piątek, 11 grudnia 2009

W tę i z powrotem, czyli rzecz o podróżach i odwiedzinach

Kolejny wpis będzie rozprawą o odwiedzinach:) Byłem u Eli w Irlandii. Była u mnie moja rodzina. Poza tym ciągle mamy w domu jakichś gości. To znajomych dziewczyn, to ludzi z couch surfingu, ale po kolei...

Couch Serfing

O tej formie podróżowania usłyszałem już jakiś czas temu. Miałem nawet możliwość zobaczyć jak to wygląda, bo odwiedzając koleżankę w Krakowie wpadliśmy do jej znajomej. Nagle zrobiła się z tego dobra impreza. Po chwili przyjechały zapowiedziane couch surferki. Walnęliśmy się wszyscy, gdzie się dało: na łóżkach, materacach, karimatach, kocach. Spało nas tam naprawdę dużo. Ja spałem z koleżanką na dość skromnym, dmuchanym materacu i było trochę ciasno. Następnego dnia rano przyjechały kolejne dwie dziewczyny. Już wtedy spodobał mi się ten pomysł. Jednak na tym się skończyło.
Jak wspominałem dziewczyny przynależą do tej społeczności i spraszają do nas różnych ludzi. Mieliśmy już amerykanina studiującego w Anglii, kilku polaków, 3 francuzów i kanadyjczyka. Ogólnie w domu mieszkają cztery osoby, były noce kiedy spało nas łącznie 10 osób.Od miesiąca nie było nocy, kiedy spalibyśmy tylko w czwórkę. Jak wiadomo są różni ludzie. Niektórzy ciekawi, a niektórzy nudni. Jednak chodzi o to, żeby pomóc innym i samemu móc na pomoc liczyć. Najbardziej do gustu przypadli mi goście z Polski, którzy przyjechali tutaj szukać pracy i mieszkali u nas pare dni, dopóki nie znaleźli mieszkania. Ogólnie straszni podróżnicy, szczególnie jedna z dziewczyn, Magda. Mieszkała prawie rok na Majorce. Teraz na rok jest tutaj na Teneryfie. Lubię słuchać opowieści z podróży. Wtedy i mnie nabiera ochota, żeby się gdzieś wybrać.
Ale, ale... Asiu! Ona kręci pojkami! Jak na razie dwa razy udało nam się razem pobawić. W planie mamy spotkać się u nich w Los Cristianos (bardzo turystyczne miasto). Ja będe grał, ona będzie kręcić i będziemy zbierać kase na wino. Parę dziewczyn chciało jeszcze do tego tańczyć. Być może jeszcze jeden kolega "zarażony" ode mnie - kiedy w końcu znajdzie prace - kupi bęben i będziemy grać razem.
Moje współlokatorki zanim mieszkały z nami, mieszkały na couchu. I co? Teraz mają na wyspie bardzo fajnego kolegę. Zawsze mogą przyjechać i się u niego przekimać albo wybrać z nim pod namioty. Tak wiem, jest grudzień, ale i tak można spać na dworze.
Ogólnie couch surfing to świetny pomysł i szczerze polecam korzystanie z tego rodzaju wypoczynku!

Tłok

W związku z ciągłymi odwiedzinami, albo byciem w rozjazdach, spotykamy się wszyscy z pojęciem tłoku.Tak jak mówiłem, w naszym domu może spokojnie i bez problemów spać naprawdę dużo osób. Na porządku dziennym jest co najmiej jeden lub dwójka gości. Bez problemów mamy też cztery osoby gratis. Nasz rekord to szóstka gości + nasza czwórka. Jeszcze nie było ciasno. Ciasno jest w kuchni albo łazience. Wyobraźcie sobie jedną łazienkę i kolejkę 10 osób. Czasem to naprawdę trudne.
Najbardziej podobała mi się impreza w Los Cristianos na plaż. Siedzieliśmy i piliśmy. Było fajnie. Potem wszyscy udaliśmy się do domu Polaków, których wcześniej gościliśmy u siebie. Jest ich czwórka. Spali sobie smacznie w swoich pokojach. A reszta? Spała tam nasza czwórka, 3 Francuzów, Kanadyjczyk, Irlandczyk i jeden Polak: 4 + 10 = 14. Z czego 10 osób spało w małym salonie na materacu, łóżku i niezliczonej ilości poduszek koców i karimat.
I jeszcze jedna rzecz odnośnie naszych Polaków. Panuje w świece powszechne przekonanie, że Polak Polakowi, to zrobi wszystko, co najgorsze, jeśli spotkają się za granicą. Owszem, ale stwierdziliśmy, że to wcześniejsze pokolenie. Wtedy, kiedy wyjeżdżało się za pracą i każdy wie, że nie było lekko. Kolejny polak, to konkurencja, niestety. Ale my to nowe - że tak powiem - nieskażone pokolenie. Bardzo chętnie sobie pomożemy.
Nasi znajomi z Los Cristianos też są bardzo gościnni. Pomijając fakt, że spało u nich tyle osób, jest jeszcze jeden Mateusz, który przyjechał tu szukać pracy. Na razie mieszkał u koleżanki, którą poznał na erasmusie w Polsce. Ponieważ mieszka ona w mało turystycznej części wyspy, więc musiał pojechać na południe, gdzie w parę chwil znalazł prace. Nie miał tylko gdzie mieszkać. Ponieważ linie autobusowe strajkowały, nie należało im ufać i jeździć codziennie do pracy przez całą wyspę (w czasie strajków zamiast 1-2 godzin zajęło nam to na przykład 5 lub 6). Akurat rozmawiał z moją współlokatorką. Ona siedziała koło mnie. Ja miałem numer do Magdy - czyli jednej z polek na południu. Łańcuszek poleciał i po chwili Magda odbiera telefon: "Cześć, nie znamy się, ale czy mógłbym u was zamieszkać na parę dni?". Oczywiście, że mógł! Swoją drogą, niedługo wprowadzi się do nas na jakiś czas, bo po dwóch dniach pracy usłyszał: "Nie mam pieniędzy, żeby cie utrzymać, do widzenia"

Irlandia

Irlandia. Co mogę na ten temat napisać. Wiadomo, co się działo, chociaż działo się mało. Byłem bardzo szczęśliwy z możliwości odwiedzenia Elżbiety. Ale jednak było to za krótko. Nie było kiedy pogadać i do dziś czuje straszny niedosyt. Elu, gotuj się, bo w Barcelonie ci nie odpuszczę. Nie będzie tłumaczenia się: "jutro mam zajęcia".
Ale tak, to prawda, że deszcz potrafi padać poziomo. To nie żaden mit, wymysł, czy przesada. Sam go widziałem i jestem w stanie zaświadczyć, że tak było. Padał poziomo i w dodatku bolał. Byłem pewien, że to zaczął padać grad. Ela wyprowadziła mnie z błędu: to tylko deszcz. Do tego dnia nie znałem prawdziwego znaczenia tego słowa. Była to jednodniowa wyprawa górska i mimo, że miałem teoretycznie nieprzemakalne spodnie i kurtkę. Byłem cały mokry. Bardzo mi się podobało mimo wszystko. Tak jak mowie, jedyny minus to brak czasu. Byłem tam za krótko! Ale plus taki, że Elżbieta obudziła we mnie na nowo zamiłowanie do gotowania. Na Teneryfie nie miałem czasu, ani chęci, żeby coś przyrządzać.

Rodzina

Tak! Jedyna, niezawodna. Jak na razie tylko mama z siostrą mnie odwiedziły. O tym, że przyjadą, wiedziałem od dawna. Przyznam szczerze, że miałem wątpliwości, czy odwiezą mnie inni,. Na szczęście już mnie wyprowadzili z błędu. Chwała im za to!
Ciekawostka: mieszkasz na wyspie nie dłużej 3 miesiące, a naprawde ją poznajesz i zwiedzasz z gośćmi. Od przyjazdu nie zwiedziłem tyle, co z rodziną w tydzień. Inna ciekawa sprawa, że nigdy nie nawijałem tyle po hiszpańsku. Prawda jest taka, że kiedy masz gości - którzy nic nie umieją albo umieją totalne podstawy - wiesz, że musisz mówić, więc mówisz. Byłem w stanie dowiedzieć się jak gdzie dojechać, na którym przystanku wysiąść. Nawet porozmawiałem chwilkę na temat roślinności. Generalnie rodzina mówiła "phi... w ogóle się nie uczysz, zobaczymy jak nawijasz po hiszpańsku". Udało mi się zrobić wrażenie. Chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że jest on naprawdę słaby. Jednak cieszę się z tego, że mówię. To jest najważniejsze! Nie ważne jak, ważne, że mówisz. Na gramatyke zawsze będzie czas!


Tak, wiem, że nie jest tego za dużo. Na zdjęcia też przyjdzie czas. Na razie nie mam internetu na kompie. Nie mam go w domu. Muszę robić wielkie wyprawy do biblioteki, więc niestety mam utrudnione zadanie. Kiedyś wrzucę jakieś foty.
A i jeszcze jedno. Pamiętam jak lecieliśmy do Włoch na parę dni, jak podziwiałem Asię za zorientowanie na lotnisku. A teraz? Jestem w stanie zorientować się na każdym lotnisku i dać sobie radę zarówno po angielsku, jak i po hiszpańsku. Ewentualnie uważnie czytając napisy, ogłoszenia i informacje:)

1 komentarz:

  1. O! To moze ja zabiore swoje poje z Polski i bedziemy mogly krecic razem... A potem w wielkim kotle zrobimy sangrie z naszego zdobycznego wina:D!

    OdpowiedzUsuń