Jeśli w połowie grudnia zobaczy się na poboczu zmarzniętego stopowicza wnioski mogą być dwa: mamy do czynienia z człowiekiem drogi uzależnionym od podróży albo z biednym studentem, wracającym do domu na święta. Ja zaliczałam się do obu tych grup, toteż uśmiech nie znikał z mojej twarzy, kiedy staliśmy wraz z Jacentym na drodze wyjazdowej z berlińskigo lotniska Schönefeld dzielnie próbując łapać stopa.
Jeżeli ktoś z Was kiedykolwiek straci wiarę w ludzi mam dla niego prostą radę: niech wrzuci do plecaka śpiwór, dwie kanapki i uda się na najbliższą wylotówkę. Tam należy spokojnie stanąć na poboczu i... zacząć łapać. Jechałam już ludźmi różnych narodowości, w mercedesach i ciężarówkach, z biznesmenami i robotnikami. Ale zatrzymanie auta przez kolejnego kierowcę zawsze niezmiennie napełnia mnie wiarą w ludzi.
Droga do polskiej granicy minęła szybko na rozmowie o pracy w policji, studiach i wędzeniu szynki. Potem juz tylko 4 autobusy, 3 godziny pociągiem i jesteśmy w domu (jeśli ktoś z Was straci kiedyś wiarę w pkp niestety nie mam dla niego rady. Jeśli ktoś jakąś zna sama chętnie posłucham :)
I w końcu - jedyne miejsce, w którym człowiek czuje się jak w domu. Tak jakby kawałek Ciebie zostawał tutaj, czekając, aż wrócisz. Ale przecież tu nie chodzi tylko o swojski śnieg pokrywający drogi, ani o to, że zna się każdy kąt. Najważniejsi są Ci, dla których warto wstawać o 3 nad ranem, spędzać 7 godzin na przesiadkach i wracać stopem z Berlina w grudniu. Bo to przecież dzięki Wam warto wracać:)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz