Ustawka w Barcelonie. A dokładniej sylwester w Barcelonie. Elę i Jacka G. przywieźliśmy ze sobą autkiem - 24 godziny autem (w tym 2 godziny na obiad we Francji i godzina w korkach). Dominika z Kasią ściągnęliśmy z Teneryfy i jest nas tu szóstka. "Teneryfianom" oczywiście zimno (jest 18 stopni), "Wrocławianom" ciepło, a my tu czujemy się tak normalnie, można powiedzieć właściwie.
Dzień, w którym przyjechaliśmy, spędziliśmy na plotkach, toastach i powtórce z Wigilii. Na stole pojawiły się przywiezione z Polski (czyt. babcine) pierogi, bigos, karpik, itd. Same pyszności!

Wczoraj zwiedzaliśmy Barcelonę. Zlataliśmy całe centrum, prawdziwe szaleństwo. Rano kawa albo gorąca czekolada, świeże owoce, potem na targowisko, świeżo wyciskane soki z różnych dziwnych owoców, spacer małymi uliczkami Barri Gotic, hiszpańskie słodkości, sklepy ze wszystkim, wielka torebka churros. Dużo fajnych wrażeń. Wieczorem zakupy i do domku na obiad.

Obiadek był kanaryski. Papas arrugadas z dwoma sosami: mojo rojo i mojo verde. Czyli ziemniaki gotowane w bardzo słonej wodzie (na Kanarach gotowano kiedyś w wodzie morskiej, chyba z powodu braku słodkiej wody). Do tego dwa ostre sosy. Obydwa robione z oliwy z oliwej, octu i czosnku. Do zielonego dodać trzeba zieloną paprykę i kolendrę, a do czerwonego paprykę chilli. Najlepiej zrobić je używając blendera. My używaliśmy nowego blendera, który przywieźliśmy z Polski, razem z masą innego sprzętu :)
O tak! Papas brzmi zdecydowanie lepiej niz kartofle! ;)
OdpowiedzUsuńKiedy pozdrowienia dla konia? :P