Postanowiłem zderzyć polskie wyobrażenie Mikołajek z hiszpańską rzeczywistością. Było trochę inaczej niż myślałem...

Oczywiście świąteczne szaleństwo już się zaczęło i w pewnym stopniu jest podobne do naszego. Z tą różnicą, że jest większe. O tej porze roku widać, że jest to ponad półtora milionowe miasto (nie licząc ponad 3 milionów w całej aglomeracji). Wieczorem można mieć wrażenie, że całe miasto stoi w jakiejś wielkiej kolejce, która zjada swój ogon. Stoją wszyscy, tzn. ruszają się, ale tempem ślimaczym.
Wszyscy gonią za zakupami: ozdoby, prezenty, choinki i sam nie wiem, co jeszcze (oni chyba też nie wiedzą dokładnie).
Znajdziemy tu oczywiście wszystko czego dusza zapragnie. Są choinki, fakt, że czasem fioletowe. Szeroki wybór szopek. To akurat jedna z ich tradycji. Na głównym placu przed katedrą rozstawił się wielki targ świąteczny (Fira de Sant Llucia), gdzie kupić można szopki. Właściwie to skolekcjonować, bo każdy element kupuje się oddzielnie. Szopki na każdą kieszeń!
A co wyróżnia Mikołajki w Barcelonie?
Po pierwsze różnica pogodowa. Dziś było 20 stopni. Fakt, że nie takie letnie dwadzieścia, bo w T-shircie nikt nie chodził, wręcz przeciwnie. Takie późnojesienne dwadzieścia stopni. Chłodny wiatr zmuszał do ubrania bluzy i długich spodni. Hiszpanie oczywiście poobwijani szalikami i w kurtkach. Ale nie ma się im co dziwić, to jedyny okres, kiedy mogą sobie kurtkę ponosić.
Z powodu słońca w Mikołajki - które wypadły w niedzielę - ludzie jeździli na rolkach, rowerach, deskach, siedzieli w parkach na ziemi jedząc obiad, pływali łódeczkami po jeziorku, grali w piłkę. Żonglerzy ćwiczyli z piłkami, dzieci grały w pin-ponga, psy ganiały za papugami, a artyści znów grali na ulicach. Wszyscy spacerowali po bulwarach czy po parkach w cieniu palm lub pomarańczy.


Wieczorem wszyscy przenieśli się w okolice centrum, szczególnie ulice, gdzie są sklepy. Całe rodziny ustawiały się w kolejkach do sklepu z churros, powodzeniem cieszyły się stragany z lokalnymi produktami czy elementami świątecznymi. Tuż obok wielkiego targowiska dzieci biegały za unoszącymi się w powietrzu bańkami, a inne ustawiały się w kolejce, żeby poklepać patykiem Tió.
Co? Tió de Nadal. W Katalonii nie ma Mikołaja, tu prezenty przynosi ktoś inny. Jest nim krótka kłoda drewna, nazywana Tió (po katalońsku oznacza to pień, polano). Współczesna wersja to kawałek drewna (zwykle korkowego), z dwoma przednimi nóżkami, dużym uśmiechem i czerwoną czapeczką (małą wersją barretiny, katalońskiej czapeczki). Tradycja nakazuje, żeby dawać codziennie tió coś do jedzenia i przykrywać go kocykiem. Gdy przychodzą święta stuka się go patykiem i śpiewa piosenki, żeby "wyrzucił" różne łakocie: orzechy, mató (rodzaj białego sera), turrón.
Właśnie dziś na samym środku placu gromadziły się dzieci tworząc wielką kolejkę, żeby postukać patykiem gigantyczną kłodę śpiewając wspólnie piosenkę.

Wieczorem całe miasto to wielka rzeka ludzi, płynąca we wszystkich kierunkach. Na każdej małej uliczce świecą się lampki, każda uliczka ma inne. La Rambla oczywiście też jest oświetlona. Na jej krańcu napisane są życzenia świąteczne w kilkunastu językach. Nauczę was po katalońsku: Bon Nadal i Feliç Any Nou.

Skoro już wspomniałem, to powinienem wytłumaczyć czym jest turrón (albo torró po katalońsku). Są to słodycze orzechowe w formie kostki, robione głównie z miodu, cukru i jajek. Istnieją dwie tradycyjne wersje: duro (twarda) - pianka z białek wymieszana z miodem i orzechami; blando (miękka) - składniki te same, ale wszystko jest zmielone i przypomina trochę chałwę. Istnieją oczywiście różne inne wersje: turrón de coco (kokosowy), turrón de yema (jajeczny), turrón de trufa (z pianką) czy turrón de chocolate.
Tradycyjnie jada się go na święta. Ale skoro do świąt jest już blisko czas spróbować lokalnych smakołyków.
Nie są to jedyne łakocie jakie je się z okazji świąt. Oprócz turrón jest jeszcze mantecado, to coś jak szkocki shortbread. Istnieje mnóstwo odmian tego "ciasteczka": de almendras (migdałowe), de canela (cynamonowe), de cacao (kakaowe) lub de limon (cytrynowe).
Na koniec dołączam jeszcze słowa piosenki, jakby ktoś chciał wprowadzić do domu tradycję stukania w drewienko. Pamiętajcie, że na słowach "Caga tió" trzeba uderzyć mocniej!
Caga tió, sinó et donaré un cop de bastó!
Torrons d'avellana, torrons de pinyó... Caga tió!
Torrons d'avellana, torrons de pinyó... Caga tió!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz