Niedziela, 20.12 godz. 23:30
Jak byłam mała i jeździłam z rodzinką na wakacje gdzieś nad morze, to mieliśmy taki zwyczaj, że w dzień wyjazdu szło się na brzeg, szukało się jakiegoś kamyczka. Trzeba było pomyśleć życzenie i rzucić go do wody – jak najdalej się dało... Chyba zawsze to życzenie brzmiało: chcę tu wrócić... To było takie nasze pożegnanie z morzem i z tym miejscem, i ze wspaniale spędzonym czasem...
Dokładnie 12 godzin temu poszłam sobie na spacer. Najpierw do portu, potem na deptak wchodzący kawałek w stronę zatoki. Znalazłam kamyczek, rzuciłam ostatnie spojrzenie na to moje ulubione miejsce w Galway, a potem wyrzuciła kamień jak najdalej się dało. Mając w głowie jedno życzenie (a może raczej – postanowienie...?): 'Wrócić tu!'.
Potem przespacerowałam się jeszcze po Shop Street, tak spokojnej o tej porze dnia (wszyscy odsypiają poprzednio-nocne imprezowanie) i wróciłam do domu na Cill Ard. Ostatnie dopakowanie plecaka: szklanka Guinnessa znaleziona pewnego dnia na jakimś murku w środku miasta ;P , pamiątkowa karta pożegnalna od Caro, kieliszek irlandzki – świąteczny prezent od Markusa, moja kartka urodzinowa od współlokatorów... chyba już wszystko. I ostatnie spojrzenie na mój pokoik z niedziałającym kominkiem... Będę tęsknić. Wyszłam, zamknęłam drzwi, a klucz wrzuciłam przez lufcik na listy z powrotem do środka. Już nie ma odwrotu. Wyjeżdżam... ;(
Początek końca
Wszystko zaczęło się tydzień temu, kiedy wyjeżdżała Caro. W sobotę zrobiłyśmy z Niną pożegnalną kolację – ostatnią na której była cała nasza piątka. Caro kupiła każdemu z nas mały prezencik – świeczkę i kartkę – dla każdego inną, z paroma słowami pożegnania. Ja kupiłam flagę Irlandii, na której w ten dzień zaczęłam zbierać podpisy od wszystkich ludzi, którzy byli dla mnie tutaj ważni (to będzie taka cząstka Galway we Wrocławiu).
Następnego dnia zrobiliśmy wspólną 'Wigilię'. Tata Niny przysłał nam na Mikołaja masę słodyczy oraz grzane winko. Przyszedł też Markus i również obdarował nas prezentami.
Następnego ranka o 5:30 wszyscy w piątkę spotkaliśmy się w kuchni – pożegnać Caro...
Potem pożegnania trwały już przez cały tydzień. Wieczorne spotkania w pubach, pożegnalne toasty... a na mojej fladze zaczynało już powoli brakować miejsca ;)
Do załatwienia zostały oczywiście jeszcze erasmusowe formalności, czyli: zdobycie podpisów na zmianie Learning Agreement i Certificate of Attendance (potwierdzający dokładny okres pobytu na uczelni).
No i jeszcze zlikwidowanie konta w banku irlandzkim.
Wczoraj rano wyjechał François. Dzisiaj rano Nina, potem Clement... no i ja.
Tak, przyznaję – nie spisałam się najlepiej jeśli chodzi o pisanie na naszym blogu:/ Ale to chyba dlatego, że cały czas strasznie dużo się działo! Najpierw miałam czas odwiedzin (o czym zresztą wiecie – bo to była wasza sprawka ;D ), potem trochę uczelnianych spraw... I nagle zdałam sobie sprawę z tego, że czasu tu jest coraz mniej i że muszę tą końcówkę wykorzystać jak najlepiej!!!
No ale – postaram się nadrobić ;) Może będzie to trochę niezgodne z ideą – bo nie będą to wrażenia 'na bieżąco', a bardziej retrospekcja, no ale...
Nie wiem od czego zacząć ;P ostrzegam że będzie trochę dłuuugo...
National University of Ireland, Galway
Bycie na Erasmusie w kraju anglojęzycznym ma zarówno swoje plusy jak i minusy. Plus to coś, co oczywiście było moim celem – czyli podszkolenie angielskiego. Minus natomiast jest taki, że skoro nie ma bariery językowej – traktują tu Erasmusów tak samo, jak irlandzkich studentów. Konsekwencja – trzeba chodzić na zajęcia. Tym bardziej, że na kierunki IT na roku jest max 10 osób, więc większa ilość nieobecności zostanie raczej zauważona (zwłaszcza jak się jest jedyną dziewczyną...:| ). Ponadto wprawdzie funkcjonuje tu 'blackboard', czyli stronka na którą niektórzy wykładowcy wrzucają materiały i slajdy z wykładów, ale niestety niektórzy rozdają wszystko na wykładzie – właśnie po to żeby nas tam zwabić – co nieco komplikuje sprawy :P No ale koniec końców – chodzenie na zajęcia okazało się być całkiem dobrym rozwiązaniem, bo przynajmniej było się mniej więcej na bieżąco, no i ten język... ;)
Exams...
Najbardziej skomplikowanie wyglądała sprawa egzaminów. Na uczelni w Galway bowiem istnieje osobny oddział, zajmujący się planowaniem i organizowaniem egzaminów. Jeśli ktoś zapisze się na jakiś przedmiot – jest automatycznie zapisywany na egzamin z niego. Nie ma więc możliwości 'dogadania się' z prowadzącym: to ja zrobię jakiś projekt na zaliczenie i już. Sesja egzaminacyjna trwała od 07.12 – 18.12 i była poprzedzona 'tygodniem nauki' (czyli wolnym od zajęć). Rozkład egzaminów też jest ustalany odgórnie – na szczęście można się do tego odwoływać i prosić o przesunięcie któregoś. Niestety w swoich planowaniach trochę mało uwzględniają Erasmusów, którzy są zapisani często na kursy na różnych wydziałach lub z różnymi rocznikami. W konsekwencji chyba każdy z nas miał koszmarną siatkę – ja miałam 5 egz w pierwszy tydzień (1 egzamin dziennie) + ostatni w kolejnym tygodniu w czwartek. Egzaminy są organizowane w wielkich salach: na terenie NUIG: w centrum sportowym Kingfisher (1000 osób) i w Aras na MacLein – budynku Student Union (600 osób), oraz – uwaga uwaga – w salach konferencyjnych w 2 hotelach na Salthill (jedna 200, druga chyba 500 osób) – czyli po drugiej stronie Galway. Czułam się jakbym znowu pisałam maturę :P Naraz w jednej sali różni ludzie z różnych kierunków i wydziałów piszą różne egzaminy. Każdy dostaje swój numerek miejsca – przydzielany oddzielnie na każdy egzamin (ludzie z tego samego kursu siedzą koło siebie) – i dostaje swój arkusz zadań. 20 minut po rozpoczęciu egzaminu parę osób z komisji podchodzi z listą osób kolejno do każdego, sprawdza 'tożsamość' i zgodność danych (za brak legitymacji studenckiej płaci się karę 20 euro) i każe każdemu podpisać się na liście. Pół godziny przed zakończeniem egzaminu nikt już nie może opuścić sali aż do końca. Potem prace są zbierane i wkładane do odpowiednich kopert. Aha! Na salę nie można wnosić żadnych torebek, a za wniesienie telefonu komórkowego (albo w praktyce – za jego nie wyłączenie) płaci się karę 20 euro. I najgorsze – na wyniki czeka się do 15 stycznia.
Lecturer - my friend!!!
Nie wiem z czego dokładnie to wynika. Być może po części z formy samego języka angielskiego, w którym nie ma formy grzecznościowej 'per Pan', lecz do każdego zwracamy się 'you'. Być może z mentalności ludzi – bo z tego co zauważyłam to w Irlandii nie ma takiego dystansu do starszych ludzi (co nie oznacza że się ich nie szanuje! Nie! To oznacza tylko tyle, że można porozmawiać z panem który ma 50-60 lat jak z kumplem!). A może tak po prostu sobie zakodowali w głowach – że to wykładowca jest dla studenta, a nie odwrotnie. W każdym razie jeśli ma się jakikolwiek problem – nawet błahy – bez obaw można pójść się o to spytać każdego! To jest i dobre i złe (ehhh świat nie jest przecież czarno-biały). Dobre – bo nie doprowadza to do paranoi, które chyba czasem zdarzają się u nas – że ludzie boją się pytać. Ale z drugiej strony – Ci ludzie są tutaj po prostu prowadzeni za rączkę... Jeśli mają używać jakiegokolwiek nowego oprogramowania to najpierw dostaną slajdy na wykładzie – jak to zainstalować i jak utworzyć nowy projekt. Ok, może to i jest dobre – bo nie traci się czasu na rzeczy, które nie są ostatecznym celem. Ale w momencie kiedy jeden wykładowca powiedział nam: 'poszukajcie sobie informacji o czymś tam: wpiszcie w google taką a taka frazę' to już naprawdę zwątpiłam... W tym momencie zaczęłam doceniać PWR, która wiadomo, nie jest idealna, ale uczy nas myśleć i samemu szukać rozwiązań.
Co nie zmienia faktu, że dobre kontakty z wykładowcami często pomagają. Dla mnie największym fenomenem było to, jak oddałam kiedyś listę zadań na bazy danych – spóźnioną jakieś 3 tygodnie i bez zrobionego 1 podpunktu, no i z paroma drobnymi błędami – i dostałam 10/10 punktów :P Wystarczyło, że napisałam do Josephine maila i prośbą o przedłużenie terminu (nie wspominając już, że tego że samego maila napisałam już po terminie... :P ). Nie ma problemu ;)
Ze zrobieniem ostatniego zadania nie wyrobiłabym się przed egzaminami, więc umówiłam się z Josephine, że zrobię je po moim ostatnim egzaminie – do niedzieli. To jednak też mi się nie udało, więc jak już wyjeżdżałam napisałam jej maila, czy mogę to wysłać do 1-szego tygodnia stycznia (bo wiadomo – świąteczne przygotowania itp.). Jej odpowiedź:
'There is no need to do the last assignment. I can mark your assignments out of the three you have handed up. Enjoy being back at home and your holiday and don't worry about databases!' I jak tu nie kochać tych ludzi!!!Aha – kim jest Josephine? Wykładowczyni z baz danych. I tu kolejna śmieszna rzecz – do wykładowców mówi się nie tylko na "you", ale wręcz po imieniu. Oni potrafią napisać maila do studentów, zaczynając go 'Hi guys!' i zawsze podpisują się po prostu imieniem. Oczywiście jeśli to my piszemy pierwsi, to na początku, owszem, należy stosować formę grzecznościową: 'Dear dr Josephine Griffith(…) Your sincerely ...', ale jeśli oni nam odpowiedzą nieformalnie – to bez wahania możemy też przejść na taki styl. Szczerze – nie mogłam się do tego na początku przyzwyczaić. Ale teraz stwierdzam, że zburzenie tego muru między wykładowcą a studentem naprawdę ułatwia życie!
Wracając do 'dogadywania się'. Gdy miałam do napisania moje sławne wypracowanie na temat 'Software Engineering Ethics' na 3 tys słów i poszłam do Pat poprosić o przedłużenie terminu o tydzień, to skończyło się na tym, że gadałyśmy o jej synu, który robi w Katowicach doktorat (o tym, że na dodatkowy tydzień zgodziła się od razu nie muszę chyba wspominać :P ).
I love phrasals!!!
Ktoś mi kiedyś powiedział że phrasale są bleee ;P Ale w takim razie jak inaczej powiedzieć takie zdanie:
'Już to rozkminiłam, skończę to dzisiaj, wydrukuję i oddam Feargalowi'
jak nie tak:
'I've figured it out already and I'll finish it up today. Then I'll print it out and hand it in to Feargal' :D:D:D
A tak na poważnie – to zauważyłam, że naitivi naprawdę kochają phrasale – i używają ich ciągle! A wiadomo, że najlepszym sposobem nauki słówek to po prostu zacząć ich używać.
A mój ulubiony phrasal to właśnie rozkminiać, czyli 'figure out' ;)
W nawyk weszło mi też: 'actually' – zastępujące moje 'generalnie' :P
Oraz 'grand!' - co jest akurat ciekawostką – słówko zapożyczone z języka irlandzkiego i używane bardzo powszechnie w Irlandii zamiast 'great! ;) ' To tak zamiast mojego: 'ale czad!' ;)
To tyle na dzisiaj. CDN... ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz