poniedziałek, 23 listopada 2009

Los dias locos

Przez ostatnie kilka dni gościł u nas Paweł i dużo się działo. W pierwszy dzień nasz gość sam zwiedzał miasto, bo mieliśmy jeszcze uczelnianą robotę do zrobienia, ale wieczór był wolny.
Zaprosiliśmy znajomych Hiszpanów, wcześniej z Polski przywieźliśmy im trochę naszych słodyczy: marcepan, chałwę, cukierki. Jak przyszli okazało się, że nie jedli obiadu. Postanowiliśmy coś ugotować, ale nie byle co! Coś naszego: placki ziemniaczane. Ponieważ chcieliśmy naszych gości nauczyć gotować coś polskiego, plan był taki, żeby to oni robili jedzonko. My tylko powiedzieliśmy im jak.

Po niecałych 2 godzinach na stole wylądowały dwa talerze złotych placuszków. Myślę, że do tej pory wszyscy zgłodnieliśmy jak wilki, to pewnie dlatego po chwili talerze były puste. Później była degustacja polskich łakoci i trunków, które też przywieźliśmy ze sobą. Największe wrażenie zrobiły chyba nalewki naszych babć.

Drugi dzień był dla Pawła dniem zwiedzania, a potem dla nas oboje dniem zakupowym. Biegaliśmy po całym mieście wybierając produkty na obiad. Świeże krewetki kupione na targu Boqueria, oliwki z dzielnicy Born. Po drodze degustacja hiszpańskim wyrobów cukierniczych i świeżych soków (polecam, kosztują 1€, a smaki mają szalone).
Po drodze spotkaliśmy studentów erazmusowych z innego uniwerku, którzy robili na Placa del Rei happening. Układali z kartek wielki napis Somos el mundo (jesteśmy światem). Na kartkach były narysowane lub napisane różne hasła: "Hablas espanol?" czy "Erasmus?". Absolutnie pełna dowolności treści i języka. Chcieli zrobić taki duży napis i zgromadzić wokół ludzi trzymających się za ręce. Pozytywna inicjatywa. Zaprosili nas do współpracy i razem z nimi zaczepialiśmy przechodniów. Nawet nie wyobrażacie sobie ile osób można spotkać w ciągu kilku minut. Pierwszy raz w życiu słyszałem galicyjski na żywo. A po napisaniu kilku słów po polsku, jakaś turystka rozpoznała, że to polski. Byłem pod wrażeniem, ludzie zwykle nie wiedzą, gdzie dokładnie jest Polska. Nie mówiąc już, że nasz język brzmi dla większości jak rosyjski.
Mimo pory roku Barcelona nadal tętni życiem. Szczególnie jeśli chodzi ulicznych artystów. Miło było posłuchać trąbki w wąskich uliczkach oświetlonych latarniami. Dużym zaskoczeniem był też hiszpański-rosyjski zespół grający na ulicy jazz. W jego skład wchodziła trąbka, banjo i... pianino. Na ulicy!!

W sobotę wybraliśmy się wszyscy razem na szwendanie się po mieście. Koło magicznej fontanny odwiedziliśmy wystawę Barbie. Kto by przypuszczał, że ona ma już 50-tkę na karku. Po pokonaniu kilkuset schodów (w większości ruchomych) przywitał nas piękny widok na miasto z hiszpańską gitarą w tle.


Stamtąd spacer przez całe miasto do portu, gdzie energiczny zespół grający w stylu Manu Chao sprawiał, że nie można było ustać w miejscu. Nogi same tańczyły! Tuż obok, na wybrzeżu rozstawił się weekendowy targ, gdzie można kupić masę oryginalnych rzeczy: maski weneckie czy ręcznie szyte ubranka dla dzieci. Obok stali nieśmiertelni Peruwiańczycy, którzy są jakąś plagą. Gdziekolwiek się nie pojedzie w Europie, oni tam są!


Mały spacer po ciasnych uliczkach Barcelonety i po raz kolejny trafiliśmy na artystów rzeźbiących w piasku na plaży. To, co oni potrafią zrobić z piasku przekracza mą wyobraźnię! Ciężko nie być pod wrażeniem.


Zmęczeni i głodni wróciliśmy na stare miasto. Bocadillo con queso (kanapka z serem) zabiła pierwszy głód. W pobliżu Placa del Pi znaleźliśmy wspaniałe miejsce: chorroteria, czyli miejscie gdzie smaży się churros. Nie takie jak w knajpie, ale świeże. Usmażyli je na naszych oczach. Kiedy je dostaliśmy jeszcze parzyły. Jeśli jesć churros to tylko takie!
Wstąpiliśmy do herbaciarni, ale miejsc nie było. Małe kółeczko i znów jesteśmy przy churroterii. Kolejna porcja, a czemu by nie! Tym razem dokupiliśmy jeszcze wersję zamoczoną w czekoladzie. Też pycha!


Znaleźliśmy inną herbaciarnię, tym razem było dla nas miejsce. To niesamowite, że knajpki, które mają 7 stolików potrafią być rentowne. Tej wielkości była właśnie herbaciarnia Salterio. Każdy z nas zamówił inną herbatkę: te de kukicha, te blanco, te gen mai cha. Tę ostatnią zamówiłem ja. Była to herbata z ryżu i kukurydzy. Naprawdę oryginalna, trochę jak popcorn i dmuchany ryż w płynie. Dostaliśmy 3 dzbanuszki i wymienialiśmy się herbatami.


Idąc po obiadowe zakupy natknęliśmy się na placu katedralnych na pokaz sardany, tradycyjnego katalońskiego tańca. Ludzie tańczą w kółeczku, trzymając się za ręce. Tam było kilka kółeczek, bo było około 100 osób!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz