z którą też było ciekawie. Kupienie w Polsce potrzebnych składników ogranicza się do pójścia do najbliższego warzywniaka. Jest tam wszystko. Ale my, my jesteśmy w Hiszpanii. Selera nie udało się znaleźć. Pietruszka kosztuje 12zł za kilogram. O ogórki kiszone nie ma co pytać, swoją drogą ciekawe czy mają takie słowo. Przeszukałem całe Alcampo (hiszp. odpowiednik Auchan), bezskutecznie. Na szczęście w pobliskim sklepie udało nam się znaleźć ogórki konserwowe. To uratowało sałatkę.


Tak właśnie wyglądało Polskie menu. A co znalazło się w hiszpańskim? Posłuchajcie...

Tortilla de patatas
Danie proste i zarazem bardzo pożywne. Znajdują się tu głównie ziemniaki, cebula i jajko. Zrobione w całości na patelni. Wygląda trochę jak ziemniaczany tort. Najlepiej jest na ciepło (na szczęście mamy mikrofalówkę)

Pa amb tomàquet
Bardzo przyjemne, szybkie do zrobienia danie katalońskie. Wystarczy pokroić na kawałki bagietkę (pa po katalońsku), wysmarować ją pomidorem (tomàquet), polać oliwą. Najlepiej jeść z jamon, czyli hiszpańskim suszonym mięsem. My dodatkowo próbowaliśmy jeść to z serem żółtym (queso) i polędwicą (lomo).

Pastel de queso
Na deser był hiszpański sernik i dodatkowy czekoladowe lody polane katalońskim likierem (Crema Catalana - w zasadzie normalnie jest to, coś na wzór franc. Creme brulee, ale likier używany do tego deseru nosi tę samą nazwę)


Oczywiście wszystko jak należy było popijane czerwonym winem, białym do deseru i oczywiście Sangrią w między czasie. Muszę przyznać, że to był jeden z najdłuższych posiłków w moim życiu. Było tego sporo, pewnie przez najbliższy tydzień będziemy kończyć to jedzonko. A już umówiliśmy się wstępnie na następny raz. Może tym razem schabowy albo placki ziemniaczane.

czwartek, 24 września 2009

Zwycięstwo!

Kiedy pisałem ostatnio, mówiłem, że ciągle nie byłem na zajęciach. Ale, ale... W końcu udało mi się znaleźć budynek w którym odbywają się moje zajęcia:) Ale byłem szczęśliwy kiedy w końcu zobaczyłem "znajomych" ludzi. Bo prawda jest taka, że informatyków (szczególnie jeśli są w grupie) da się poznać ze znacznej odległości:) Także widziałem te twarze, okulary, długie włosy, specyficzne ubiory i cieszyłem się jak dziecko, ze swojego małego zwycięstwa, bo zwiedziłem sporą część uczelni, próbując znaleźć ten budynek, który swoją drogą jest lekko schowany. Ale zaraz po radości zwycięstwa przyszło inne ciężkie do określenia uczucie... Studenci zajęli swoje miejsca, prowadzący odpalił projektor i włączył prezentacje... do tego momentu wiedziałem, co się dzieje:P Potem? Hmmm... Z zajęć zrozumiałem niewiele i to nie dlatego, że materiał był trudny:P Wyłapałem tylko znajome słowa jak manana i temu podobne, oraz słowa typowo informatyczne, ale za nic nie umiałem tego logicznie połączyć. Po wykładzie, które tutaj trwają tylko godzinę, podszedłem do prowadzącego i zagadałem po angielsku, z czego dziś bardzo się cieszę:) Okazał się być bardzo sympatycznym człowiekiem, powiedział, żebym pisał do niego w razie jakichś wątpliwości, że slajdy znajdę na stronie internetowej, a jeśli będę miał z tym problem, to wyśle mi mailem wszystkie slajdy, że egzamin i jakiś projekt będę mógł pisać po angielsku i w ogóle bardzo polubiłem tego człowieka:) Tego samego dnia byłem na innym wykładzie, który prowadził ten sam człowiek i po zajęciach spytał, czy cokolwiek zrozumiałem:P (oczywiście wiedział, że totalnie nic nie rozumiałem:P). Z innymi ludźmi jeszcze nie porozmawiałem, ale myślę, że jest to dobre rozwiązanie, przynajmniej będą wiedzieli, że się staram i interesuje już teraz, a nie kiedy zbliża się sesja:P Poza tym kiedyś muszę te slajdy przetłumaczyć z hiszpańskiego na polski, czy angielski:P

Ale jak wiadomo nie samą uczelnią człowiek żyje:) Wczoraj na cotygodniowej erasmusowej posiadówie przy piwie poznałem kolejną osobę z Polski i nie mam pojęcia dlaczego, ale to kolejna Polka:) W sumie jest ich już prawie 10 i wcale mi to nie przeszkadza:) Nowa koleżanka jak się okazuje też mieszka w akademiku:) Ale to chyba już koniec dobrych wieści... kolejną nowością jest to, że chyba wszyscy, albo większość ludzi się z akademika wyprowadza. A przynajmniej większość ludzi, których znam. Doskwiera brak internetu, czy lodówki (mimo, że w końcu otworzyli nam kuchnie:D) dlatego zobaczę jak to będzie... jeśli faktycznie wyprowadzą się wszyscy, to chyba będę musiał się do jakiejś grupki dołączyć i wynieść się razem z nimi. Ostatnia nadzieja w nowo poznanej Kasi, która jak na razie rozważa przeprowadzkę (reszta już szuka mieszkań).

No ale jak na razie dwie rzeczy są pewne:P Muszę się jutro lub w poniedziałek zapisać na zajęcia i najważniejsze... Musze się uczyć hiszpańskiego:P Ale robię już postępy;) Powszechną radość wywołałem ostatnio w recepcji pytając "Can I borrow >>planchar<

środa, 23 września 2009

Jak to się robi po hiszpańsku

Najpierw będzie trochę o studiach.
Siedzę właśnie w 60-cio osobowej sali. Wszystkie sale tutaj są tej wielkości. Warto dodać, że nie jest ona nawet do połowy wypełniona. Wykład z Inteligencia Artificial prowadzi pani o bardzo bujnej fryzurze. Jak na razie jedyny wykładowca-kobieta jakiego spotkałem.
Nie myślcie, że jestem niegrzeczny i piszę na blogu zamiast słuchać. Ja naprawdę bardzo bym chciał, ale ta pani mówi - jak to mają tu w zwyczaju - po katalońsku. Zdarza mi się zrozumieć proste zdania po hiszpańsku, ale nie ma mowy, że odgadnąć o czym oni mówią. Kataloński jest trochę jak bigos. Tylko zamiast wrzucać wszelkiego rodzaju mięsa do kapusty. Ktoś powrzucał do gara francuski, hiszpański i portugalski. Dodaj potem soli, pieprzu i odrobinę cukru, żeby już zupełnie nie pasowało.
Ale skoro mamy się edukować to zacznę od tego, że cześć po katalońsku jest tak samo jak po hiszpańsku (Hola!). Kiedy się żegnamy - nie ważne z kim - rzucamy krótkie Adeu! Trochę trudniejsze jest proszę: Si us plau! Czytamy tak, jak się pisze. Ciekawy jest znak x, który czyta się jak nasze polskie sz. Więc jeśli chcecie kupić tabliczkę czekolady szukajcie napisu: La xocolata.
W biurze między narodowym dostaliśmy książeczkę do nauki katalońskiego, razem z płytą. gdzie jest wymowa. Naprawdę dbają o swój język. Oprócz tego są darmowe kursy, ale prowadzone po hiszpańsku. Szaleństwo! Pomyślimy, może po nauczeniu się hiszpańskiego, pójdziemy na ten kurs. Kataloński w CV mógłby fajnie wyglądać.

Wracając do tematu studiów. Jak na razie był jeden wykład po hiszpańsku. Jak się okazało wykładowca nie jest biegły w angielskim, ale bym miły, starał się. Skończyło się na wytłumaczeniu prawie wszystkiego po hiszpańsku. Powiedział, że za miesiąc będziemy go rozumieć. Systemy operacyjnie po hiszpańsku. Zapowiada się ciekawie. W wolnym czasie wrzucę tu fragment wykładu z Sistemos Operativos :)

Prawdą jest to, że Erazmusów nie krzywdzą tutaj. Wykładowcy są mili, zawsze można się z nimi jakoś dogadać. Albo wytłumaczą wszystko po angielsku po zajęciach, albo podrzucą linki po angielsku, zrobią egzamin po ang. Podobno nawet są jedne ćwiczenia po angielsku, czego się zupełnie nie spodziewałem.

Musze lecieć, bo Pani kończy wykład :)

niedziela, 20 września 2009

Pierwszy raz...

Tak... w piątek miał być ten mój wyczekiwany pierwszy raz:P naprawdę tego chciałem! Chciałem jak normalni ludzie pójść wreszcie na zajęcia:P Ba! Nawet wyszedłem z akademika godzinę wcześniej, żeby bez problemów znaleźć sale i co? Miało być pięknie, było jak zawsze;) Sali nie znalazłem, a szukałem jej w paru budynkach i łącznie ze 3 godziny:P Jednak polibuda jest jaka jest, ale ma swoje zalety;) jeśli na planie jest napisana sala, to zawsze razem z budynkiem w którym jest, a tutaj? Każdy budynek ma po prostu inny format numerowania sal, ale skąd mam wiedzieć w którym kampusie jest sala 1.1? No trudno... za to kiedy wróciłem do pokoju, postanowiłem popraktykować trochę tutejszych zwyczajów i udałem się na siestowy wypoczynek;)

Obudziły mnie koleżanki z Polski, (chwilowo jeszcze bez mieszkania:P) które stwierdziły, że zrobią u mnie obiad. Pomysł piękny i szlachetny:D za to kolejny problem... kuchnie mamy ciągle w remoncie, więc nie było gdzie tego obiadu przygotować, ale... czy trójka przyszłych polskich inżynierów się tak łatwo poddaje? Nie! Udało nam się ugotować makaron w warunkach iście studenckich, a mianowicie w czajniku elektrycznym mieszając go (żeby się nie przypalił) nożyczkami:P Do tego dziewczyny zaproponowały fasolkę z puszki i ostrygi. Pierwszy ugotowany na akademikach obiad był naprawdę smaczny;) mimo, że ograniczona ilość sztućców zmusiła nas do jedzenia rękami:P przynajmniej była zabawa:) jednak na pierwszym obiedzie się nie skończyło:P chwile potem inna koleżanka (tym razem polka z naprzeciwka) oznajmiła, że za godzinę przychodzą znajomi i robimy imprezę tak też się stało...

Były dwie koleżanki ze Słowenii, Belgijka, Niemka wychowywana w Hiszpanii, Dziewczyna z Kazachstanu mieszkająca w Niemczech, a także pół Niemiec i pół Włoch oraz Czech, trzy polki, jeden polak no i ja;) poza tym mieliśmy tutejszego Don Smiona czyli specyficzne wino;) pożyczyliśmy parę kubków i... zabrakło jednego. więc sprytni studenci obcięli małą butelkę po wodzie i już każdy mógł napić się wina:)

nie wiem jak to się działo, ale butelki pojawiały się znikąd, w sumie Kasia następnego dnia mówiła, że wywaliła 12 butelek:P były rozmowy po angielsku i hiszpańsku, były zabawy i grupowe zdjęcia:) Była nawet sąsiadka, która przyszła do nas koło godziny 11 i oznajmiła, że niektórzy chcą spać:P no mówi się trudno... jak tylko skończyliśmy wino, czyli koło godziny 12 udaliśmy się na miasto trochę potańczyć. Tak jak pisałem wcześniej na ulicach jak i w klubach dzikie tłumy i tańczyć jak dla mnie, aż tak fajnie się nie dało, ale i tak bawiliśmy się dobrze:) na koniec taksówka pod akademiki koło 3-4, bo następnego dnia mieliśmy stawić się z samego rana na przystanku autobusowym, aby pojechać nad baseny i tak też się stało:)

Podsumowując... zamiast pierwszego dnia zajęć miałem pierwszy obiad w akademiku i pierwszą imprezę w akademiku, więc i tak wyszedłem na tym całkiem dobrze;)

A! I inna ważna rzecz, która miała miejsce po raz pierwszy:P tamtej nocy spadł deszcz:) W centrum Laguny to ponoć niezbyt rzadkie, ale padało także na akademikach, a to już nieczęste. Stałem więc na deszczu odpoczywając od duchoty i tłoku na dyskotece i śmiałem się w duchu z ludzi, którzy pośpiesznie zakrywali sobie głowy jakimiś gazetami, koszulkami... przecież taki deszczyk, to jak zbawienie:P mały i orzeźwiający:)

piątek, 18 września 2009

Irlandzkie inności

'They are always on the wrong side of the road!!!'
Trzeba zacząć od rzeczy totalnie oczywistej, która mimo wszystko wciąż zadziwia i - często niemile - zaskakuje. Ruch lewostronny. Naprawdę trudno się walczy z wyuczonym cale życie nawykiem patrzenia najpierw w lewo, potem w prawo. Wprawdzie wszędzie dookoła, np na przejściach dla pieszych, pełno znaków typu: 'look right' , ale - kto by się tam na znaki oglądał!!!;p
Muszę przyznać jedno - ciesze się, ze mieszkam w centrum miasta i nie muszę jeździć nigdzie rowerem - bo z pewnością pobiłabym wszystkie rekordy jeżdżenia pod prąd (o rondach już nie wspominając!!! )
Chociaż, nie wiem czy wiecie (ja nie wiedziałam), zasada ruchu lewostronnego pochodzi jeszcze ze starożytności i kiedyś obowiązywała w całej Europie. Zmiana na ruch prawostronny została wprowadzona przez Francuzów dopiero na przełomie XVIII / XIX wieku. Więc - to my jesteśmy 'inni', a nie oni - mimo, że jesteśmy w większości;p

'It's not a normal beer. It's... Guinness... '
Tak teoretycznie - jest to ciemne piwo. Ale szczerze - smakiem odbiega od każdego innego piwa. Jest bardziej... hmmm karmelowe? W sumie to trudno to opisać - po prostu trzeba spróbować!!!
Jest parę rzeczy, które o Guinnesie trzeba wiedzieć!
1) Jeśli chcemy go zamówić, to należy powiedzieć coś, co brzmi mniej więcej tak:
'Bo maith liom an pinta Guinness leith do thuil' ;)
Wtedy barman na pewno bardzo ładnie się uśmiechnie;) gorzej - jak odpowie coś też po irlandzku;p
2) Jeśli już zamówiliśmy Guinnessa, a barman - zamiast nam go podać obsługuje kogoś innego - to wcale nie znaczy, ze o nas zapomniał!!! Guinness m
a to do siebie, że bardzo się pieni - nie da się go więc od razu tak nalać, żeby była 'piana na 2 palce' - po 1szym nalaniu zajmuje ona polowe kufla!!! (co oczywiście wcale nie świadczy o braku umiejętności barmana) Procedura jest wiec taka, że należy poczekać, aż piana opadnie i po trochu dolewać - aż do pełna;) Zazwyczaj dwie 'dolewki' wystarczają;)
3) Gdy już odczekamy swoje i wreszcie dostaniemy upragnionego Guinnessa... STOP! najpierw trzeba jeszcze poczekać, aż cała piana uleci do góry, a Guinness zrobi się cały prawie że czarny. I dopiero teraz:
'
gártha!'
'Where the streets have no name...'
No tak - ulice maja nazwy - ale tylko na mapach. Czasami, jeśli dobrze poszukać, da się gdzie-nigdzie znaleźć tabliczki z nazwami, ale to naprawdę baaardzo rzadko - i raczej tylko w centrum.
Natomiast nazwy te prawie nie obowiązują w świadomości Irlandczyków - gdy spytamy kogoś o ulice to z pewnością zostaniemy doprowadzeniu do hotelu, pubu czy też knajpy, która ma podobna nazwę - co wcale nie znaczy że jest na tej właśnie ulicy;p
Więc lepiej od razu pytać np: gdzie jest konkretny pub - odpowiedź uzyskamy natychmiastowo!;)

'Can I help you?'
O tym nie można nie wspomnieć!!! Irlandczycy są niesamowicie uprzejmi, pomocni i zawsze uśmiechnięci. Szczerze to zastanawiam się - skąd oni to czerpią - bo chyba nie (jak Hiszpanie czy Włosi) ze słońca;p

Doświadczyłam tego już pierwszego dnia, gdy trochę zagubiona stałam na środku skrzyżowania z mapa w ręku i bezskutecznie próbowałam odszukać jakiejkolwiek tabliczki z nazwa ulicy. Nagle podszedł do mnie pewien miły pan i spytał:
'What are you looking for? Can I help you?'
Na moje szczęście - totalnie jeszcze wtedy tego nie świadoma - spytałam o 'Sleepzone' - czyli hostel, a nie o ulice przy której się on znajduje, toteż szybko uzyskałam dokładną i rzetelna odpowiedź;) No i miły uśmiech na dobry początek dnia.
Już wtedy wiedziałam, ze kocham tych ludzi!;)

Taps...

Coś, co wywodzi się z tradycji, i chyba nikt nie wie, czemu wciąż obowiązuje, bo nie ma żadnego praktycznego zastosowania! Czyli - osobny kranik z cieplą i osobny z zimna woda. Najgorsze jest to, że z tego pierwszego zazwyczaj leci wrzątek, a z drugiego... hmmm no powiedzmy że woda wcale nie najcieplejsza...;p i jak tu po ludzku zęby umyć???!!! ;p

Dzięki Asi - przeżyłam;P
Kolejna rzecz, która nie wiem skąd się wzięła i tylko utrudnia życie - wtyczki do prądu maja totalnie inny kształt niż te 'nasze'. Podobno są patenty na to, żeby w jakiś sposób wepchać nasze wtyczki do ichniejszych kontaktów, ale może się to źle skończyć dla naszej wtyczki;p
Tutaj życia uratowała mi Asia (a raczej życie mojego zasilacza, ładowarki itp;p ), bo zanim wsiadłam do samolotu na wrocławskim lotnisku, podarowała mi przejściówkę;)
Aha! Zanim zaczniecie panikować, że znowu 'zepsuł wam się zasilacz
', to sprawdźcie najpierw, czy kontakt, do którego się podłączyliście jest włączony (takim małym pstryczkiem obok) ;p

Irish pubs
Po pierwsze - najwspanialsze są te puby, w których
irlandzkie zespoły grają irlandzką muzykę;) A wszyscy tłoczą się dookoła, klaszczę w dłonie, tańczą i piją... no Guinnessa, oczywiście;)
A jeśli nie jest to pub z tradycyjną irlandzką muzyką, to i tak nie liczcie na to, że usłyszycie tam kiedyś muzykę puszczaną z płyt - o nie! Wtedy siedzi jakiś niezbyt znany zespolik - 2 gitary, perkusja, czasem skrzypce;) i grają wszystko - od Red Hot Chili Peppers, przez Pink Floyd, Amy Winehouse, Bob Dylad... do U2 oczywiście!!! :D wiedziałam, że usłyszę ich tu 'na żywo' ;)
Jedyną wadą wszelkich pubów jest to, że większość z nich ma krótką licencję i są zamykane o 24:00 ;/ Te które mają przedłużoną licencję są otwarte
... uwaga uwaga! do 2 w nocy!!! Eh... przecież to dopiero początek imprezy!!!

Gaeilge football
Miałam okazję uczestniczyć w jednym treningu - specjalnie dla Erasmusów. Pierwszy raz w życiu ktoś mnie uczył jak kopać piłkę!!! I nawet udało mi się strzelić gola:D
Ale jedno trzeba przyznać - z piłką nożną ma to niewiele wspólnego. Moim zdaniem jest to połączenie: piłki nożnej, siatkówki i koszykówki. Brzmi ciekawie, gra się jeszcze ciekawiej;) Trochę szczegółów:
Boisko:
Szczerze nie wiem, jakie wymiary ma dokładnie, ale jest mniej - więcej wielkości boiska do nogi. Za to bramki są trochę inne - bo po pierwsze nie mają siatek, a po drugie mają dłuższe pionowe poprzeczki. Dlaczego - wyjaśnię później;)
Przemieszczanie piłki:
Biegamy po boisku trzymając piłkę w rękach, ale można w ten sposób zrobić tylko 4 kroki. Potem należy albo odbić ją od ziemi - jak w koszu, co jest trochę trudne, bo gra się na trawie; albo kopnąć do siebie samego ;P (czyli łopatologicznie - rzucić sobie na stopę;p ) albo - podać do kogoś.
Podanie:
Można podawać piłkę do kogoś na 2 sposoby: kopiąc ją do niego, albo uderzając piłkę pięścią - jak serwowanie w siatkówce 'od dołu'.
No i najważniejsze - strzelanie goli.
Przed bramką jest bramkarz. Gole można strzelać kopiąc(!!!) piłkę do bramki. Jeśli trafimy pod poprzeczną belkę (przechytrzając bramkarza) - uzyskujemy 2 punkty. Natomiast jeśli kopniemy piłkę nad nią - a pomiędzy pionowymi belkami - 1 punkt.
Kto chce spróbować? Ja spróbowałam - świetna zabawa!!! Polecam! ;)

czwartek, 17 września 2009

Dreamland

Chciałem się podzielić tym, jak bardzo uwielbiam to miejsce. Minęły dopiero 2 dni, a już mogę powiedzieć, ze jest genialnie. To w ogóle nie wygląda jak akademik, ani jak uczelnia, które znam do tej pory.

Wczoraj na kolację był ryż z krewetkami i warzywami oraz cydr. W kuchni mamy mikrofalówkę, świetnym pomysłem są też rolety - pokój nie grzeje się w godzinach popołudniowych.

Uczelnia jest olbrzymia, wszędzie dookoła drzewa. Trochę trzeba się nabiegać, bo jest tu sporo pagórków (na szczęście znamy skrót, wjeżdżamy windą na 4. piętro biblioteki i jesteśmy prawie na poziomie naszego bloku.
Na miejscu w zasadzie jest wszystko czego potrzeba. Knajpy, mały supermarket, fryzjer, bank, otwarty basen, parkingi dla aut, itd. Co ciekawe w stołówce (na terenie elektroniki) można kupić piwo. Jest również pizzeria. Kawa kosztuje jedynie 70 centów. Zapowiada się przyjemnie.

I teraz najlepsze. Koło budynku elektroniki znajduję się kompleks sportowy. Za jedyne 17€ miesięcznie można korzystać z siłowni, 2 basenów z sauną, boisk, kortów oraz chodzić za zajęcia z capoiry, fitness, aerobik wodny, sztuki walki, samoobronę - lista ma ponad 50 pozycji, więc skończę wymieniać. Uczelnia bardzo promuję sport. Myślę, że spędzimy tam większość przedpołudni.

Na koniec o imprezach. Dwa dni za nami, dwie imprezy za nami. W pierwszy dzień mała 4 osobowa (razem z mentorami), a wczoraj z budyneczku na przeciwko zawołali nas inną imprezkę. Ok. 10 osób w jednym pokoju: tradycyjnie piwko, mecz, chipsy, fajka wodna. My oczywiście z winem. Sami Hiszpanie i jedna dziewczynka z Wenezueli. To był bardzo przyjemny wieczór. Wbrew pozorom mieszkańcy Hiszpanii znają angielski i można się dogadać, a nawet jak mówią po swojemu to zawsze możemy się czegoś nauczyć :)

Hola!

Nadszedł oto czas, aby w końcu podzielić się wrażeniami z przylotu i pierwszych dni na słonecznej Teneryfie;) Zacznę od tego, że do ostatniej chwili dopakowywałem różne rzeczy, przepakowywałem torby, co chwile je ważyłem... Chciałem zabrać wszystko, ale te przeklęte limity wagowe:P ostatecznie udało mi się jakoś upakować najważniejsze jak wtedy myślałem rzeczy. W dużej mierze dzięki mojej pojemnej bluzie, w której zmieściłem dodatkowych 5 kg bagażu;) parę rzeczy przeniosłem też przez odprawę w rękach i przyznam, że nie spotkałem żadnych przeszkód, jedyne co, to dziwne spojrzenia pracowników lotniska i innych pasażerów. mi też było głupio, kiedy widziałem ludzi w sandałach, czy japonkach, a ja... na Teneryfie w wielkich ciężkich i przede wszystkim ciepłych butach górskich:P no ale jakoś doleciałem:) na temat lotu powiem tylko, że był strasznie długi i pod koniec te fotele robiły się naprawdę niewygodne:P poza tym były atrakcje:) czuło się duże przeciążenia i nawet turbulencje były:P
No ale kiedy wysiadłem w końcu na południowym lotnisku pierwsze kroki skierowałem do informacji z pytaniem jak mogę dojechać do La Laguny. Przywitał mnie miły pan radośnie wołając "Hola". Pozwolę sobie tutaj powiedzieć trochę o tutejszych powitaniach:) Dzień dobry to Buenos dias, ale przyznam, że ani razu nie słyszałem tego zwrotu... kiedy wchodzi się do sklepu, albo mija z kimś w akademiku da się słyszeć tylko radosne "Hola". Wczoraj na przykład wchodziłem do pubu i przy wejściu stała akurat kelnerka koło trzydziestki przywitaliśmy się tak jak należy po czym usłyszałem pytanie "Que tal?" które znaczy tyle co "Co słychać?". Przyznam, że bardzo mi się to spodobało:) Nie wiem tylko, czy zdążyła mnie już zapamiętać, czy tak tu po prostu jest:P No ale wracając do informacji. Z Południowego lotniska co pół godziny odjeżdża autobus 111, który zawiózł mnie do samego Santa Cruz de Tenerife. Ze stolicy wyspy do San Cristóbal de La Laguna da się dojechać kilkoma autobusami, albo tramwajem. całkowity koszt transportu, to jakieś 7-8 euro, a czas? Jeśli mamy pecha i musimy czekać na autobus to 2 godziny.
Tubylcy to bardzo mili ludzie, chętnie pomogą i pokażą drogę:) a także puszczą pieszego na pasach, do czego powoli zaczynam się przyzwyczajać. Miałem raz taką sytuacje, że stałem na chodniku i zastanawiałem się w którą stronę mam pójść. Z zadumy wyrwał mnie klakson... Jak się okazało, jakaś kobieta zatrzymała się przede mną i radośnie machała mi, żebym przeszedł przez jezdnie. Minusem natomiast jest to, że nie znają tutaj angielskiego. Ale dzielnie próbują coś wytłumaczyć, albo proszą o pomoc kolegów, którzy lepiej angielski znają:) tak czy owak ważne pojęcia to autobus (tutaj zwany guagua, który brzmi trochę jak "głała") i tramwaj, czyli tramvia (trambija).
Na temat mojego dojazdu powiem tyle, że pobłądziłem... z Santa Cruz wyjechałem autobusem, ale przegapiłem przystanek i ostatecznie wysiadłem 10 km za moim nowym miastem. Na szczęście udało mi się w miarę tanio i szybko wrócić. Jednak kolejnym problemem było to, że nie miałem pojęcia w którą stronę się udać. Kiedy pytałem ludzi, zazwyczaj nie znali adresu (teraz się nie dziwie, bo to obrzeża miasta) w końcu jednak zmęczony i obolały znalazłem akademik. na spotkanie wyszedł mi jakiś człowiek i oznajmił, że akademik jest zamknięty i otwierają dopiero następnego dnia. przyznam, że lekko mnie to zirytowało, ale człowiek był bardzo uprzejmy (pierwszy, który znał angielski:P), znalazł tani hostel w okolicy, zadzwonił i zapowiedział, że przyjdę. Tak więc pierwszą noc spędziłem w ciasnym pokoju blisko centrum. Po przebudzeniu i szybkim śniadaniu popędziłem znów do akademika i teraz już bez większych problemów dostałem zakwaterowanie. Przy okazji już wypełniając dokumenty w rejestracji poznałem pierwszą koleżankę z Polski:)

Pokój...
Trzeba przyznać, że jest bardzo przestronny, ale przez to też i smutny, ale powoli powoli pokój się zapełnia robiąc się bardziej przytulnym:) na polskie warunki byłby to pokój dwu, albo trzyosobowy, ja mam go tylko dla siebie za to na dzień dobry dostałem tylko stół, dwa krzesła i łóżko, no i zabudowaną szafę. Pierwszy odruch, włączyć kompa i dać znać wszystkim, ze dotarłem szczęśliwie... pierwsze rozczarowanie? nie ma internetu:P Kasi natomiast najbardziej przeszkadzał brak lodówki;) fakt faktem, do dziś kuchnie remontują i jest nie do użycia, a lodówka, którą w niej widziałem nie jest zbyt pokaźna (a powinna starczyć dla całego akademika:P) no ale po czasie okazało się, że z tym internetem i tak nie jest najgorzej, bo owszem jest... tylko, że parę metrów dalej w innym budynku, oraz dookoła niego. Mówi się trudno. No ale już pierwszego dnia zostałem porwany na "welcoming day" organizowane przez całkiem aktywną organizacje studencką AURI. Tam poznałem jeszcze jedną polkę i polaka, oraz paru ludzi z innych krajów i już tam się okazało, że znajomość angielskiego jest... nie całkiem wystarczająca:P większość ludzi mówi tylko po hiszpańsku, ale są też osoby, z którymi można porozmawiać:) niestety... pracownicy uczelni też mówią po hiszpańsku:P No ale jest dobry powód, żeby wreszcie się tego języka nauczyć;) AURI organizowało różne spotkania i imprezy codziennie aż do następnego tygodnia. Zwiedzaliśmy miasto z przewodnikiem (na szczęście była też grupa angielska) byliśmy u stup wulkanu a także we wulkanie (w tutejszym muzeum). Na szczyt Teide (ponad 3700mnpm) można wejść bez problemu, lub wjechać kolejką linową. Tylko trzeba to odpowiednio wcześniej zgłosić w radzie miasta w La Lagunie. Krajobraz przyznam naprawdę ciekawy:) Zdjęcia powrzucam, jak tylko zgram je na komputer, a to trochę czasu mi zajmie:) Na kolejnych imprezach poznawałem coraz więcej ludzi i coraz więcej polek (jest ich jak dotąd 8) nie wiem dlaczego wśród chłopaków jestem z Patrykiem sam, ale nie będę przecież narzekał;) niestety nie znam nikogo, kto by ze mną studiował. Bo Erasmusi mówią po angielsku, ale tutejsi jak już wspominałem naprawdę słabo, albo wcale.

Imprezy i zwyczaje:)
Zacznę od najważniejszej rzeczy. Wyspy kanaryjskie, to politycznie Hiszpania, jednak jeśli tutejszego człowieka nazwie się Hiszpanem ma prawo się obrazić. mieszkają tutaj Kanaryjczycy, którzy bardziej uważają się za Afrykańczyków niż europejczyków i należy to uszanować;) jeśli chodzi o zwyczaje... o powitaniach już mówiłem, jeśli chodzi o pożegnanie jest podobnie:) nie mówimy adios, czyli żegnaj/do widzenia, tylko hasta manana, albo hasta luego co znaczy odpowiednio do jutra i do zobaczenia. Kanaryjczycy to ogólnie bardzo wyluzowani ludzie:) Powszechnie stosowana jest manana (dosłownie jutro) czyli coś w rodzaju "co masz zrobić dziś, zrób jutro". Ważna jest też siesta. na najgorętsze godziny południowe są zamykane sklepy i biura, ludzie chowają się w domach, na ulicach widać tylko turystów, a i tak niewielu:) Okna zasłaniane są wielkimi żaluzjami, które przepuszczają powietrze, ale nie wpuszczają słońca. Wyspa śpi i zbiera siły na noc;) oj... ciężkie są tutejsze imprezy:P jeśli wybierzemy się do klubu lub pubu tak jak u nas, czyli koło 20-22 to zastaniemy pustki, albo turystów. Prawdziwe kanaryjskie imprezy zaczynają się koło 12. Pojawia się wtedy naprawdę dużo tubylców, ludzie klepią się po plecach na przywitanie, lub całują w oba policzki. Powszechne jest tutaj picie piwa (cerveza), jednak tylko małego (około 1.50 euro). Jeśli wybierzemy się wtedy na miasto poszukać miejsca do tańca... Huhu... Ujrzymy dzikie tłumy Kanaryjczyków. Są wszędzie:P na chodnikach, na ulicach, w klubach i pubach. podczas jednej z nocnych wędrówek zaobserwowałem jak wyglądają tutaj tańce. Wszędzie pełno jest małych lokali z wielkim parkietem i barem i kilkoma stolikami. Kanaryjczycy tańczą tłumnie na tych parkietach, a kiedy chcą odpocząć kupują piwo i wychodzą na zewnątrz, ponieważ w środku nie ma gdzie usiąść i jest gorąco. Dlatego wstęp do takich klubów jest darmowy, jednak na parkiecie jest taki tłum, że trzeba tańczyć razem z innymi, w powszechnym ścisku;) Imprezy kończą się nie jak u nas o 3 czy 4 godzinie, ale około 7. wtedy to wszyscy wracają do domów, chyba, że następnego dnia trzeba wstać, dlatego całą noc tłumy są także w środkach lokomocji (w tramwaju zauważyłem nawet specjalnych ochroniarzy pilnujących porządku:P). Osobnym tematem i ciekawostką jest internet... nie wiem dlaczego ani jak, ale tutejsi ludzie prawie go nie używają i naprawdę trudno znaleźć mieszkanie z dostępem do sieci:P

Wiem, że nudziłem strasznie długo, dlatego gratuluje wszystkim, którzy doczytają aż do tego momentu;) ale tak to już jest;) długo nie pisałem, a teraz trzeba było napisać wszystko:P więc... Hasta luego amigos:)

środa, 16 września 2009

Prawie jak w domu

Nastał czas na opuszczenie Paryża, skończenie wakacji i ruszeniu na erazmusowe podboje. 3:50 to szalona godzina na pobudkę, ale czasami nie ma wyboru. Przed szóstą musimy być po drugiej stronie Paryża, stamtąd odjeżdża autobus na lotnisko. Nie mam pojęcia jakbyśmy tam dotarli, gdyby nie wujek, który zawiózł nas ekspresowo na miejsce.

Jeśli ktoś chciałby się dostał do Beauvais (lotnisko Ryanair'a koło Paryża) to z Porte Maillot (koło budynku Palais des Congres), 3 godziny przed odlotem odjeżdża autobus. Bilety sa za 13€ w kasie obok. Po godzinie jest się na miejscu, więc jak nie zdążycie na jeden autobus, to prawdopodobnie za 0,5h powinien być następny.

Krótki lot i za chwilę jesteśmy w Gironie. Tym razem lotnisko pod Barceloną. Tu ponownie jest transport autobusowy. Za 12€ miły Pan Hiszpan zabierze nas stamtąd. Bilety w kasie tuż obok. Żeby się tam dostać, podążajcie za tłumem.

Półtora godziny później spotkaliśmy naszych mentorów na dworcu. Muszę przyznać, że program Mentor to genialny pomysł, jeśli macie okazję, zapiszcie się. Praktycznie cały dzień pomagali nam ze wszystkim. Pierwszy dzień to oczywiście tysiące pytań, więc warto mieć przewodnika. Szczególnie, że kampus jest olbrzymi. Kilkadziesiąt raczej niskich budynków położonych na zalesionych wzgórzach.

Jak się okazało w naszym pokoju oprócz mebli nie było NICZEGO. Postanowiliśmy wybrać się na duże zakupy. Zamiast wypożyczać wszystko do mieszkania za 90€ chcieliśmy kupić własne. Tu z pomocą przyszła IKEA, ale myślę, że o zakupach będzie osobny wpis.
Nasi opiekunowie Adriana i David wzięli auto i mogliśmy przywieźć naprawdę duuuużo rzeczy. Przy okazji kupiliśmy jakieś podstawowe jedzonko i kartę do telefonów.

Wróciliśmy do domu przed jedenastą. Obejrzeliśmy wspólnie film i wypiliśmy la sidra, jest trochę gorszy niż ten francuski. Po jakiś dwudziestu dwóch godzinach na nogach położyliśmy się do łóżka. To był naprawdę jeden z najdłuższych dni w naszym życiu.

Następny dzień poświęciliśmy - praktycznie w całości - na resztę zakupów. Sześciokilometrowy spacer do LIDL'a i Dia pozwolił nam obejrzeć okolicę. Szkoda tylko, że wracając idzie się pod górę, szczególnie, że kupiliśmy sporo rzeczy. Jeśli potrzebujecie coś kupić w nowym miejscu, warto poszukać takich sklepów wszystko za 1€. Mnóstwo małych przydatnych artykułów można tam znaleźć (kostki do lodu, plastikowe miski, wieszaki czy szczotkę do toalety;)


Ale teraz nasze mieszkanko jest w końcu nasze i jest w nim wszystko, co niezbędne. Można się czuć trochę bardziej jak w domu.

P.S. Oczywiście zdjęcia są zrobione PO naszych zakupach :)

Powrót komunistów

Jeszcze kilka tygodni przed wyjazdem do Francji szukałem koncertów jednego z moich ulubionych zespołów - Manu Chao. Tak się złożyło, że mieli grać w jednej z pobliskich dzielnic Paryża właśnie wtedy, kiedy planowaliśmy tam być.

Jak się już dowiedzieliśmy na miejscu Fete de l'humanite - tak nazywała się impreza - jest gigantycznym komunistycznym zlotem. Tak, ja też byłem zdziwiony. Lecz koncert koncertem, chcieliśmy na niego pójść.
Nadszedł ten dzień, wyruszyliśmy z domu później niż zwykle, bo koncerty to sprawa wieczorna, a cały dzień na nogach to samobójstwo. Pojeździliśmy na rowerkach po mieście i po 9-tej wsiedliśmy w metro i wtedy się zaczęło. Już w metrze było tłoczno, ale to była cisza przed burzą. Po metrze był autobus, to wyglądało już jak nocny bus wracają z Pól Marsowych w Juwenalia. Następne 3km zajęły nam godzinę, ludzie byli wszędzie. Dotarliśmy na miejsce z porządnym opóźnieniem, ale skoro już tyle za nami, to nie ma co wracać. Dotarcie w okolice sceny graniczyło z cudem, ale w końcu udało się! Zagęszczenie ludzi były kilka razy większe niż w nocnym autobusie. Dobrze, że nie wzięliśmy ze sobą wartościowego (oprócz butelki Bordeaux)
Prawdziwą wyprawą był powrót. Francuzi naprawdę zapragnęli komunizmu i kolejkowanie do autobusu trwało ok. godziny. Kolejne przepychanki przy wejściu do metra.
W ten sposób wylądowaliśmy na dworcu wschodnim 20 minut po ostatnim pociągu. Usiedliśmy na przystanku nocnego autobusu z naszym winem (korkociąg pożyczyłem z domu, a kubki dostaliśmy razem z biletem - pomysłowe). Autobus to niestety nie to samo co pociąg. Z pół godziny zrobiło się półtorej, więc do domu doszliśmy dopiero po czwartej rano.

Bilety okazały się 3-dniowe, więc to był dopiero pierwszy dzień komunistycznej imprezy.
Jak się okazało później na imprezie było około pół miliona ludzi.

Na drugi dzień postanowiliśmy pójść wcześniej, żeby nie marnować czasu w autobusach. Tym razem udało mi się zabrać kamerę, więc na pewno dodam w późniejszym czasie jakiś filmik.
Dzień ostatni był już zupełnie luźny, nie było już tak strasznego tłoku i zrobiłem trochę fotek.

Ale może trochę o samej imprezie. Oprócz koncertów takich zespołów jak Manu Chao, The Kooks czy Deep Purple działo się tam mnóstwo rzeczy. Były polityczne dyskusje, czyli o tym, jak to jest źle we Francji i jak bardzo chcemy wprowadzić komunizm (chyba nie wiedzą jeszcze co to jest;) Najciekawszą partią była chyba Vilage du Monde, globalna wioska, ale proszę nie mylić z Internetem. Była to mieszanka wszystkich kultur świata, w każdym miejscu inna muzyka, inne potrawy. Można było zobaczyć jak bawią się Irańczycy, jak smakują Tureckie słodyczy, libański aperetif czy potrawy z Senegalu, Kongo lub Madagaskaru. Było też sporo jedzenia francuskiego wytwarzanego jak kiedyś. Wielkie suszone kiełbasy czy ogromne żółte sery. Największe wrażenie kulinarne robiły kolorowe słodycze.

poniedziałek, 14 września 2009

Niech żyją wolne rowery!

Co to jest: srebrnoszare, szybkie i spotyka się to w Paryżu co 300 metrów?To one - veliby!:) Już od rana zaczynają dzień, razem z mieszkańcami miasta mknąc po szerokich ulicach. W godzinach korków dużo szybsze od samochodów, czy nawet taksówek (które wraz z autobusami posiadają tutaj osobny pas) są jednym z ulubionych przez wszystkich środków lokomocji.

Wyposażone we wszystko, co może się przydać w czasie miejskich wojaży (światła przednie i tylne, koszyk, łańcuch zabezpieczający) mają jedną podstawową wadę: są niemożliwie ciężkie. Dokładnie 22,5 kg (plus pasażer) zapobiega skutecznie wskakiwaniu na chodniki... No, ale o to chyba chodziło. Bo w końcu veliby, tak jak paryskie koty, posiadają własne drogi.

Można by było pomyśleć, że przy takiej ilości różnych środków lokomocji, jazda na rowerze w Paryżu to szaleństwo... Nic bardziej mylnego. Samochody i taksówki, skutery i tramwaje, autobusy i veliby, no i oczywiście rozkojarzeni piesi... choć graniczy to z cudem wszyscy poruszają się w zgodzie. I wierzcie lub nie, ale zmiana pasa z prawego na lewy na czteropasmowej drodze w Paryżu to żaden problem.

A teraz

KRÓTKA INSTRUKCJA OBSŁUGI VELIBA:

potrzebujemy
: karty kredytowej, lub konta z funduszami powyżej 150 euro.

znajdujemy najbliższą stację z velibami. Przy pomocy karty uzyskujemy numer i kod(postępując zgodnie z instrukcjami wyświetlanymi na ekranie) I voila!:) Mamy upragniony rower. Za każdym razem, kiedy będziemy wypożyczać rower, będziemy musieli skorzystać z numeru i kodu. Aby go oddać wystarczy odstawić go na miejsce w dowolnej stacji. Miłego użytkowania!:)

uwaga na: niedziałające stacje(takie w których na stanowiskach nie świecą się zielone światełka). Po oddaniu roweru do takiej stacji ma się ma się mnóstwo kłopotów i trzeba rozmawiać z panią francuzką, która próbuje mówić po angielsku, a to nie jest łatwe.

niedziela, 13 września 2009

Porozmawiajmy o interesach

Jak wiadomo pieniądze to problem ściski, ale kiedy ci co dać ją powinni nie dają, zaczyna się dziwna sytuacja. A jak wiadomo z oddawaniem kasy nikomu nie jest prędko, szczególnie, że mały student i tak nic nie może. Tak też DWM nie spieszył się z daniem nam pieniędzy.
Ale dziś nastał ten dzień! Dziś jest dzień, w którym oficjalnie zaczynamy rok akademicki i najwyraźniej nikt w biurze nie myśli o tym, że ludzie mogą chcieć pojechać tam choćby chwilę szybciej. A przecież nie powiem osobie, od której wynajmuję mieszkanie, że nie mogę zapłacić z góry, bo mi DWM nie zapłacił.
Ale to już mamy za sobą. Tylko się cieszyć, że jest! Wyjdzie po 340€ na miesiąc, czyli mieszkanie + opłaty + 70€. Czeka nas nauka ekonomii (czyt. oszczędności).

Skoro już obgaduję ulubione biuro to udzielę kilka przydatnych rad, które oszczędzą czasu i nerwów. Jeśli ktoś się wybiera tam, po tym jak dopełnił wszystkich formalności oprócz podpisania umowy, radzę pamiętać o:
  • Pierwsza sprawa to napisanie maila, żeby wysłali umowę na maila. Tak właśnie tak to wygląda, umowa zostaje wysłana do nas. Wydrukowanie 3 kartek to za duży nakład pracy/pieniędzy, więc umowę drukujemy w dwóch egzemplarzach sami. Ja maila nie napisałem i nastałem się godzinę w kolejce, po to, żeby się o tym dowiedzieć. Najwyraźniej 1,5 miesiąca nie starczyło, żeby wstukać w formularz moje nazwisko.
  • Druga kwestia to sprawdzenie godzin otwarcia biura. Nie liczcie na to, że ktoś was o tym poinformuje. Inna kwestia, że znalezienie informacji o godzinach przyjęć też nie jest łatwa. Ani wyszukiwarka internetowa, ani politechniczna nie poradziła sobie z tym. Nasze biuro otwarte było (uwaga, uwaga) 7 godzin w tygodniu.
Podsumowując radzę wszystkie formalności (umowa z bankiem, kalendarz, dokument przyjęcia na studia) dostawczyć jak najwcześniej. W połowie sierpnia napisać maila i poprosić o przesłanie umowy, którą odesłać możemy pocztą. I dodatkowo pogonić ich trochę z przelaniem pieniędzy. Nie każdy może sobie pozwolić na kilkaset Euro w portfelu w pierwszy dzień przyjazdu.

środa, 9 września 2009

Kulturalnie

Dzisiejsza wyprawa była kształcąca. Tym razem pojechaliśmy w trójkę. Udało nam się namówić ciocię na wspólne zwiedzanie muzeum Orsay, które zostało otworzone w dawnym dworcu kolejowym.

Przy kasie miłe zaskoczenie, studenci nie płacą nic za wejście, ale w kolejce i tak trzeba się wystać, by dostać darmowy bilet. Najciekawsze oczywiście jest ostatnie (piąte) piętro, gdzie znajduje się wystawa impresjonistów, uwielbianych przez całą naszą trójkę.

Trzy godziny później wychodzimy zmęczeni i głodni. Szybki transport w okolicy Panteonu na późny obiad. Późny, bo Francuzi jadają koło 12-stej lub 1-szej, a nie po 5-tej jak my.

Na obiad trafiliśmy do creperie, czyli naleśnikarni. Dziewczyny zamówiły sałatki, a ja zestaw dnia, czyli galette complete (naleśnik na ostro z ciemnej mąki z szynką, jajkiem i serem) oraz crepe au sucre (naleśnik z cukrem). Wszyscy popijaliśmy bretońskim jabłkowym napojem o nazwie cidre. Na koniec oczywiście kawka, żeby mieć energię na szperanie w książkach (tradycyjnie).

Asia wynalazła Diabeł ubiera się o Prady po angielsku, a ja Narnię po francusku (całe 900 stron!)

Odnośnie transportu to polecam raz skorzystać z autobusu, są takie turystyczne autobusy Open Tour, ale broń Boże nie wydawajcie na to pieniędzy, lepiej kupić całodniowy bilet i pojeździć komunikacją publiczną, która jest świetnie zorganizowana, autobusy jeżdżą często i są klimatyzowane.

A dziś z pomocą cioci karty kupiliśmy tygodniowe karnety na Velib = velo (rower) + libre (wolny, dostępny). Punktów z tymi rowerami w Paryżu są setki, w każdym z nich można wypożyczyć rower, wystarczy numer abonamentu i kod. Oddać oczywiście można w innym punkcie. Karnet na dzień kosztuje 1€, a na tydzień 5€. Co zabawne cena za rok to 30€. Oprócz karnetu płaci się za samo jeżdżenie, ale pierwsze 0,5h jest za darmo!!

Rok temu korzystaliśmy z innej wypożyczalni. Wtedy szaleliśmy cały dzień na tandemie za jakieś 8€, zabawa warta tych pieniędzy! Rower to bardzo dobry sposób transportu. Jest szybko, kierowcy są cierpliwi i jest mnóstwo dróg dla rowerzystów. Jutro ruszamy na najwyższej przerzutce!