Wiem, że straaasznie dawno nie pisałem, ale to wina tego, że ciągle nie mam internetu. Ale teraz wynalazłem świetny sposób na jego wykorzystywanie, no ale wpis miał być nie o tym. Wpis będzie o życiu.
Żyję sobie spokojnie w La Lagunie, jednak pewnego dnia trochę się zdenerwowałem. Wymyśliłem, że wezmę deskę i pojadę na Bajamar... czarną dziką plażę dla surferów. Teraz wiem, że to był mój pierwszy i ostatni samotny raz na surfingu. W każdym razie deska pod pachę, ręcznik do plecaka i jedziemy. Na plaży jak zwykle pogoda dopisywała. Wiało, przez co fale były naprawdę świetne:) Udało mi się parę z nich złapać, jednak tylko te przybrzeżne, bo były zbyt silne, żebym umiał się przez nie przebić na głębszą wodę. Jednak się nie poddawałem, ale zmęczenie wzięło górę. Poszedłem odpocząć na brzegu, smażyłem plecy i patrzyłem na profesjonalistów. Obserwowałem jak oni pokonują przybój. Wtedy nabrałem nowych sił i postanowiłem spróbować podpatrzonych technik pokonywania fal. Wskoczyłem do wody i ochoczo wiosłowałem. Fale były wieelkie. Ciągle mnie przykrywały, miałem problemy z oddychaniem. Stwierdziłem, że robi się mało przyjemnie, postanowiłem wracać do brzegu. Niestety, okazało się, że nie tylko z falami będę musiał walczyć. Miałem wrażenie, że jestem blisko od brzegu, niestety ciągle znosił mnie prąd. Zauważyłem niebezpieczne skały w pobliżu i zaniepokojony chciałem od nich odpłynąć. Nigdy tego nie zapomnę. Wiosłowałem w stronę brzegu ile sił w rękach, a cofało mnie. Wtedy przestraszyłem się na poważnie. Skały, które były moim zagrożeniem okazały się także jedynym ratunkiem. Zeskoczyłem z deski i mocno się jej trzymając podpłynąłem do najbliższej skały. Oczywiście ciągle przykrywały mnie fale, miałem coraz większy problem z łapaniem oddechu. Widząc, że naprawdę ciężko mi będzie dopłynąć gdziekolwiek spojrzałem na plażę, gdzie widziałem rodziny z dziećmi, surferów z dziewczynami. Wszyscy szczęśliwi, a ja walczę o życie... Naszła mnie refleksja, że jakbym faktycznie zginął w głębinach, oni nadal szczęśliwi nic nie zauważą i dalej będą się bawić. Wtedy zacząłęm leko panikować. Oddech był już strasznie szybki i nierówny. Jednak w końcu fale poniosły mnie delikatnie w kierunku skał i udało mi się dryfując na desce uniknąć zderzenia z nimi i w końcu stanąć na jakiejś. Oczywiście ciągle byłem ponad pas w wodzie. Chciałem złapać trochę oddechu i zacząć iść po skałach w strone brzegu. Niestety coś mi przeszkodziło. Poczułem zbliżającą się fale i jedyne, co zdążyłem zrobić, to przeklnąć i to nawet nie pod nosem. Nie byłem wkurzony, ani pod wrażeniem fali. Przekleństwo miało wyraz strachu. Oczywiście nie ustałem w miejscu, bo fala załamała się na mnie. Jej siła cisnęła mnie pod wodę. Przekoziołkowałem parę razy pod wodą i naprawdę nie pamiętam jaką częścią ciała ile razy uderzyłem o skały. Nie wiedziałem, co się dzieje. Nie wiedziałem, gdzie jest powierzchnia a gdzie dno. Po prostu się odbijałem jak kulka we fliperze. Przeczucie było słuszne. Fala zniosła mnie bliżej brzegu, a prąd nie zdążył porwać mnie z powrotem, bo już stałem dumnie na skale. Cały obolały, nadal lekko przestraszony, ale szczęśliwy, że nie oberwałem w głowę. Nie pamiętam kiedy, ale zainteresował się mną jeden surfer. Zajęło mu trochę czasu dojście do miejsca, w którym stałem. Był przestraszony. Pytał, czy wszystko gra, czy nie zrobiłem sobie krzywdy. Chciał mi pomóc, ale zdołałem sam sie stamtąd wydostać. Nogi mi się trzęsły. Jednak nie czułem bólu. Stwierdziłem, że mogę być w szoku i miałem tylko nadzieję, że się nie połamałem. Kiedy już stanąłem na stałym lądzie, moje pierwsze pytanie: "Deska mi się lekko popsuła. Wiesz jak można to naprawić?". On na to: "Człowieku olej deskę! Nic ci nie jest? Nie oberwałeś w głowę, możesz chodzić?". Kiedy już go uspokoiłem, pogadaliśmy chwilkę o naprawie i o technikach pływania. Wróciłem do swoich rzeczy i... zobaczyłem, że wszystko jest mokre. Mimo, że położyłem rzeczy nie na plaży, a za skałkami. Fale były na tyle duże, że zdołały dosięgnąć moich rzeczy. Są dni, kiedy plaża ma szerokość 10 metrów a i tak ma fajne fale. Rozłożyłem je na dalszych skałkach i usiadłem spokojnie. Wtedy poczułem ból w nodze. Już wiedziałem, że szok minął. Cały obolały rozejrzałem się po rzeczach, żeby poszukać telefonu. Zadzwoniłem do Eli się "wyżalić", ale coś mi nie pasowało. Dopiero po chwili zorientowałem się, że mam tylko jednego buta. Zapytałem dziewczyny siedzącej obok, czy widziała drugiego. Rozmawialiśmy po hiszpańsku, więc z odpowiedzi zrozumiałem tylko, że fala była naprawde duża i nie wie co się stało. Złapała swoje rzeczy i uciekła. Zrozumiałem, że mój but jest gdzieś w oceanie. Jednak mając nadzieję, zrobiłem spacer po plaży próbując go znaleźć. Na próżno. Obolały wróciłem do swoich rzeczy. Po jakimś czasie postanowiłem wracać. Ubrałem mokre ciuchy, schowałem deskę do mokrego pokrowca i poszedłem kamienistą drogą na przystanek autobusowy, na boso i kulejąc. Wszyscy mnie wyprzedzali, ale wisiało mi to. Chciałem tylko dojść do domu. W pewnym momencie słyszę, jak ktoś mówi do mnie po angielsku. Podnoszę głowe i jakiś człowiek pyta, czy pożyczyć mi buty. Przyjąłem podarek. Tylko dzięki niemu wdrapałem się z powrotem na ulice do przystanku autobusowego. W czasie drogi dowiedziałem się, że jego dziewczna czytała książkę, kiedy on sam surfował. Kiedy przyszła ta wielka fala - która skradła mi buta - jemu ukradła spodnie, a jego dziewczynie buty. Jakośmy się wdrapali i podziękowałem ładnie dobremu człowiekowi. Udałem się na przystanek, oni z kolei do samochodu. Po chwili czekania słyszę klakson i jakieś krzyki. Podnoszę głowę i widzę znajomą parkę. Krzyczą do mnie, czy z nogą w porządku i czy mogą mnie gdzieś podrzucić. Było mi naprawdę miło. Podziękowałem ładnie i pojechali w swoją stronę. Ja spokojnie wróciłem do La Laguny, żeby potem przez jakieś 30 minut obolały wspinać się na górę, na której mieszkam. Kiedy ostatecznie dotarłem. Nie miałem siły szukać kluczy. Zadzwoniłem do drzwi. Otworzyła mi Kasia i mówi, że ciągle pamięta ten widok. Obolały, zmęczony, przemoczony i bez butów. Przywitałem ją tekstem "prawie umarłem".Ten wypadek to na pewno jakiś znak, na pewno nie jest bez znaczenia. Problem w tym, że do końca nie wiem co oznacza. Wiem tylko, że muszę nadal cieszyć się życiem takim jakim jest, bo wcale jutro nie jest takie pewne. Wiem także, że surfing i ocean w ogólności nie są wcale takie bezpieczne na jakie wyglądają i trzeba zachować szczególną ostrożność, żeby nic się nie stało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz