środa, 30 grudnia 2009

Mamy komplet

Ostatni raz w pełnym składzie byliśmy pod koniec sierpnia, jak Ela wylatywała do Irlandii. Minęło prawie pół roku, w międzyczasie my byliśmy w Irlandii, Ela w domu, my w domu, Dominiku u Eli i w końcu teraz, cała czwórka spotkała się razem.

Ustawka w Barcelonie. A dokładniej sylwester w Barcelonie. Elę i Jacka G. przywieźliśmy ze sobą autkiem - 24 godziny autem (w tym 2 godziny na obiad we Francji i godzina w korkach). Dominika z Kasią ściągnęliśmy z Teneryfy i jest nas tu szóstka. "Teneryfianom" oczywiście zimno (jest 18 stopni), "Wrocławianom" ciepło, a my tu czujemy się tak normalnie, można powiedzieć właściwie.

Dzień, w którym przyjechaliśmy, spędziliśmy na plotkach, toastach i powtórce z Wigilii. Na stole pojawiły się przywiezione z Polski (czyt. babcine) pierogi, bigos, karpik, itd. Same pyszności!



Wczoraj zwiedzaliśmy Barcelonę. Zlataliśmy całe centrum, prawdziwe szaleństwo. Rano kawa albo gorąca czekolada, świeże owoce, potem na targowisko, świeżo wyciskane soki z różnych dziwnych owoców, spacer małymi uliczkami Barri Gotic, hiszpańskie słodkości, sklepy ze wszystkim, wielka torebka churros. Dużo fajnych wrażeń. Wieczorem zakupy i do domku na obiad.


Obiadek był kanaryski. Papas arrugadas z dwoma sosami: mojo rojo i mojo verde. Czyli ziemniaki gotowane w bardzo słonej wodzie (na Kanarach gotowano kiedyś w wodzie morskiej, chyba z powodu braku słodkiej wody). Do tego dwa ostre sosy. Obydwa robione z oliwy z oliwej, octu i czosnku. Do zielonego dodać trzeba zieloną paprykę i kolendrę, a do czerwonego paprykę chilli. Najlepiej zrobić je używając blendera. My używaliśmy nowego blendera, który przywieźliśmy z Polski, razem z masą innego sprzętu :)

piątek, 25 grudnia 2009

Powroty i... powroty

W pewnym momencie można poczuć się skołowanym. Kiedy my tak właściwie wracamy. Przyjeżdżając na święta do domu, czy jadąc do Barcelony. W zasadzie tu i tu!

Poprzedni powrót do Polski był jak wakacje. Przyjechałem z komputerem w plecaku i to był cały mój bagaż. Pierwszy raz wracałem po dłuższym czasie do domu wiedząc, że za chwilę znów wyjadę. Dziwne uczucie. Do tego mój pokój był po remoncie, jakoś tak inaczej. Wtedy całe 4 dni, które zabawialiśmy w Polsce spędziliśmy odwiedzając znajomych i rodzinkę. Nagle wszystkie te małe codziennie problemy zniknęły. Nie było martwienia się o setki rzeczy: zakupy, pranie, opłata za mieszkanie, bilety, zajęcia - oczywiście wszystko w wersji hiszpańskiej. W domu było jak w hotelu na wakacjach.

Po tych kilku dniach nastąpił powrót do Barcelony, ale czas minął szybko i na święta kolejny powrót, do Polski. O sposobie wracania pisała już Asia, ja napiszę, co się działo.

Tym razem nie było tak zupełnie wakacyjnie. Tzn. oczywiście dbają tu o nas niesamowicie. Wiadomo, że w domu z kochającymi ludźmi wokół jest najlepiej! Tylko tym razem, było też dużo załatwiania. Pierwsza sprawa, która nad nami wisiała to rozprawienie się z przedłużeniem erazmusa. Przyjechaliśmy w czwartek rano, mieliśmy 25 godzin na załatwienie wszystkich formalności. Na szczęście nie zaczynaliśmy od zera. Będąc w Hiszpanii, Miś załatwiał już niektóre sprawy na PWR. Ale nie obyło się oczywiście bez przygód i adrenaliny.

Do załatwienia było kilka papierów:
  • podanie do kierownika DWM - napisać odręcznie albo na komputerze i wydrukować
  • list akceptacyjny do uczelni partnerskiej
  • Learning Agreement - podpisane przez koordynatora i dziekana (oczywiście najpierw trzeba załatwić ITS, podpisany przez opiekuna ITS, opiekuna kierunku i dziekana)
  • zgoda dziekana - oczywiście najpierw Learning Agreement potrzebny
Biegania oczywiście było mnóstwo. Nerwów jeszcze więcej, bo połowy z tych osób nie można znaleźć. A problem polega na tym, że jest to taki łańcuszek - jak nie podpisze drugi pan, to trzeci też nie. I tak się czeka na nich wszystkich. Oczywiście DWM czekać nie będzie. Nawet nie ma co prosić o przedłużenie terminu składania papierów. Studentów nie posłuchają, ale... koordynatora. Tu już inaczej rozmowa wyglądała. Dr Kwiatkowski zadzwonił do DWM i termin się przeniósł z piątku na poniedziałek.
W poniedziałek i tak krzywo na nas patrzyli, że późno i w ogóle. Ale papiery przyjęli, czyli udało się :)

Do tego doszło oczywiście przedświąteczne szaleństwo: kupowanie prezentów (co ma dużo wspólnego z kolejkami i korkami), sprzątanie, gotowanie, a przecież my byśmy woleli znów spotkać te wszystkie twarze, za którymi się stęskniliśmy.

Miało być 10 dni w Polsce, a my znów się pakujemy, żeby wracać... do Hiszpanii. Tym razem pakowanie będzie porządne, bo wyprawa samochodowa. Pół Europy przed nami. Droga daleko, ale będziemy mogli przywieźć w bagażniku więcej Polski ;)

środa, 23 grudnia 2009

Lotnisko Frannkfurt
Niedziela, 20.12 godz. 23:30

Jak byłam mała i jeździłam z rodzinką na wakacje gdzieś nad morze, to mieliśmy taki zwyczaj, że w dzień wyjazdu szło się na brzeg, szukało się jakiegoś kamyczka. Trzeba było pomyśleć życzenie i rzucić go do wody – jak najdalej się dało... Chyba zawsze to życzenie brzmiało: chcę tu wrócić... To było takie nasze pożegnanie z morzem i z tym miejscem, i ze wspaniale spędzonym czasem...

Dokładnie 12 godzin temu poszłam sobie na spacer. Najpierw do portu, potem na deptak wchodzący kawałek w stronę zatoki. Znalazłam kamyczek, rzuciłam ostatnie spojrzenie na to moje ulubione miejsce w Galway, a potem wyrzuciła kamień jak najdalej się dało. Mając w głowie jedno życzenie (a może raczej – postanowienie...?): 'Wrócić tu!'.

Potem przespacerowałam się jeszcze po Shop Street, tak spokojnej o tej porze dnia (wszyscy odsypiają poprzednio-nocne imprezowanie) i wróciłam do domu na Cill Ard. Ostatnie dopakowanie plecaka: szklanka Guinnessa znaleziona pewnego dnia na jakimś murku w środku miasta ;P , pamiątkowa karta pożegnalna od Caro, kieliszek irlandzki – świąteczny prezent od Markusa, moja kartka urodzinowa od współlokatorów... chyba już wszystko. I ostatnie spojrzenie na mój pokoik z niedziałającym kominkiem... Będę tęsknić. Wyszłam, zamknęłam drzwi, a klucz wrzuciłam przez lufcik na listy z powrotem do środka. Już nie ma odwrotu. Wyjeżdżam... ;(


Początek końca

Wszystko zaczęło się tydzień temu, kiedy wyjeżdżała Caro. W sobotę zrobiłyśmy z Niną pożegnalną kolację – ostatnią na której była cała nasza piątka. Caro kupiła każdemu z nas mały prezencik – świeczkę i kartkę – dla każdego inną, z paroma słowami pożegnania. Ja kupiłam flagę Irlandii, na której w ten dzień zaczęłam zbierać podpisy od wszystkich ludzi, którzy byli dla mnie tutaj ważni (to będzie taka cząstka Galway we Wrocławiu).

Następnego dnia zrobiliśmy wspólną 'Wigilię'. Tata Niny przysłał nam na Mikołaja masę słodyczy oraz grzane winko. Przyszedł też Markus i również obdarował nas prezentami.

Następnego ranka o 5:30 wszyscy w piątkę spotkaliśmy się w kuchni – pożegnać Caro...

Potem pożegnania trwały już przez cały tydzień. Wieczorne spotkania w pubach, pożegnalne toasty... a na mojej fladze zaczynało już powoli brakować miejsca ;)

Do załatwienia zostały oczywiście jeszcze erasmusowe formalności, czyli: zdobycie podpisów na zmianie Learning Agreement i Certificate of Attendance (potwierdzający dokładny okres pobytu na uczelni).

No i jeszcze zlikwidowanie konta w banku irlandzkim.

Wczoraj rano wyjechał François. Dzisiaj rano Nina, potem Clement... no i ja.

Tak, przyznaję – nie spisałam się najlepiej jeśli chodzi o pisanie na naszym blogu:/ Ale to chyba dlatego, że cały czas strasznie dużo się działo! Najpierw miałam czas odwiedzin (o czym zresztą wiecie – bo to była wasza sprawka ;D ), potem trochę uczelnianych spraw... I nagle zdałam sobie sprawę z tego, że czasu tu jest coraz mniej i że muszę tą końcówkę wykorzystać jak najlepiej!!!

No ale – postaram się nadrobić ;) Może będzie to trochę niezgodne z ideą – bo nie będą to wrażenia 'na bieżąco', a bardziej retrospekcja, no ale...

Nie wiem od czego zacząć ;P ostrzegam że będzie trochę dłuuugo...


National University of Ireland, Galway

Bycie na Erasmusie w kraju anglojęzycznym ma zarówno swoje plusy jak i minusy. Plus to coś, co oczywiście było moim celem – czyli podszkolenie angielskiego. Minus natomiast jest taki, że skoro nie ma bariery językowej – traktują tu Erasmusów tak samo, jak irlandzkich studentów. Konsekwencja – trzeba chodzić na zajęcia. Tym bardziej, że na kierunki IT na roku jest max 10 osób, więc większa ilość nieobecności zostanie raczej zauważona (zwłaszcza jak się jest jedyną dziewczyną...:| ). Ponadto wprawdzie funkcjonuje tu 'blackboard', czyli stronka na którą niektórzy wykładowcy wrzucają materiały i slajdy z wykładów, ale niestety niektórzy rozdają wszystko na wykładzie – właśnie po to żeby nas tam zwabić – co nieco komplikuje sprawy :P No ale koniec końców – chodzenie na zajęcia okazało się być całkiem dobrym rozwiązaniem, bo przynajmniej było się mniej więcej na bieżąco, no i ten język... ;)


Exams...

Najbardziej skomplikowanie wyglądała sprawa egzaminów. Na uczelni w Galway bowiem istnieje osobny oddział, zajmujący się planowaniem i organizowaniem egzaminów. Jeśli ktoś zapisze się na jakiś przedmiot – jest automatycznie zapisywany na egzamin z niego. Nie ma więc możliwości 'dogadania się' z prowadzącym: to ja zrobię jakiś projekt na zaliczenie i już. Sesja egzaminacyjna trwała od 07.12 – 18.12 i była poprzedzona 'tygodniem nauki' (czyli wolnym od zajęć). Rozkład egzaminów też jest ustalany odgórnie – na szczęście można się do tego odwoływać i prosić o przesunięcie któregoś. Niestety w swoich planowaniach trochę mało uwzględniają Erasmusów, którzy są zapisani często na kursy na różnych wydziałach lub z różnymi rocznikami. W konsekwencji chyba każdy z nas miał koszmarną siatkę – ja miałam 5 egz w pierwszy tydzień (1 egzamin dziennie) + ostatni w kolejnym tygodniu w czwartek. Egzaminy są organizowane w wielkich salach: na terenie NUIG: w centrum sportowym Kingfisher (1000 osób) i w Aras na MacLein – budynku Student Union (600 osób), oraz – uwaga uwaga – w salach konferencyjnych w 2 hotelach na Salthill (jedna 200, druga chyba 500 osób) – czyli po drugiej stronie Galway. Czułam się jakbym znowu pisałam maturę :P Naraz w jednej sali różni ludzie z różnych kierunków i wydziałów piszą różne egzaminy. Każdy dostaje swój numerek miejsca – przydzielany oddzielnie na każdy egzamin (ludzie z tego samego kursu siedzą koło siebie) – i dostaje swój arkusz zadań. 20 minut po rozpoczęciu egzaminu parę osób z komisji podchodzi z listą osób kolejno do każdego, sprawdza 'tożsamość' i zgodność danych (za brak legitymacji studenckiej płaci się karę 20 euro) i każe każdemu podpisać się na liście. Pół godziny przed zakończeniem egzaminu nikt już nie może opuścić sali aż do końca. Potem prace są zbierane i wkładane do odpowiednich kopert. Aha! Na salę nie można wnosić żadnych torebek, a za wniesienie telefonu komórkowego (albo w praktyce – za jego nie wyłączenie) płaci się karę 20 euro. I najgorsze – na wyniki czeka się do 15 stycznia.


Lecturer - my friend!!!

Nie wiem z czego dokładnie to wynika. Być może po części z formy samego języka angielskiego, w którym nie ma formy grzecznościowej 'per Pan', lecz do każdego zwracamy się 'you'. Być może z mentalności ludzi – bo z tego co zauważyłam to w Irlandii nie ma takiego dystansu do starszych ludzi (co nie oznacza że się ich nie szanuje! Nie! To oznacza tylko tyle, że można porozmawiać z panem który ma 50-60 lat jak z kumplem!). A może tak po prostu sobie zakodowali w głowach – że to wykładowca jest dla studenta, a nie odwrotnie. W każdym razie jeśli ma się jakikolwiek problem – nawet błahy – bez obaw można pójść się o to spytać każdego! To jest i dobre i złe (ehhh świat nie jest przecież czarno-biały). Dobre – bo nie doprowadza to do paranoi, które chyba czasem zdarzają się u nas – że ludzie boją się pytać. Ale z drugiej strony – Ci ludzie są tutaj po prostu prowadzeni za rączkę... Jeśli mają używać jakiegokolwiek nowego oprogramowania to najpierw dostaną slajdy na wykładzie – jak to zainstalować i jak utworzyć nowy projekt. Ok, może to i jest dobre – bo nie traci się czasu na rzeczy, które nie są ostatecznym celem. Ale w momencie kiedy jeden wykładowca powiedział nam: 'poszukajcie sobie informacji o czymś tam: wpiszcie w google taką a taka frazę' to już naprawdę zwątpiłam... W tym momencie zaczęłam doceniać PWR, która wiadomo, nie jest idealna, ale uczy nas myśleć i samemu szukać rozwiązań.

Co nie zmienia faktu, że dobre kontakty z wykładowcami często pomagają. Dla mnie największym fenomenem było to, jak oddałam kiedyś listę zadań na bazy danych – spóźnioną jakieś 3 tygodnie i bez zrobionego 1 podpunktu, no i z paroma drobnymi błędami – i dostałam 10/10 punktów :P Wystarczyło, że napisałam do Josephine maila i prośbą o przedłużenie terminu (nie wspominając już, że tego że samego maila napisałam już po terminie... :P ). Nie ma problemu ;)

Ze zrobieniem ostatniego zadania nie wyrobiłabym się przed egzaminami, więc umówiłam się z Josephine, że zrobię je po moim ostatnim egzaminie – do niedzieli. To jednak też mi się nie udało, więc jak już wyjeżdżałam napisałam jej maila, czy mogę to wysłać do 1-szego tygodnia stycznia (bo wiadomo – świąteczne przygotowania itp.). Jej odpowiedź:

'There is no need to do the last assignment. I can mark your assignments out of the three you have handed up. Enjoy being back at home and your holiday and don't worry about databases!'

I jak tu nie kochać tych ludzi!!!

Aha – kim jest Josephine? Wykładowczyni z baz danych. I tu kolejna śmieszna rzecz – do wykładowców mówi się nie tylko na "you", ale wręcz po imieniu. Oni potrafią napisać maila do studentów, zaczynając go 'Hi guys!' i zawsze podpisują się po prostu imieniem. Oczywiście jeśli to my piszemy pierwsi, to na początku, owszem, należy stosować formę grzecznościową: 'Dear dr Josephine Griffith(…) Your sincerely ...', ale jeśli oni nam odpowiedzą nieformalnie – to bez wahania możemy też przejść na taki styl. Szczerze – nie mogłam się do tego na początku przyzwyczaić. Ale teraz stwierdzam, że zburzenie tego muru między wykładowcą a studentem naprawdę ułatwia życie!

Wracając do 'dogadywania się'. Gdy miałam do napisania moje sławne wypracowanie na temat 'Software Engineering Ethics' na 3 tys słów i poszłam do Pat poprosić o przedłużenie terminu o tydzień, to skończyło się na tym, że gadałyśmy o jej synu, który robi w Katowicach doktorat (o tym, że na dodatkowy tydzień zgodziła się od razu nie muszę chyba wspominać :P ).


I love phrasals!!!

Ktoś mi kiedyś powiedział że phrasale są bleee ;P Ale w takim razie jak inaczej powiedzieć takie zdanie:

'Już to rozkminiłam, skończę to dzisiaj, wydrukuję i oddam Feargalowi'

jak nie tak:

'I've figured it out already and I'll finish it up today. Then I'll print it out and hand it in to Feargal' :D:D:D

A tak na poważnie – to zauważyłam, że naitivi naprawdę kochają phrasale – i używają ich ciągle! A wiadomo, że najlepszym sposobem nauki słówek to po prostu zacząć ich używać.

A mój ulubiony phrasal to właśnie rozkminiać, czyli 'figure out' ;)

W nawyk weszło mi też: 'actually' – zastępujące moje 'generalnie' :P

Oraz 'grand!' - co jest akurat ciekawostką – słówko zapożyczone z języka irlandzkiego i używane bardzo powszechnie w Irlandii zamiast 'great! ;) ' To tak zamiast mojego: 'ale czad!' ;)


To tyle na dzisiaj. CDN... ;)

piątek, 18 grudnia 2009

Powroty

Jeśli w połowie grudnia zobaczy się na poboczu zmarzniętego stopowicza wnioski mogą być dwa: mamy do czynienia z człowiekiem drogi uzależnionym od podróży albo z biednym studentem, wracającym do domu na święta. Ja zaliczałam się do obu tych grup, toteż uśmiech nie znikał z mojej twarzy, kiedy staliśmy wraz z Jacentym na drodze wyjazdowej z berlińskigo lotniska Schönefeld dzielnie próbując łapać stopa.
Jeżeli ktoś z Was kiedykolwiek straci wiarę w ludzi mam dla niego prostą radę: niech wrzuci do plecaka śpiwór, dwie kanapki i uda się na najbliższą wylotówkę. Tam należy spokojnie stanąć na poboczu i... zacząć łapać. Jechałam już ludźmi różnych narodowości, w mercedesach i ciężarówkach, z biznesmenami i robotnikami. Ale zatrzymanie auta przez kolejnego kierowcę zawsze niezmiennie napełnia mnie wiarą w ludzi.
Droga do polskiej granicy minęła szybko na rozmowie o pracy w policji, studiach i wędzeniu szynki. Potem juz tylko 4 autobusy, 3 godziny pociągiem i jesteśmy w domu (jeśli ktoś z Was straci kiedyś wiarę w pkp niestety nie mam dla niego rady. Jeśli ktoś jakąś zna sama chętnie posłucham :)
I w końcu - jedyne miejsce, w którym człowiek czuje się jak w domu. Tak jakby kawałek Ciebie zostawał tutaj, czekając, aż wrócisz. Ale przecież tu nie chodzi tylko o swojski śnieg pokrywający drogi, ani o to, że zna się każdy kąt. Najważniejsi są Ci, dla których warto wstawać o 3 nad ranem, spędzać 7 godzin na przesiadkach i wracać stopem z Berlina w grudniu. Bo to przecież dzięki Wam warto wracać:)

niedziela, 13 grudnia 2009

Przygotowania świąteczne


Niby jeszcze zostało trochę czasu do świąt, ale szaleństwo się już zaczęło. Są też tego dobre strony. W sklepach można znaleźć dużo świątecznych produktów. Są oczywiście turrony, mantecado (albo polvoron). Oprócz tego wszyscy na święta kupują orzechy (szczególnie włoskie) i kandyzowane owoce. Na ulicach spotkać można Mikołajów i Elfy rozdające cukierki. Na rogach porozstawiały się stoiska, gdzie piecze się castanya (kasztany jadalne) i boniato (rodzaj czerwonego ziemniaka).


Zdecydowanie widuje się teraz więcej dzieci, są dosłownie wszędzie: karmią gołębie na środku placa Catalunya, grają na trąbkach czy stukają w wielkiego tio myśląc już o prezentach (my też mamy swojego tio - karmimy i przykrywamy na noc, jak tradycja nakazuje). Dorośli oczywiście buszują po sklepach, żeby znaleźć prezenty, zanim je inni wykupią.
Całe rodziny chodzą na targi, żeby kupić drzewko świąteczne albo na placa Jaume, żeby podziwiać największą szopkę.


W tym wszystkim mało tylko choinek, o śniegu nie wspominając. Jest dużo ozdób, światełek, ale więcej niż choinek jest palm.
Zobaczyć można za to na ulicach inną ciekawą rzecz. Dziwne rzeźby, które przypominają trochę muszlę ślimaka lub innego stworzenia. W rzeczywistości jest to makaron, który dodaje się do świątecznej zupy - sopa de galets.

piątek, 11 grudnia 2009

Castells

Tym razem będzie o jednej z tradycji katalońskiej. Dość oryginalnej. Słyszałem o tym wcześniej, ale dopiero kiedy zobaczyliśmy to na własne oczy... byliśmy pod wrażeniem. Dwa dni temu na naszej uczelni zorganizowali zawody w tworzeniu castells.

Castell (po kat. zamek) to wieża zbudowana z ludzi, nazywa się ich castellers. Historia budowania wież sięga końca 18. wieku i zaczyna się w pobliżu Tarragony. Robi się je zwykle z okazji jakiś świąt, festiwali czy konkursów. Spotyka się kilka colles castellers (drużyn) i starają się zbudować jak najwyższą wieżę. Sztuką nie jest tylko zbudowanie, ale też utrzymanie (przez krótką chwilę) i rozłożenie (lepiej, żeby ludzie zeszli, niż spadli).
Wieże dzielimy na:
  • descarregat - zbudowana i rozłożona
  • carregat - zbudowana, ale w czasie rozkładania, zawaliła się
  • intent - nieudana
Wieże buduje się w dwóch etapach. Najpierw tworzy się pinya (podstawę). Ludzie stają obok siebie bardzo blisko. Ich rolą będzie utrzymanie ciężaru wspinających się. W razie zawalenia się wieży, będą oni amortyzować ich upadek. Castellers ustawiają się na pozycjach, z których łatwo będzie im się wspinać później. Kiedy pinya jest już dobrze uformowana, cap de colla (lider) daje znak do rozpoczęcia budowy kolejnej części. Od tej pory trzeba się spieszyć. Lepiej, żeby nie przemęczać ludzi tworzących dolne części. Kolejna część nazywana jest el folre, następne las manilles. Składają się one jeszcze z kilkunastu osób. Wyższe części są już 3-osobowe, razem nazywane są el tronc. Ostatnie trzy warstwy noszą nazwę el pom de dalt. W ich skład wchodzi po kolei: los dosos, el aixecador i el enxaneta. Osoba na szczycie jest zwykle mała i lekka.
Wieżę uznaję się za dobrze zrobioną, jeśli wszyscy będą na swoich pozycjach, el enxaneta wejdzie i podniesie rękę pokazując przy tym 4 palce (jako symbol 4 pasków na fladze katalońskiej).
Wieże mają też swoje nazewnictwo. Zwykle określa się ich wielkość oraz ilość osób na poziomie. Na przykład tres de sis, oznacza cześć poziomów, po trzy osoby. Wieże z dwoma osobami na poziom to torre, a z jedną pillar.

Budowaniu wieży akompaniuje muzyka. Typowo grana na bębnach i fletach. Tak trochę jak w Szkocji. Castellers mają specjalne stroje:
  • la camisa (koszula) - wszyscy w drużynie mają ten sam kolor i oczywiście każda drużyna ma inny
  • pantalones (spodnie) - koniecznie białe
  • la faja (szarfa) - osłania biodra, chroni plecy, ma od 1,5 do 8 metrów długości i jest bardzo ciasno zawinięta, pomaga też przy wspinaniu (zwykle na boso)
  • el pañuelo (chusta) - służy trochę jako schodek, dzięki niej łatwiej jest wejdź na kogoś

Wypadki zdarzają się rzadko, ale się zdarzają. Dlatego też zwykle w pobliżu znajduje się pogotowie. Tak zawsze bezpieczniej.

Motto castellers to "Força, equilibri, valor i seny", czyli siła (ci na dole muszą być naprawdę silni), równowaga (to druga niezbędna cecha), odwaga (szczególnie jeśli masz być na 10. poziomie i masz 9 lat) i rozsądek (budowanie wieży wymaga dobrej organizaji i mądrego zarządzającego.

W tę i z powrotem, czyli rzecz o podróżach i odwiedzinach

Kolejny wpis będzie rozprawą o odwiedzinach:) Byłem u Eli w Irlandii. Była u mnie moja rodzina. Poza tym ciągle mamy w domu jakichś gości. To znajomych dziewczyn, to ludzi z couch surfingu, ale po kolei...

Couch Serfing

O tej formie podróżowania usłyszałem już jakiś czas temu. Miałem nawet możliwość zobaczyć jak to wygląda, bo odwiedzając koleżankę w Krakowie wpadliśmy do jej znajomej. Nagle zrobiła się z tego dobra impreza. Po chwili przyjechały zapowiedziane couch surferki. Walnęliśmy się wszyscy, gdzie się dało: na łóżkach, materacach, karimatach, kocach. Spało nas tam naprawdę dużo. Ja spałem z koleżanką na dość skromnym, dmuchanym materacu i było trochę ciasno. Następnego dnia rano przyjechały kolejne dwie dziewczyny. Już wtedy spodobał mi się ten pomysł. Jednak na tym się skończyło.
Jak wspominałem dziewczyny przynależą do tej społeczności i spraszają do nas różnych ludzi. Mieliśmy już amerykanina studiującego w Anglii, kilku polaków, 3 francuzów i kanadyjczyka. Ogólnie w domu mieszkają cztery osoby, były noce kiedy spało nas łącznie 10 osób.Od miesiąca nie było nocy, kiedy spalibyśmy tylko w czwórkę. Jak wiadomo są różni ludzie. Niektórzy ciekawi, a niektórzy nudni. Jednak chodzi o to, żeby pomóc innym i samemu móc na pomoc liczyć. Najbardziej do gustu przypadli mi goście z Polski, którzy przyjechali tutaj szukać pracy i mieszkali u nas pare dni, dopóki nie znaleźli mieszkania. Ogólnie straszni podróżnicy, szczególnie jedna z dziewczyn, Magda. Mieszkała prawie rok na Majorce. Teraz na rok jest tutaj na Teneryfie. Lubię słuchać opowieści z podróży. Wtedy i mnie nabiera ochota, żeby się gdzieś wybrać.
Ale, ale... Asiu! Ona kręci pojkami! Jak na razie dwa razy udało nam się razem pobawić. W planie mamy spotkać się u nich w Los Cristianos (bardzo turystyczne miasto). Ja będe grał, ona będzie kręcić i będziemy zbierać kase na wino. Parę dziewczyn chciało jeszcze do tego tańczyć. Być może jeszcze jeden kolega "zarażony" ode mnie - kiedy w końcu znajdzie prace - kupi bęben i będziemy grać razem.
Moje współlokatorki zanim mieszkały z nami, mieszkały na couchu. I co? Teraz mają na wyspie bardzo fajnego kolegę. Zawsze mogą przyjechać i się u niego przekimać albo wybrać z nim pod namioty. Tak wiem, jest grudzień, ale i tak można spać na dworze.
Ogólnie couch surfing to świetny pomysł i szczerze polecam korzystanie z tego rodzaju wypoczynku!

Tłok

W związku z ciągłymi odwiedzinami, albo byciem w rozjazdach, spotykamy się wszyscy z pojęciem tłoku.Tak jak mówiłem, w naszym domu może spokojnie i bez problemów spać naprawdę dużo osób. Na porządku dziennym jest co najmiej jeden lub dwójka gości. Bez problemów mamy też cztery osoby gratis. Nasz rekord to szóstka gości + nasza czwórka. Jeszcze nie było ciasno. Ciasno jest w kuchni albo łazience. Wyobraźcie sobie jedną łazienkę i kolejkę 10 osób. Czasem to naprawdę trudne.
Najbardziej podobała mi się impreza w Los Cristianos na plaż. Siedzieliśmy i piliśmy. Było fajnie. Potem wszyscy udaliśmy się do domu Polaków, których wcześniej gościliśmy u siebie. Jest ich czwórka. Spali sobie smacznie w swoich pokojach. A reszta? Spała tam nasza czwórka, 3 Francuzów, Kanadyjczyk, Irlandczyk i jeden Polak: 4 + 10 = 14. Z czego 10 osób spało w małym salonie na materacu, łóżku i niezliczonej ilości poduszek koców i karimat.
I jeszcze jedna rzecz odnośnie naszych Polaków. Panuje w świece powszechne przekonanie, że Polak Polakowi, to zrobi wszystko, co najgorsze, jeśli spotkają się za granicą. Owszem, ale stwierdziliśmy, że to wcześniejsze pokolenie. Wtedy, kiedy wyjeżdżało się za pracą i każdy wie, że nie było lekko. Kolejny polak, to konkurencja, niestety. Ale my to nowe - że tak powiem - nieskażone pokolenie. Bardzo chętnie sobie pomożemy.
Nasi znajomi z Los Cristianos też są bardzo gościnni. Pomijając fakt, że spało u nich tyle osób, jest jeszcze jeden Mateusz, który przyjechał tu szukać pracy. Na razie mieszkał u koleżanki, którą poznał na erasmusie w Polsce. Ponieważ mieszka ona w mało turystycznej części wyspy, więc musiał pojechać na południe, gdzie w parę chwil znalazł prace. Nie miał tylko gdzie mieszkać. Ponieważ linie autobusowe strajkowały, nie należało im ufać i jeździć codziennie do pracy przez całą wyspę (w czasie strajków zamiast 1-2 godzin zajęło nam to na przykład 5 lub 6). Akurat rozmawiał z moją współlokatorką. Ona siedziała koło mnie. Ja miałem numer do Magdy - czyli jednej z polek na południu. Łańcuszek poleciał i po chwili Magda odbiera telefon: "Cześć, nie znamy się, ale czy mógłbym u was zamieszkać na parę dni?". Oczywiście, że mógł! Swoją drogą, niedługo wprowadzi się do nas na jakiś czas, bo po dwóch dniach pracy usłyszał: "Nie mam pieniędzy, żeby cie utrzymać, do widzenia"

Irlandia

Irlandia. Co mogę na ten temat napisać. Wiadomo, co się działo, chociaż działo się mało. Byłem bardzo szczęśliwy z możliwości odwiedzenia Elżbiety. Ale jednak było to za krótko. Nie było kiedy pogadać i do dziś czuje straszny niedosyt. Elu, gotuj się, bo w Barcelonie ci nie odpuszczę. Nie będzie tłumaczenia się: "jutro mam zajęcia".
Ale tak, to prawda, że deszcz potrafi padać poziomo. To nie żaden mit, wymysł, czy przesada. Sam go widziałem i jestem w stanie zaświadczyć, że tak było. Padał poziomo i w dodatku bolał. Byłem pewien, że to zaczął padać grad. Ela wyprowadziła mnie z błędu: to tylko deszcz. Do tego dnia nie znałem prawdziwego znaczenia tego słowa. Była to jednodniowa wyprawa górska i mimo, że miałem teoretycznie nieprzemakalne spodnie i kurtkę. Byłem cały mokry. Bardzo mi się podobało mimo wszystko. Tak jak mowie, jedyny minus to brak czasu. Byłem tam za krótko! Ale plus taki, że Elżbieta obudziła we mnie na nowo zamiłowanie do gotowania. Na Teneryfie nie miałem czasu, ani chęci, żeby coś przyrządzać.

Rodzina

Tak! Jedyna, niezawodna. Jak na razie tylko mama z siostrą mnie odwiedziły. O tym, że przyjadą, wiedziałem od dawna. Przyznam szczerze, że miałem wątpliwości, czy odwiezą mnie inni,. Na szczęście już mnie wyprowadzili z błędu. Chwała im za to!
Ciekawostka: mieszkasz na wyspie nie dłużej 3 miesiące, a naprawde ją poznajesz i zwiedzasz z gośćmi. Od przyjazdu nie zwiedziłem tyle, co z rodziną w tydzień. Inna ciekawa sprawa, że nigdy nie nawijałem tyle po hiszpańsku. Prawda jest taka, że kiedy masz gości - którzy nic nie umieją albo umieją totalne podstawy - wiesz, że musisz mówić, więc mówisz. Byłem w stanie dowiedzieć się jak gdzie dojechać, na którym przystanku wysiąść. Nawet porozmawiałem chwilkę na temat roślinności. Generalnie rodzina mówiła "phi... w ogóle się nie uczysz, zobaczymy jak nawijasz po hiszpańsku". Udało mi się zrobić wrażenie. Chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że jest on naprawdę słaby. Jednak cieszę się z tego, że mówię. To jest najważniejsze! Nie ważne jak, ważne, że mówisz. Na gramatyke zawsze będzie czas!


Tak, wiem, że nie jest tego za dużo. Na zdjęcia też przyjdzie czas. Na razie nie mam internetu na kompie. Nie mam go w domu. Muszę robić wielkie wyprawy do biblioteki, więc niestety mam utrudnione zadanie. Kiedyś wrzucę jakieś foty.
A i jeszcze jedno. Pamiętam jak lecieliśmy do Włoch na parę dni, jak podziwiałem Asię za zorientowanie na lotnisku. A teraz? Jestem w stanie zorientować się na każdym lotnisku i dać sobie radę zarówno po angielsku, jak i po hiszpańsku. Ewentualnie uważnie czytając napisy, ogłoszenia i informacje:)

środa, 9 grudnia 2009

Hiszpańskie słodkości

Wspomniałem już o turron i o mantecado. Ale to nie koniec hiszpańskich słodkości. Na początek powiem jeszcze o tych świątecznych. Do w/w listy dodać trzeba jeszcze carquiñoles - podwójnie pieczone ciasteczka z orzechami. Uwaga jeśli ktoś ma słabe zęby!


Teraz trochę zmienimy kuchnie. Będzie przepis baskijski. Trochę skaczę po tej Hiszpanii, nie chce wpadać w katalońską rutynę. Skład będzie prosty: mleko (litr), mielone migdały (200g), cukier (175g) i laska cynamonu. Mleko wstawiamy na gaz, dodajemy cynamon, migdały i cukier. Czekamy, aż do zagotowania, mieszając co chwilkę. Całość przelewamy do salaterek. Po parunastu minutach powinno stężeć. Podać lekko ciepłe, można ozdobić połówkami orzecha włoskiego.



Dla tych, którzy lubią francuskie palmiery, mam dobrą informację. Katalończycy też mają coś takiego, trochę większe jest, ale smakuje identycznie. Ciastko nazywa się ulleres, co znaczy też po katalońsku "okulary":)



Na koniec jeszcze inne ciastko, które próbowaliśmy. Empanada, czyli pierożek. Chyba nikt nie nazwałby pierogów ciastkami. Bo to jest taki inny pierożek. Wygląda jak nasz duży, ruski pieróg. Tylko jest bardziej żółty. Ciasto, z którego jest zrobiony jest podobne do ciasta francuskiego. Wypełnić go można prawie wszystkim: warzywa, ryba, mięso albo coś słodkiego. My próbowaliśmy empanada de cabello de ángel. Dosłownie z anielskich włosów. Tak nazywa się marmolada z kandyzowanej dyni. Rzeczywiście trochę przypomina włosy, jest koloru złotego, dlatego anielskie :)

wtorek, 8 grudnia 2009

El Oso en Barcelona

Przyjechał Miś. Jakimś cudem udało mi się go odebrać. Odwołali mi zajęcia i lekko spóźniony dotarłem na Estacio del Nord (dworzec północny), ale Miś był dobrze poinformowany. Myślę, że sam też by trafił. Choć jak potem powiedział, bym pod takim wrażeniem miasta, że nie prędko by dotarł do nas:)

Kawka na mieście w jednej z ulubionych kawiarni (Meson del cafe), zakupy i do domu. W zasadzie byliśmy tam tylko chwilę, bo trzeba biec na spotkanie związane z projektem z inżynierii oprogramowania. Po dwóch godzinach niezrozumienia i wielu pytaniach bez odpowiedzi, umówiliśmy się na następny dzień z resztą grupy. Czasem między narodowa współpraca bywa trudna, szczególnie kiedy nasi hiszpańscy nauczyciele próbują napisać coś po angielsku. Kiedyś się pofatyguję i wrzucę kilka plików "po angielsku". Też się pośmiejecie.

Wieczorem, tradycyjnie pierwszy obiad musiał być hiszpański. Talerz z jamon i chorizo, pa amb tomaquet, wszystko popijane obowiązkowo sangrią i cavą (katalońskim szampanem). Plotki do późna.
Następny dzień był dla nas uczelniany, a dla Michała barceloński. Nawet bardzo, bo wrócił późno, aż się zacząłem martwić. Ale trzeba przyznać, że przeszedł niezłą trasę! My w tym czasie walczyliśmy z przeciwnościami losu starając się zaliczyć semestr. Tu miejsce na małą dygresję. Znalazłem kolejny powód, dlaczego lubię moją hiszpańską uczelnię. Dnia 4 grudnia w głównym hallu naszego fakultetu rozdawali płyty z Windows 7. Dodawali do tego bacadillo con jamon (kanapkę z mięsem) i radler (mieszanka piwa i lemoniady). Byłem lekko zaskoczony kiedy mój wykładowca z baz danych podawał mi piwo z szerokim uśmiechem. Ale może tak to już jest z tymi "bazodanowcami".

W piątek do miasta pojechaliśmy razem. Spacerowaliśmy kilka godzin wielkimi bulwarami wysadzanymi palmami i pomarańczami (mimo grudnia, nadal z owocami). Niestety w mieście wylądowaliśmy w godzinach sjesty. W zasadzie nie powinienem używać tego słowa. Katalończycy są przecież pracowitymi ludźmi - nie to, co południowcy z Andaluzji - i nie mają sjesty, tylko przerwę obiadową. Jak zwał, tak zwał. Na Placa Reial nadal fruwały zielone papugi, a na Placa de Jaume zbudowano już szopkę. W okolicy znaleźliśmy cukiernię i wypróbowaliśmy kolejne hiszpańskie łakocie.
Tym razem xuixo de crema (hiszp. suso). Słodkość podobna do naszego pączka, z tą różnicą, że składa się z wielu warstw. Stworzona w Gironie w latach dwudziestych przez cukiernika zainspirowanego francuskim chou à la crème. Wiąże się z nim pewna legenda. Dotyczy ona akrobaty, el Tarlà, który w latach czterdziestych zabawiał mieszkańców. Zakochał się on w córce cukiernika. Podczas składania jej wizyty zjawił się jej ojciec. Akrobata schował się w worku z mąką, ale po krótkim czasie zaczął kichać, robiąc "xui-xui" (czyt. cziu-cziu). Żeby nie denerwować ojca, wyszedł z worka, obiecał ożenić się z córką i dał ojcu przepis na ciastko: xuixo - nazwane tak, ze względu na to kichanie.
W czasie niektórych świąt można zobaczyć lalkę przedstawiającą akrobatę, w tych miejscach, gdzie przed laty zabawiał mieszkańców Girony.

Standardowo wycieczka na Boquerię. Byłem tam tyle razem i za każdym razem mnie zaskakuje! Tym razem znaleźliśmy kuropatwy i króliki. W całości, upolowane i do sklepu. Pióra, futro, wszystko na miejscu, tyle, że nie żyje. Miś zakupił różowy sok, wyciskany z pitayi i kokosa. Dał spróbować i muszę przyznać, że warty degustacji.
Trafiliśmy w okolicy katedry i na nasze szczęście normalnie płatne wejście do katedry, było szeroko otwarte. Po środku krużganków stała szopka. Dwanaście gęsi - symbolizujące męczeńskie lata życia świętej Eulalii (powinno być ich trzynaście) - gęgały na całe gardło. Obejrzeliśmy też środek i powiem tylko, że byłem pod wrażeniem. Może z zewnątrz katedra nieskończona, ale środek jest cudowny. O szczegółach może w kolejnym wpisie.
Następnie mała wycieczka po targu, ale ze względu na ilość ludzi uciekaliśmy z głównych uliczek. Schowaliśmy się na ostatnim piętrze El corte ingles, popijając kawę podziwialiśmy już świątecznie oświetloną Barcelonę. Jest urocza!


La cocina española - parte 5

Kolejna sesja z kuchnią hiszpańską. Zapraszam do gotowania!

Torrijas

Galicyjczycy nazywają to torrijas, a Portugalczycy rabanadas. Potrawa bardzo prosta na słodko. Szykujemy sobie kromki chleba. W miseczce mieszamy jajko i mleko. Maczamy kromki w mieszance i smażymy na patelni. Na końcu posypujemy cukrem. Brzmi też polsko, nieprawdaż?


La salsa Romesco

Sos pochodzący z Tarragony, który miał stanowić konkurencję dla liguryjskiego pesto. Zwykle jada się go z calçot, odmianą młodej cebuli. Wygląda to jak szczypiorek, ale jest bardziej cebulowate (kolor, konsystencja, smak). Zwykle jada je się podczas calçotada, która odbywa się na początku wiosny. Wtedy to grillowane calçots macza się w sosie romesco i zajada popijając winem. A jak zrobić romesco?
Potrzebne będą: orzechy (włoskie/laskowe/migdały), papryczki*, pomidory, czosnek, pietruszka, oliwa. Pomidory ucieramy na tarce.Papryczki moczymy przez godzinę w ciepłej wodzie, potem pozbawiamy ich pestek, siekamy, podsmażamy w oliwie. Orzechy prażymy w piekarniku. Kromki smażymy na złoto na oleju. Wszystko tłuczemy w moździerzu przyprawiając na koniec.
Podawać najlepiej z mięsem, warzywami lub rybą.



* w oryginalnym przepisie należy użyć suszonych ñoras - malutkie, czerwone papryczki z okolic Murcii, oczywiście zamiast nich możemy użyć papryczek chili.

Bajamar - Śmierć w oczach

Wiem, że straaasznie dawno nie pisałem, ale to wina tego, że ciągle nie mam internetu. Ale teraz wynalazłem świetny sposób na jego wykorzystywanie, no ale wpis miał być nie o tym. Wpis będzie o życiu.

Żyję sobie spokojnie w La Lagunie, jednak pewnego dnia trochę się zdenerwowałem. Wymyśliłem, że wezmę deskę i pojadę na Bajamar... czarną dziką plażę dla surferów. Teraz wiem, że to był mój pierwszy i ostatni samotny raz na surfingu. W każdym razie deska pod pachę, ręcznik do plecaka i jedziemy. Na plaży jak zwykle pogoda dopisywała. Wiało, przez co fale były naprawdę świetne:) Udało mi się parę z nich złapać, jednak tylko te przybrzeżne, bo były zbyt silne, żebym umiał się przez nie przebić na głębszą wodę. Jednak się nie poddawałem, ale zmęczenie wzięło górę. Poszedłem odpocząć na brzegu, smażyłem plecy i patrzyłem na profesjonalistów. Obserwowałem jak oni pokonują przybój. Wtedy nabrałem nowych sił i postanowiłem spróbować podpatrzonych technik pokonywania fal. Wskoczyłem do wody i ochoczo wiosłowałem. Fale były wieelkie. Ciągle mnie przykrywały, miałem problemy z oddychaniem. Stwierdziłem, że robi się mało przyjemnie, postanowiłem wracać do brzegu. Niestety, okazało się, że nie tylko z falami będę musiał walczyć. Miałem wrażenie, że jestem blisko od brzegu, niestety ciągle znosił mnie prąd. Zauważyłem niebezpieczne skały w pobliżu i zaniepokojony chciałem od nich odpłynąć. Nigdy tego nie zapomnę. Wiosłowałem w stronę brzegu ile sił w rękach, a cofało mnie. Wtedy przestraszyłem się na poważnie. Skały, które były moim zagrożeniem okazały się także jedynym ratunkiem. Zeskoczyłem z deski i mocno się jej trzymając podpłynąłem do najbliższej skały. Oczywiście ciągle przykrywały mnie fale, miałem coraz większy problem z łapaniem oddechu. Widząc, że naprawdę ciężko mi będzie dopłynąć gdziekolwiek spojrzałem na plażę, gdzie widziałem rodziny z dziećmi, surferów z dziewczynami. Wszyscy szczęśliwi, a ja walczę o życie... Naszła mnie refleksja, że jakbym faktycznie zginął w głębinach, oni nadal szczęśliwi nic nie zauważą i dalej będą się bawić. Wtedy zacząłęm leko panikować. Oddech był już strasznie szybki i nierówny. Jednak w końcu fale poniosły mnie delikatnie w kierunku skał i udało mi się dryfując na desce uniknąć zderzenia z nimi i w końcu stanąć na jakiejś. Oczywiście ciągle byłem ponad pas w wodzie. Chciałem złapać trochę oddechu i zacząć iść po skałach w strone brzegu. Niestety coś mi przeszkodziło. Poczułem zbliżającą się fale i jedyne, co zdążyłem zrobić, to przeklnąć i to nawet nie pod nosem. Nie byłem wkurzony, ani pod wrażeniem fali. Przekleństwo miało wyraz strachu. Oczywiście nie ustałem w miejscu, bo fala załamała się na mnie. Jej siła cisnęła mnie pod wodę. Przekoziołkowałem parę razy pod wodą i naprawdę nie pamiętam jaką częścią ciała ile razy uderzyłem o skały. Nie wiedziałem, co się dzieje. Nie wiedziałem, gdzie jest powierzchnia a gdzie dno. Po prostu się odbijałem jak kulka we fliperze. Przeczucie było słuszne. Fala zniosła mnie bliżej brzegu, a prąd nie zdążył porwać mnie z powrotem, bo już stałem dumnie na skale. Cały obolały, nadal lekko przestraszony, ale szczęśliwy, że nie oberwałem w głowę. Nie pamiętam kiedy, ale zainteresował się mną jeden surfer. Zajęło mu trochę czasu dojście do miejsca, w którym stałem. Był przestraszony. Pytał, czy wszystko gra, czy nie zrobiłem sobie krzywdy. Chciał mi pomóc, ale zdołałem sam sie stamtąd wydostać. Nogi mi się trzęsły. Jednak nie czułem bólu. Stwierdziłem, że mogę być w szoku i miałem tylko nadzieję, że się nie połamałem. Kiedy już stanąłem na stałym lądzie, moje pierwsze pytanie: "Deska mi się lekko popsuła. Wiesz jak można to naprawić?". On na to: "Człowieku olej deskę! Nic ci nie jest? Nie oberwałeś w głowę, możesz chodzić?". Kiedy już go uspokoiłem, pogadaliśmy chwilkę o naprawie i o technikach pływania. Wróciłem do swoich rzeczy i... zobaczyłem, że wszystko jest mokre. Mimo, że położyłem rzeczy nie na plaży, a za skałkami. Fale były na tyle duże, że zdołały dosięgnąć moich rzeczy. Są dni, kiedy plaża ma szerokość 10 metrów a i tak ma fajne fale. Rozłożyłem je na dalszych skałkach i usiadłem spokojnie. Wtedy poczułem ból w nodze. Już wiedziałem, że szok minął. Cały obolały rozejrzałem się po rzeczach, żeby poszukać telefonu. Zadzwoniłem do Eli się "wyżalić", ale coś mi nie pasowało. Dopiero po chwili zorientowałem się, że mam tylko jednego buta. Zapytałem dziewczyny siedzącej obok, czy widziała drugiego. Rozmawialiśmy po hiszpańsku, więc z odpowiedzi zrozumiałem tylko, że fala była naprawde duża i nie wie co się stało. Złapała swoje rzeczy i uciekła. Zrozumiałem, że mój but jest gdzieś w oceanie. Jednak mając nadzieję, zrobiłem spacer po plaży próbując go znaleźć. Na próżno. Obolały wróciłem do swoich rzeczy. Po jakimś czasie postanowiłem wracać. Ubrałem mokre ciuchy, schowałem deskę do mokrego pokrowca i poszedłem kamienistą drogą na przystanek autobusowy, na boso i kulejąc. Wszyscy mnie wyprzedzali, ale wisiało mi to. Chciałem tylko dojść do domu. W pewnym momencie słyszę, jak ktoś mówi do mnie po angielsku. Podnoszę głowe i jakiś człowiek pyta, czy pożyczyć mi buty. Przyjąłem podarek. Tylko dzięki niemu wdrapałem się z powrotem na ulice do przystanku autobusowego. W czasie drogi dowiedziałem się, że jego dziewczna czytała książkę, kiedy on sam surfował. Kiedy przyszła ta wielka fala - która skradła mi buta - jemu ukradła spodnie, a jego dziewczynie buty. Jakośmy się wdrapali i podziękowałem ładnie dobremu człowiekowi. Udałem się na przystanek, oni z kolei do samochodu. Po chwili czekania słyszę klakson i jakieś krzyki. Podnoszę głowę i widzę znajomą parkę. Krzyczą do mnie, czy z nogą w porządku i czy mogą mnie gdzieś podrzucić. Było mi naprawdę miło. Podziękowałem ładnie i pojechali w swoją stronę. Ja spokojnie wróciłem do La Laguny, żeby potem przez jakieś 30 minut obolały wspinać się na górę, na której mieszkam. Kiedy ostatecznie dotarłem. Nie miałem siły szukać kluczy. Zadzwoniłem do drzwi. Otworzyła mi Kasia i mówi, że ciągle pamięta ten widok. Obolały, zmęczony, przemoczony i bez butów. Przywitałem ją tekstem "prawie umarłem".

Ten wypadek to na pewno jakiś znak, na pewno nie jest bez znaczenia. Problem w tym, że do końca nie wiem co oznacza. Wiem tylko, że muszę nadal cieszyć się życiem takim jakim jest, bo wcale jutro nie jest takie pewne. Wiem także, że surfing i ocean w ogólności nie są wcale takie bezpieczne na jakie wyglądają i trzeba zachować szczególną ostrożność, żeby nic się nie stało.

La cocina española - parte 4

Tym razem będzie bardzo prosto, niektórzy powiedzieliby bez rewelacji. Ale szczerze mówiąc większość Hiszpańskiego jedzenia jest prosta do przyrządzenia. W końcu komu chce się siedzieć w kuchni, gdy na dworze tak gorąco. To, że potrawy są szybkie, wcale nie oznacza, że muszą być mniej smaczne, zresztą zbierajcie się do kuchni, przekonacie się sami!

Amanida catalana

Słowo amanida oznacza po prostu sałatkę. Będzie to sałatka katalońska, która w zasadzie jest zestawem warzyw ułożonych na talerzu. W skład wchodzi: sałata, pomidory, papryka, cebula i jajko na twardo. Ewentualnie dodać możemy jeszcze kukurydzę, oliwki czy szparagi. Podać najlepiej z bagietkę polaną oliwą z oliwek i zestawem wędlin. My oprócz chorizo i jamon iberico, na talerz z wędlinami dołożyliśmy fuet - długa, twarda, suszona kiełbasa, wyrabiana zwykle ręcznie.


Patatas bravas con picada


Patatas bravas to taka fajna nazwa, na coś, co przypomina frytki. Robi się dokładnie tak samo, tylko kształt jest inny (małe kosteczki). Stanowi dodatek do dania, można też spróbować podać z różnymi sosami. My jedliśmy "szalone ziemniaki" z picadą, zielonym sosem przyrządzanym z pietruszki, czosnku, orzechów, chleba i oliwy (w zasadzie wszystko ubija się w moździerzu)


Peras borrachas


Wcześniej kuchnia katalońska, to na koniec przepisy galicyjskie. Trochę nie po kolei, bo zacznę od deseru. Peras borrachas, czyli "pijane gruszki" to prosty deser, do którego nie potrzeba żadnych oryginalnych składników. Jak sama nazwa mówi gruszki, do tego białe wino, cukier, odrobina cynamonu i jakiś słodki syrop czy miód.
Gruszki obieramy, kroimy na połówki. Wino mieszamy z wodą w garnku, pół na pół, kładziemy na ogień, potem jeszcze dosładzamy. Mieszanki potrzebujemy tylko tyle, żeby zakryć połówki gruszek. Czekamy, aż się ugotują. Wyjmujemy na talerz, posypujemy cynamonem i polewamy lekko miodem. Deser szybki i smaczny.

poniedziałek, 7 grudnia 2009

¿Hablas español?

Pewnego słonecznego dnia postanowiliśmy wraz z Jackiem wybrać się na barcelońską kawę. Znaleźliśmy gdzieś przyjemną maleńką kawiarenkę i z zadowoleniem zasiedliśmy przy jednym z nielicznych wolnych stolików. Gdy kelnerka zapytała mnie, czego chciałabym się napić nie miałam wątpliwości. Poprosiłam o ukochaną latte.

Jakież było moje zdumienie, kiedy pani z uśmiechem przyniosła mi herbatę. No tak… La-té. El té, czyli herbata po hiszpańsku.To uświadomiło mi jak bardzo trzeba uważać z nowym językiem. Oto kilka przykładów:

Me gustas tu!

To przyjemne zdanie jest bardziej zdradliwe niż mogłoby się wydawać. Dla przyjezdnych oznacza tylko sympatię, dla rodowitych Hiszpanów znacznie więcej. Toteż jeżeli nie chcemy odczuć na sobie skutków osławionego gorącego temperamentu południowców lepiej unikać wypowiadania zdań „Me gusta tu novia” (podoba mi się Twoja dziewczyna) lub „Me gusta tu madre” bo można skończyć naprawdę źle.

Angry or hungry?

Francuzi mówiący po angielsku to zjawisko naprawdę rzadkie. Więc jeśli kiedyś usłyszycie Francuza próbującego mówić w tym języku, proszę, spróbujcie się nie śmiać. Nie da się opisać Francuzów na Erasmusie – to trzeba zobaczyć. Ostrzegę was tylko, że dla nich I’m angry (jestem zły) i I’m hungry(jestem głodny) brzmi zupełnie tak samo. Może Francuz też jak glodny to zły?

Głodny Graham

Niedawno czytałam gdzieś historię pewnego nieszczęsnego Anglika, który przyjechał do naszego kraju aby poznać rodzinę swojej polskiej dziewczyny. Jako, że polskie mamy uwielbiają karmić wszystkich wokoło, Graham miał podejść do pani domu, przedstawić się i powiedzieć że jest głodny, wszystko oczywiście w trudnym polskim języku.Niestety, stres sprawił, że chłopak zaczął mówić bardzo niewyraźnie i zamiast „Jestem Graham i jestem głodny”, powiedział „Jestem Graham i jestem płodny”. Tak czy inaczej, niewątpliwa zaleta:)

Mam nadzieje, że ten wpis sprawi, że Wy też będziecie trochę bardziej wyrozumiali dla tych, którzy stawiają pierwsze kroki w naszym języku. W końcu najważniejsze, że się próbuje, prawda:)?

niedziela, 6 grudnia 2009

Nie tak, jak myślałem

Wszyscy wyobrażają sobie ten dzień, tak jak wszystkie poprzednie tego typu. Doświadczenie podpowiada, że będzie mroźno, może popada śnieg, w gorszym przypadku będzie znów chlapa. Ludzie będą chodzić w kurtkach, pozakrywani szalikami, w pośpiechu do domu na ciepłą herbatę. Rano znajdziemy pod łóżkiem prezent przyniesiony przez Mikołaja albo rózgę. I tak zwykle wygląda szósty dzień grudnia, zapowiedź świąt Bożego Narodzenia.

Postanowiłem zderzyć polskie wyobrażenie Mikołajek z hiszpańską rzeczywistością. Było trochę inaczej niż myślałem...


Oczywiście świąteczne szaleństwo już się zaczęło i w pewnym stopniu jest podobne do naszego. Z tą różnicą, że jest większe. O tej porze roku widać, że jest to ponad półtora milionowe miasto (nie licząc ponad 3 milionów w całej aglomeracji). Wieczorem można mieć wrażenie, że całe miasto stoi w jakiejś wielkiej kolejce, która zjada swój ogon. Stoją wszyscy, tzn. ruszają się, ale tempem ślimaczym.
Wszyscy gonią za zakupami: ozdoby, prezenty, choinki i sam nie wiem, co jeszcze (oni chyba też nie wiedzą dokładnie).

Znajdziemy tu oczywiście wszystko czego dusza zapragnie. Są choinki, fakt, że czasem fioletowe. Szeroki wybór szopek. To akurat jedna z ich tradycji. Na głównym placu przed katedrą rozstawił się wielki targ świąteczny (Fira de Sant Llucia), gdzie kupić można szopki. Właściwie to skolekcjonować, bo każdy element kupuje się oddzielnie. Szopki na każdą kieszeń!

A co wyróżnia Mikołajki w Barcelonie?
Po pierwsze różnica pogodowa. Dziś było 20 stopni. Fakt, że nie takie letnie dwadzieścia, bo w T-shircie nikt nie chodził, wręcz przeciwnie. Takie późnojesienne dwadzieścia stopni. Chłodny wiatr zmuszał do ubrania bluzy i długich spodni. Hiszpanie oczywiście poobwijani szalikami i w kurtkach. Ale nie ma się im co dziwić, to jedyny okres, kiedy mogą sobie kurtkę ponosić.
Z powodu słońca w Mikołajki - które wypadły w niedzielę - ludzie jeździli na rolkach, rowerach, deskach, siedzieli w parkach na ziemi jedząc obiad, pływali łódeczkami po jeziorku, grali w piłkę. Żonglerzy ćwiczyli z piłkami, dzieci grały w pin-ponga, psy ganiały za papugami, a artyści znów grali na ulicach. Wszyscy spacerowali po bulwarach czy po parkach w cieniu palm lub pomarańczy.


Wieczorem wszyscy przenieśli się w okolice centrum, szczególnie ulice, gdzie są sklepy. Całe rodziny ustawiały się w kolejkach do sklepu z churros, powodzeniem cieszyły się stragany z lokalnymi produktami czy elementami świątecznymi. Tuż obok wielkiego targowiska dzieci biegały za unoszącymi się w powietrzu bańkami, a inne ustawiały się w kolejce, żeby poklepać patykiem Tió.
Co? Tió de Nadal. W Katalonii nie ma Mikołaja, tu prezenty przynosi ktoś inny. Jest nim krótka kłoda drewna, nazywana Tió (po katalońsku oznacza to pień, polano). Współczesna wersja to kawałek drewna (zwykle korkowego), z dwoma przednimi nóżkami, dużym uśmiechem i czerwoną czapeczką (małą wersją barretiny, katalońskiej czapeczki). Tradycja nakazuje, żeby dawać codziennie tió coś do jedzenia i przykrywać go kocykiem. Gdy przychodzą święta stuka się go patykiem i śpiewa piosenki, żeby "wyrzucił" różne łakocie: orzechy, mató (rodzaj białego sera), turrón.
Właśnie dziś na samym środku placu gromadziły się dzieci tworząc wielką kolejkę, żeby postukać patykiem gigantyczną kłodę śpiewając wspólnie piosenkę.


Wieczorem całe miasto to wielka rzeka ludzi, płynąca we wszystkich kierunkach. Na każdej małej uliczce świecą się lampki, każda uliczka ma inne. La Rambla oczywiście też jest oświetlona. Na jej krańcu napisane są życzenia świąteczne w kilkunastu językach. Nauczę was po katalońsku: Bon Nadal i Feliç Any Nou.


Skoro już wspomniałem, to powinienem wytłumaczyć czym jest turrón (albo torró po katalońsku). Są to słodycze orzechowe w formie kostki, robione głównie z miodu, cukru i jajek. Istnieją dwie tradycyjne wersje: duro (twarda) - pianka z białek wymieszana z miodem i orzechami; blando (miękka) - składniki te same, ale wszystko jest zmielone i przypomina trochę chałwę. Istnieją oczywiście różne inne wersje: turrón de coco (kokosowy), turrón de yema (jajeczny), turrón de trufa (z pianką) czy turrón de chocolate.
Tradycyjnie jada się go na święta. Ale skoro do świąt jest już blisko czas spróbować lokalnych smakołyków.


Nie są to jedyne łakocie jakie je się z okazji świąt. Oprócz turrón jest jeszcze mantecado, to coś jak szkocki shortbread. Istnieje mnóstwo odmian tego "ciasteczka": de almendras (migdałowe), de canela (cynamonowe), de cacao (kakaowe) lub de limon (cytrynowe).



Na koniec dołączam jeszcze słowa piosenki, jakby ktoś chciał wprowadzić do domu tradycję stukania w drewienko. Pamiętajcie, że na słowach "Caga tió" trzeba uderzyć mocniej!

Caga tió, sinó et donaré un cop de bastó!
Torrons d'avellana,
torrons de pinyó... Caga tió!

poniedziałek, 23 listopada 2009

Los dias locos

Przez ostatnie kilka dni gościł u nas Paweł i dużo się działo. W pierwszy dzień nasz gość sam zwiedzał miasto, bo mieliśmy jeszcze uczelnianą robotę do zrobienia, ale wieczór był wolny.
Zaprosiliśmy znajomych Hiszpanów, wcześniej z Polski przywieźliśmy im trochę naszych słodyczy: marcepan, chałwę, cukierki. Jak przyszli okazało się, że nie jedli obiadu. Postanowiliśmy coś ugotować, ale nie byle co! Coś naszego: placki ziemniaczane. Ponieważ chcieliśmy naszych gości nauczyć gotować coś polskiego, plan był taki, żeby to oni robili jedzonko. My tylko powiedzieliśmy im jak.

Po niecałych 2 godzinach na stole wylądowały dwa talerze złotych placuszków. Myślę, że do tej pory wszyscy zgłodnieliśmy jak wilki, to pewnie dlatego po chwili talerze były puste. Później była degustacja polskich łakoci i trunków, które też przywieźliśmy ze sobą. Największe wrażenie zrobiły chyba nalewki naszych babć.

Drugi dzień był dla Pawła dniem zwiedzania, a potem dla nas oboje dniem zakupowym. Biegaliśmy po całym mieście wybierając produkty na obiad. Świeże krewetki kupione na targu Boqueria, oliwki z dzielnicy Born. Po drodze degustacja hiszpańskim wyrobów cukierniczych i świeżych soków (polecam, kosztują 1€, a smaki mają szalone).
Po drodze spotkaliśmy studentów erazmusowych z innego uniwerku, którzy robili na Placa del Rei happening. Układali z kartek wielki napis Somos el mundo (jesteśmy światem). Na kartkach były narysowane lub napisane różne hasła: "Hablas espanol?" czy "Erasmus?". Absolutnie pełna dowolności treści i języka. Chcieli zrobić taki duży napis i zgromadzić wokół ludzi trzymających się za ręce. Pozytywna inicjatywa. Zaprosili nas do współpracy i razem z nimi zaczepialiśmy przechodniów. Nawet nie wyobrażacie sobie ile osób można spotkać w ciągu kilku minut. Pierwszy raz w życiu słyszałem galicyjski na żywo. A po napisaniu kilku słów po polsku, jakaś turystka rozpoznała, że to polski. Byłem pod wrażeniem, ludzie zwykle nie wiedzą, gdzie dokładnie jest Polska. Nie mówiąc już, że nasz język brzmi dla większości jak rosyjski.
Mimo pory roku Barcelona nadal tętni życiem. Szczególnie jeśli chodzi ulicznych artystów. Miło było posłuchać trąbki w wąskich uliczkach oświetlonych latarniami. Dużym zaskoczeniem był też hiszpański-rosyjski zespół grający na ulicy jazz. W jego skład wchodziła trąbka, banjo i... pianino. Na ulicy!!

W sobotę wybraliśmy się wszyscy razem na szwendanie się po mieście. Koło magicznej fontanny odwiedziliśmy wystawę Barbie. Kto by przypuszczał, że ona ma już 50-tkę na karku. Po pokonaniu kilkuset schodów (w większości ruchomych) przywitał nas piękny widok na miasto z hiszpańską gitarą w tle.


Stamtąd spacer przez całe miasto do portu, gdzie energiczny zespół grający w stylu Manu Chao sprawiał, że nie można było ustać w miejscu. Nogi same tańczyły! Tuż obok, na wybrzeżu rozstawił się weekendowy targ, gdzie można kupić masę oryginalnych rzeczy: maski weneckie czy ręcznie szyte ubranka dla dzieci. Obok stali nieśmiertelni Peruwiańczycy, którzy są jakąś plagą. Gdziekolwiek się nie pojedzie w Europie, oni tam są!


Mały spacer po ciasnych uliczkach Barcelonety i po raz kolejny trafiliśmy na artystów rzeźbiących w piasku na plaży. To, co oni potrafią zrobić z piasku przekracza mą wyobraźnię! Ciężko nie być pod wrażeniem.


Zmęczeni i głodni wróciliśmy na stare miasto. Bocadillo con queso (kanapka z serem) zabiła pierwszy głód. W pobliżu Placa del Pi znaleźliśmy wspaniałe miejsce: chorroteria, czyli miejscie gdzie smaży się churros. Nie takie jak w knajpie, ale świeże. Usmażyli je na naszych oczach. Kiedy je dostaliśmy jeszcze parzyły. Jeśli jesć churros to tylko takie!
Wstąpiliśmy do herbaciarni, ale miejsc nie było. Małe kółeczko i znów jesteśmy przy churroterii. Kolejna porcja, a czemu by nie! Tym razem dokupiliśmy jeszcze wersję zamoczoną w czekoladzie. Też pycha!


Znaleźliśmy inną herbaciarnię, tym razem było dla nas miejsce. To niesamowite, że knajpki, które mają 7 stolików potrafią być rentowne. Tej wielkości była właśnie herbaciarnia Salterio. Każdy z nas zamówił inną herbatkę: te de kukicha, te blanco, te gen mai cha. Tę ostatnią zamówiłem ja. Była to herbata z ryżu i kukurydzy. Naprawdę oryginalna, trochę jak popcorn i dmuchany ryż w płynie. Dostaliśmy 3 dzbanuszki i wymienialiśmy się herbatami.


Idąc po obiadowe zakupy natknęliśmy się na placu katedralnych na pokaz sardany, tradycyjnego katalońskiego tańca. Ludzie tańczą w kółeczku, trzymając się za ręce. Tam było kilka kółeczek, bo było około 100 osób!

niedziela, 22 listopada 2009

La cocina española - parte 3

Wpis trochę zaległy, ale myślę, że warto. Będzie to danie z północno-sródkowej części Hiszpanii - Asturias.

Choriza a la sidra

Do przyrządzenia tego dania będziemy potrzebować:
  • chorizo - hiszpańska kiełbasa z wieprzowiny, my wybraliśmy wersję z papryką (chorizo con pimiento); ważne, żeby kiełbasa nie była suszona!!
  • sidra - butelka cydru, radzę użyć francuskiego, jest słodszy, Hiszpanie robią tylko wytrawny cydr
  • ajo - kilka ząbków czosnku
  • świeża bagietka
  • oliwa z oliwek
  • pietruszka
Pokrojony czosnek należy podrumienić na oliwie. Potem odłożyć go na bok, a na patelnię wrzucić za 3 minuty podziurawione dobrze kiełbaski. Chcemy, żeby wytopił się z nich tłuszcz i żeby nabrały złotego koloru. Po odlaniu tłuszczu dolewamy cydru i dusimy kiełbaski przez 20 minuty. Na koniec dorzucamy czosnek i pietruszkę. Danie serwuje się na patelni z kawałkami bagietki. My zrobiliśmy trochę inaczej, ale równie smacznie.

La cocina española - parte 2

Kolejny dzień i kolejne dania. Dziś nie tyle co kuchnia hiszpańska, a katalońska dokładnie. Zapraszam do gotowania! Żadnych krewetek i innych dziwności. Jedzenie szybkie w przygotowaniu i proste.

Alioli

Nazwa potrawy zdradza właściwie jej skład. Trzeba tylko trochę ją rozbić: all i oli, czyli czosnek i oliwą. Jest to właściwie sos, który zwykle stanowi dodatek do mięs. Do przygotowania przydatny będzie moździerz. Ciężko jest czasem znaleźć takie coś w domu, ale spróbujcie, a nuż! Całą główkę czosnku obrać i rozbić w moździerzu. Żeby czosnek się nie ślizgał można dodać soli na dno. Następnie dodajemy po trochu oliwy z oliwek i mieszamy. Sos powinien być konsystencji majonezu (nie powinno to wyglądać jak kawałki czosnku pływające w oliwie).

Sofregit

Szybkie w przygotowaniu danie. Potrzebujemy tylko 3 cebule i 6 pomidorów. Posiekane cebule należy dusić na oliwie 10-15 minut, aż do uzyskania złotego koloru. Potem dodać pokrojone, obrane pomidory i łyżkę cukru. Całość gotować aż do wyparowania wody. Pod koniec doprawić według własnych upodobań.

Oba dania serwowaliśmy z dużymi, pikantnymi oliwkami, świeżą bagietką i kawałkami smażonej ryby piły. Plus na deser melon z porto :)

sobota, 21 listopada 2009

In a Spanish way

Ostatnio mieliśmy okazję sprawdzić "jak to się robi po hiszpańsku". Naprawdę ciekawe doświadczenie. I trzeba przyznać, że poznani Hiszpanie nie odbiegają od stereotypów.

Prezentacja

Czasu mieliśmy sporo, ale tak to zwykle bywa u studentów: wszystko na ostatnią chwilę. To nie był wyjątek, przez 2 tygodnie byliśmy zajęci bardziej gości, a potem wyjazdem do Polski.

Nasze zadanie miało 3 części: pisanie programu, sprawozdanie i prezentacja. Początkowy podział zadań uległ zmianie z dość "hiszpańskich" powodów: jeden Hiszpan nigdy się nie pojawił, a drugi nie bardzo mówił po angielsku. Oczywiste stało się, że my zajmiemy się prezentacją, która ze względu na zmianę hiszpańskiego nauczyciela na pakistańskiego miała być zrobiona po angielsku. Ze sprawozdaniem historia była dokładnie taka sama. Naszemu hiszpańskiemu amigo zostało napisanie kodu. W zasadzie na tym etapie mieliśmy już po części napisany kod, Miguel miał więc dopisać tylko fragment.

Po powrocie z Polski okazało się, że to trochę sporo. Napotkał problemy i... czekał na naszą pomoc. Nadeszła, ale zostały nam tylko 2 dni. Raport nie miał tytułu, prezentacja nie miała ani jednego slajdu, a my znów siedzieliśmy nad kodem.

Muszę przyznać, że oni nie tylko prowadzą auto po hiszpańsku, ale nawet programują po hiszpańsku. Nie chcę wdawać się w szczegóły, bo nie wszystkich to interesuje. W skrócie, była to jedna, wielka, wolna amerykanka. Tu wklei fragment kodu, tu coś doda, przepisze. Jeden wielki bałagan. Kiedy Asia dostała ten program, postanowiła napisać własny.

Przyszedł dzień prezentacji. Na godzinę przed rozpoczęciem jeszcze kończyliśmy slajdy. Nie było nawet specjalnie czasu na jakąś porządną próbę. Pierwsza prezentacja po angielsku. No jakoś to będzie. Idziemy na pierwszy ogień. Nasz kolega też chciał mieć swoje 5 minut, więc podyktowaliśmy mu, co trzeba powiedzieć. Zapisał sobie na kartce i czytał.
Ogólnie poszło fajnie. Było krótko i konkretnie. Prowadzący miał pytanie i to był problem. Nie przez nasze nieprzygotowanie, ale przez jego niezrozumiały pakistański akcent. Więcej zgadywania niż rozumienia.

A jak poszło innym? Powiem tyle, że nie ważne jest czasem, na ile dobrze znasz angielski, ale ważne jak bardzo zmodyfikowany angielski jesteś w stanie zrozumieć. Hiszpanie mają swój sposób mówienia i trzeba się chyba trochę nasłuchać, żeby wyłapać w tym język Szekspira.


cdn.

piątek, 20 listopada 2009

La cocina española - parte 1

Ze względu na ostatnie wydarzenia, równoległe do serii o Barcelonie chcę zrobić serię wpisów o kuchni hiszpańskiej. Nie będzie, o tym gdzie zjeść, nie będzie profesjonalnie, bo nie jestem kucharzem. Będzie o naszych próbach gotowania czegoś hiszpańskiego i o innych przygodach z jedzeniem.
Odwiedziny gości są dobrą motywacją do zrobienia czegoś w kuchni wspólnie. Ostatnio mamy gości i wykorzystujemy ten fakt robiąc rzeczy, który normalnie nie gotujemy. Ale do rzeczy, co zrobiliśmy dziś...

Gambas al ajillo
Jest to trochę tajemnicza nazwa, jeśli ktoś nie zna hiszpańskiego. W najbliższych paru zdaniach nie tylko dowiecie się co to, ale też jak to przyrządzić. Jeśli ktoś z was nie lubi krewetek, to nie zamawiajcie gambas w restauracji, szkoda pieniędzy. Tak właśnie, gambas al ajillo to dokładnie krewetki z czosnkiem. Jeden z rodzajów tapas jakie można zamówić lub też w naszym przypadku zrobić. Skład bardzo prosty, trudniej niestety dostać produkty w Polsce.
Potrzebne są: krewetki, płatki chilli, pietruszka, czosnek, bułka i oliwa z oliwek.
Zamiast chilli użyliśmy papryki, a pietruszki po prostu nie było, ale to jeszcze nie tragedia. Najważniejsze są krewetki i dużo czosnku. Krewetki mogą być mrożone, my zaszaleliśmy i kupiliśmy świeże. Problem tylko jest taki, że trzeba się nimi trochę zająć: zdjąć pancerzyk, łapki, odwłoczek. Trochę zabawy było, ale trzeba kiedyś zdobyć doświadczenie kucharskie. Trzeba przyznać, że Paweł bardzo dobrze sobie z tym radził.
Po przygotowaniu krewetek. Należy przecisnąć kilka ząbków czosnku, wrzucić to na rozgrzaną oliwę z oliwek i dodać chilli. Na koniec dorzucić krewetki, dusić kilka minut, ozdobić posiekaną pietruszką i podawać na patelni razem talerzem z kawałkami bagietki.
Nie licząc przyrządzania krewetek potrawa jest szybka, łatwa i co najważniejsze smaczna. Tradycyjnie do tego butelka wina (np. Sangria) i życzę smacznego.

niedziela, 8 listopada 2009

GPB - Hiszpańskie ciekawostki i mity

Zanim przejdę do kolejnej wycieczki po Barcelonie, chcę opowiedzieć kilka ciekawych historii. Niektóre będą prawdziwe, pozostałe tylko po części. Ale myślę, że wszyscy lubimy ich słuchać tak długo, dopóki są ciekawe.


Tapas

Wszyscy o nich słyszeli, ale skąd się wziął nawyk jedzenia przekąsek. Zaczęło się od sjesty. Z tego znane są kraje śródziemnomorskie, a w szczególności Hiszpania. W założeniu sjesta miała trwać trzy godziny. Pierwsza godzina na jedzenia, druga na spanie, a trzecia na kochanie. Niestety jak to w życiu wyszło inaczej i Hiszpanie całe trzy godziny spędzali na... piciu. Po przerwie wszyscy wracali pijani i nie było możliwości dokończenia pracy. Wynikły z tego same nieszczęścia. Żeby zaradzić sytuacji wymyślono, że do każdego napoju podawany będzie jakiś posiłek. Nie było miejsca na pełny obiad, więc dodawano małe przekąski, na zimno lub na ciepło. Kładziono je na talerzu i przykrywano nim zamówiony napój. Słowo tapar po hiszpańsku oznacza "zakrywać", stąd pochodzi właśnie nazwa tapas. Będąc w Hiszpanii nie zapomnijcie choć raz udać się na małą wycieczkę po knajpkach, żeby spróbować tapas.

Dzisiaj byliśmy w małej knajpeczce i teraz z doświadczenia mogę napisać coś o tapas. Są różne, czasem zwykłe i proste do przyrządzenia, innym razem bardziej wykwintne. Podawane w małych ilościach, każde na osobnym talerzu. Jedzone przy stoliku albo przy barze. Tradycyjnie po zjedzenie, papierowe serwetki wyrzucamy na ziemię. To nie śmiecenie, to znak dla innych, że knajpa jest dobra i mają dobre jedzenie - przychodzi tu wiele gości. Do wyboru mamy oliwki, marynowane pieczarki, pa de tomaquet (chleb nasmarowany pomidorem, polany oliwą, podawany z ostrym serem lub suszoną szynką), grecka sałatka, chlebek z chorizo, anchois, ośmiorniczka z oliwkami, marynowane karczochy, małże z sałatką oraz wiele innych. My skusiliśmy się na te najbardziej dla nas oryginalne, czyli małże i ośmiornicę. Szczerze polecamy!


Paella dla niej

Potrawa pochodząca z Walencji, składająca się przede wszystkim z ryżu i warzyw. W zależności od typu dodaje się do niej drób lub owoce morza. A jak to się stało, że świat poznał tę potrawę?

Dawno temu był pewien młodzieniec, który do szaleństwa zakochał się w dziewczynie. Ona niestety odrzucała jego zaloty. Chłopak nie dawał za wygraną i nadal zalecał się do niej. Zmęczona tym wszystkim postanowiła pójść na ugodę: dać mu jedną szansę i jeżeli nie przejdzie próby, zostawi ją w spokoju. Testem miało być ugotowanie potrawy. Chciała się przekonać czy umie gotować. Uradowany młodzian, zamiast przygotowywać specjały w kuchni, poszedł się napić. Gdy obudził się rano, zorientował się, że jest już trochę późno, nie ma żadnych składników w domu, a sklepy (była to sobota) są pozamykane. Zdesperowany udał się do swoich przyjaciół i od każdego wziął jakiś produkt. Z powodu braku czasu poszatkował wszytko i wrzucił na patelnię. Gdy dziewczyna zjawiła się w porze obiadowej, dał jej spróbować potrawę, którą dla niej przyrządził. Był zupełnie zaskoczony, gdy stwierdziła, że jest to najlepszy posiłek w jej życiu i że chce z nim być. Gdy spytała o nazwę potrawy powiedział, że to para ella, co znaczy "dla niej". Z czasem nazwa potrawy przekształciła się w dzisiaj znaną na paella.

Ta historia jest romantyczną wersją. Prawda jest trochę inna, choć w sumie ciężko czasem dojść do tego, co w rzeczywistości jest prawdą. Niektórzy twierdzą, że paella powstała tak jak włoska pizza, z biedy. Z braku żywności rodziny spotykały się, każdy przynosił, co miał i gotowano to wszystko na patelni. Stąd też nazwa, po łacinie patella, a po katalońsku paella (w Walencji też obowiązuje kataloński). Jest też inna wersja mówiąca o służącym arabskiego króla, który gotował ryżowe potrawy z resztek pozostawionych po bankietach.


Po drugiej stronie korridy

Korrida czy też corrida de torros, popisowa walka z bykami. Nie będzie o matadorach, ani o ich strojach czy o historii. Będzie trochę o tym, jak straszna jest korrida. Broni się koni, które są przewożone w okrutnych warunkach. Kiedy dowiecie się o tym jak traktuje się byki, też będzie chcieli je bronić.
Na całe 24 godziny przed walką byk zamykany jest w ciemnym, ciasnym pomieszczenie. Gdy przychodzi czas starcia zwierzę wypuszczane jest zawsze w takim miejscu, żeby słońce świeciło mu prosto w oczy, oślepiając je. Przed wypuszczeniem byka łamie się mu żebra, żeby ciężko było mu nabierać powietrza. Dodatkowo kaleczy się go, żeby go osłabić. Zdarza się też, że poi się go alkoholem, żeby w czasie występu był pijany. Cała ceremonia składa się z 3 części. W pierwszej młodzi matadorzy mają za zadanie wbić małe dzidy w kark byka, żeby nie mógł podnosić głowy. Druga część to ta, którą najczęściej widzimy w telewizji. Wyczerpane, pokaleczone zwierzę biega za kolorową płachtą. Na końcu torreador zabija byka wbijając mu dzidę przez plecy prosto w serce.
Ja też byłem zaskoczony dowiadując się o tym. Tzn. wiedziałem, że jest brutalne, ale poznając szczegóły dowiedziałem się jak bardzo.


Elephant man

Prawo katalońskie jest dość oryginalne, a dokładniej tolerancyjne. Jeśli tylko masz ochotę poczuć się wolny i zdjąć z siebie wszystko, co masz na sobie. Proszę bardzo! Jest absolutnie legalne. Możesz paradować nago po ulicy. Jest tylko jedno "ale". Musisz mieć na sobie buty. Jeśli spotkacie kiedyś w Barcelonie jakiegoś golasa bez butów, możecie podejść i powiedzieć, że to jest złe. Powinien założyć buty, wtedy nie będzie miał problemów.
To jest trochę dziwne. Dziwniejsze jest to, że to nie tylko prawo. Ludzie naprawdę to wykorzystują. Jedną historię opowie wam Asia. Drugą opiszę teraz ja.
Czasem w centrum spotkać można człowieka, który chodzi prawie goło. Z daleka już widać, że nie ma nic oprócz kąpielówek. Gdy podejdziemy bliżej przekonamy się, że to jest tatuaż. Nie ma on na sobie nic. Tatuaż tylko udaję... ale nie! Nie udaję kąpielówek. Jeśli przyjrzeć się z bliska zobaczy się, że są to uszy. Uszy słonia wytatuowane na jego pośladkach, a z przodu jak to u słonia znajduje się.. trąba. To jest tak zwany elaphant man, czyli człowiek-słoń. Ale nie życzę wam go spotkać, wystarczy o nim wiedzieć ;)