Kulinarne szaleństwo
Kolejny raz, kiedy wymyślamy coś dziwnego do jedzenia. Przez naszych gości, była to potrawa teneryfska. Jak powiem jak to się robi, to nie będzie wielkiego wow, ale mimo wszystko, było smaczne. Wystarczy zrobić zwykłe naleśniki, z małą różnicą: zamiast wody, trzeba użyć koktajlu z bananów! Nie ma się co dziwić, że powstało to na Teneryfie - miejscu gdzie łatwiej o banany niż o pitną wodę ;)

Żeby był akcent hiszpański, przyrządziliśmy też andaluzyjski chłodnik. Taki prawdziwy, bo w końcu mamy blender. Smakuje to trochę jak sałatka warzywna, ale jest w płynie. Skład to same warzywka: cebula, pomidor, papryka, ogórek i czosnek. Podawać mocno schłodzone. Orzeźwia i syci jednocześnie.
My gotowaliśmy, a nasi goście dzielnie zwiedzali miasto. Narobili tyle kilometrów, że zacząłem się o nich martwić, ale wrócili. I na szczęście byli na tyle głodni, że całe kulinarne szaleństwo zniknęło.
Ostatni dzień
Nadszedł ten ostatni dzień. Późno poszliśmy spać, opuściliśmy żaluzje na sam dół, żeby słońce nas przypadkiem nie zbudziło. Nadszedł ten ostatni dzień roku i chcieliśmy być wyspani. Pobudka po godzinie 13. Mnie obudził Piotrek, który przyszedł z butelką szampana i życzeniami noworocznymi. Tak się złożyło, że przy okazji zaprosił nas na nie swoją imprezę, zaznaczając, że mamy zrobić coś do jedzenia.
Jak już wszyscy się obudzili, zjedli śniadanie, około 16. wyruszyliśmy na zakupy. Oprócz jedzenia, zaopatrzyliśmy się na wieczór. Wspaniałe jest to, że można tu dostać wszystko. Alkohole z całego świata. Wpadliśmy na pomysł zrobienia caipirinhi. Jedyny problem jaki zwykle się spotyka to dostanie cachacy - brazylijskiej wódki (która smakuje trochę jak gin jak dla mnie). Ale oczywiście tu jest wszystko, bez problemu ją dostaliśmy i to nawet w cenie dobrej polskiej wódki.

Kiedy wróciliśmy trzeba było się już uwijać, za 2 godziny wychodzimy, a trzeba coś zjeść, ja zająłem się obiadek, a dziewczyny przyrządziły genialny sernik. Przed wyjściem wpadł jeszcze Piotrek, zapaliliśmy fajkę pokoju, wodną, ale też fajkę. I w drogę!

Impreza sylwestrowa, była erazmusowa, czyli międzynarodowa. Mieszanka zewsząd, co dziwne oprócz hiszpańskiego i angielskiego, królował francuski. Każdy coś przyniósł i można było spróbować naprawdę dziwnych rzeczy. Oczywiście nasz sernik zniknął w pierwszej kolejności!

Dochodziła północ, więc musieliśmy wychodzić, chcieliśmy być o dwunastej w Barcelonie. Biegiem dostaliśmy się do stacji, akurat na czas. Wsiadamy razem z inną ekipą, która też była na tej samej imprezie. Nasza szóstka Polaków, siódemka Francuzów i dwójka Włochów. I zaczął się konkurs śpiewania. Każdy z swoim języku.

Tak śpiewająco znaleźliśmy się na "Kataluni", która była ogrodzona. Jako, że mieliśmy w plecaku szklane butelki, nie mogliśmy wejść. Znaleźliśmy alternatywną trasę wzdłuż Rambli, aż na wybrzeże.
Jak dotarliśmy do portu wybiła dwunasta. Plażę sobie darowaliśmy, najważniejsze, że jesteśmy razem. Siedliśmy na ziemi, zrobilimy drinki (2 szampany zostawiłem przez nieuwagę w lodówce) i za Nowy Rok!
Pół godziny później, niektórzy szaleni przedstawiciele naszej ekipy kąpali się w morzu. Potem udaliśmy się do znanej-i-lubianej chupiterii, czyli miejsca, gdzie można spróbować ponad 360 drinków. Lokal ma może 20 metrów kwadratowych, ale 2 ochroniarzy i 5 barmanów. Wieczorami jest tam zawsze tłok, ale nie ma się co dziwić. Shoty robią genialne!

Około drugiej w mieście zaczął się robić nieprzyjemny rozgardiasz, więc udaliśmy się w kierunku przystanku autobusowego, gdzie oczywiście spotkaliśmy znów szalonych Francuzów, a właściwie same Francuzki :)
Jak minął ten Sylwester? W Barcelonie i najważniejsze, że razem :)
Dzień po
Bawiliśmy się kulturalnie i ciężkiego wstawania nie było.
Tak przy okazji powiem, że upić się w Barcelonie, to wyrok. Wtedy już na bank cie okradną. Idzie się przez Ramblę i czuje, jak ludzie za tobą kombinując, jak się dostać do twojego plecaka. Ja miałem przy sobie tylko jedzenia i picie, więc rozczarowaliby się trochę. 10 metrów przede mną rozpinali człowiekowi plecak. Poinformowałem go o tym, ale za bardzo się nie przejął. Bardziej przejęli się złodzieje, którzy w tym czasie udawali, że zbierają pieniądze, które im niby wypadły. Potem musiałem przed nimi uciekać. Taka z tego nauka, żeby się nie upijać w Barcelonie, a jeżeli już, to żeby nie mieć przy sobie niczego. Wtedy się mniej traci, jak cie okradną ;)
Wracając do wstawania. Nie było ono też wczesne. W zasadzie cały dzień spędziliśmy leniwie. Wylegując się i oglądając filmy.
Umówmy się... w Barcelonie
Tego dnia mieliśmy się spotkać z kolejnymi znajomymi. Oni też spędzali Sylwestra w Hiszpanii. Zabawnie jest się tak nie widzieć się dość długo i ustawić w Barcelonie.
Ruszyliśmy wszyscy do miasta, w planie było jeszcze zwiedzanie nieodwiedzonych miejsc. Park Güell - można być pewnym, że znajdzie się tam coś interesującego. Tym razem też tak było. Masa grających na przeróżnych rzeczach artystów. Największe wrażenie robili "Mañaners" - grupa czterech muzyków z taką radością na twarzach. Ciężko było ustać w miejscu słysząc ich muzykę! Polecam sprawdzić YouTube'a i MySpace'a!

Potem wycieczka pod Sagradę Familię i do głównego miejsca wszystkich spotkań. Przywitaliśmy się z Marcinem i Anią i umówiliśmy na wieczór, oni chcieli poszukać sobie noclegu. Oczywiście nasze 30 metrów kwadratowych na 8 osób było aktualne ;)
Na ostatnim piętrze El Corte Ingles - gdzie jest świetna panorama Barcelony - wypiliśmy gorącą czekoladę. Wieczorna wycieczka po mieście i trafiliśmy tam, gdzie zawsze: Ovella Negra, miejsce, gdzie można wypić najlepsza sangrię w mieście.

c.d.n.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz