Kawka na mieście w jednej z ulubionych kawiarni (Meson del cafe), zakupy i do domu. W zasadzie byliśmy tam tylko chwilę, bo trzeba biec na spotkanie związane z projektem z inżynierii oprogramowania. Po dwóch godzinach niezrozumienia i wielu pytaniach bez odpowiedzi, umówiliśmy się na następny dzień z resztą grupy. Czasem między narodowa współpraca bywa trudna, szczególnie kiedy nasi hiszpańscy nauczyciele próbują napisać coś po angielsku. Kiedyś się pofatyguję i wrzucę kilka plików "po angielsku". Też się pośmiejecie.
Wieczorem, tradycyjnie pierwszy obiad musiał być hiszpański. Talerz z jamon i chorizo, pa amb tomaquet, wszystko popijane obowiązkowo sangrią i cavą (katalońskim szampanem). Plotki do późna.
Następny dzień był dla nas uczelniany, a dla Michała barceloński. Nawet bardzo, bo wrócił późno, aż się zacząłem martwić. Ale trzeba przyznać, że przeszedł niezłą trasę! My w tym czasie walczyliśmy z przeciwnościami losu starając się zaliczyć semestr. Tu miejsce na małą dygresję. Znalazłem kolejny powód, dlaczego lubię moją hiszpańską uczelnię. Dnia 4 grudnia w głównym hallu naszego fakultetu rozdawali płyty z Windows 7. Dodawali do tego bacadillo con jamon (kanapkę z mięsem) i radler (mieszanka piwa i lemoniady). Byłem lekko zaskoczony kiedy mój wykładowca z baz danych podawał mi piwo z szerokim uśmiechem. Ale może tak to już jest z tymi "bazodanowcami".
W piątek do miasta pojechaliśmy razem. Spacerowaliśmy kilka godzin wielkimi bulwarami wysadzanymi palmami i pomarańczami (mimo grudnia, nadal z owocami). Niestety w mieście wylądowaliśmy w godzinach sjesty. W zasadzie nie powinienem używać tego słowa. Katalończycy są przecież pracowitymi ludźmi - nie to, co południowcy z Andaluzji - i nie mają sjesty, tylko przerwę obiadową. Jak zwał, tak zwał. Na Placa Reial nadal fruwały zielone papugi, a na Placa de Jaume zbudowano już szopkę. W okolicy znaleźliśmy cukiernię i wypróbowaliśmy kolejne hiszpańskie łakocie.
Tym razem xuixo de crema (hiszp. suso). Słodkość podobna do naszego pączka, z tą różnicą, że składa się z wielu warstw. Stworzona w Gironie w latach dwudziestych przez cukiernika zainspirowanego francuskim chou à la crème. Wiąże się z nim pewna legenda. Dotyczy ona akrobaty, el Tarlà, który w latach czterdziestych zabawiał mieszkańców. Zakochał się on w córce cukiernika. Podczas składania jej wizyty zjawił się jej ojciec. Akrobata schował się w worku z mąką, ale po krótkim czasie zaczął kichać, robiąc "xui-xui" (czyt. cziu-cziu). Żeby nie denerwować ojca, wyszedł z worka, obiecał ożenić się z córką i dał ojcu przepis na ciastko: xuixo - nazwane tak, ze względu na to kichanie.
W czasie niektórych świąt można zobaczyć lalkę przedstawiającą akrobatę, w tych miejscach, gdzie przed laty zabawiał mieszkańców Girony.
Standardowo wycieczka na Boquerię. Byłem tam tyle razem i za każdym razem mnie zaskakuje! Tym razem znaleźliśmy kuropatwy i króliki. W całości, upolowane i do sklepu. Pióra, futro, wszystko na miejscu, tyle, że nie żyje. Miś zakupił różowy sok, wyciskany z pitayi i kokosa. Dał spróbować i muszę przyznać, że warty degustacji.Trafiliśmy w okolicy katedry i na nasze szczęście normalnie płatne wejście do katedry, było szeroko otwarte. Po środku krużganków stała szopka. Dwanaście gęsi - symbolizujące męczeńskie lata życia świętej Eulalii (powinno być ich trzynaście) - gęgały na całe gardło. Obejrzeliśmy też środek i powiem tylko, że byłem pod wrażeniem. Może z zewnątrz katedra nieskończona, ale środek jest cudowny. O szczegółach może w kolejnym wpisie.
Następnie mała wycieczka po targu, ale ze względu na ilość ludzi uciekaliśmy z głównych uliczek. Schowaliśmy się na ostatnim piętrze El corte ingles, popijając kawę podziwialiśmy już świątecznie oświetloną Barcelonę. Jest urocza!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz