niedziela, 1 listopada 2009

Los invitados

Jak wiadomo jedną z najbardziej cieszących rzeczy jaka jest, kiedy mieszka się już u siebie, są goście. Skończył się okres naszego szalonego podróżowania i teraz trochę mieszkamy "na swoim". Przyszedł czas na odwiedziny i gości. I to nie byle jakich, najważniejszych. Mianowicie rodzinkę. Mam nadzieję, że Asia w wolnym czasie - którego mamy co raz mniej - zdąży opisać nasze podróże z jej rodzinką, która odwiedziła nas tydzień temu. Ja tymczasem zupełnie na świeżo napiszę o naszych ostatnich wyprawach.

W środę przyjechały do nas dziewczynki: moja mama i jej przyjaciółka. Wysiadły na hiszpańskiej ziemi i przeżyły szok termiczny. Nie taki, który przeżywamy wskakując do basenu. Odwrotny. Kiedy je spotkałem miały na sobie warstwy ubrania niczym cebula. Ja tymczasem tradycje t-shirt i krótkie spodenki. Pierwszy dzień to tradycyjnie godziny opowiadań, wycieczka po kampusie. Dostaliśmy sporą dawkę polskiego jedzenia, za którym jednak się tęskni. W końcu nic nie pobije polskich kotletów i pierogów.
W dzień drugi, po krótkich instruktażu, wyposażone w mapy dziewczyny wyruszyły w miasto. My zostaliśmy na uczelni - w czwartek musimy się pojawić na uczelni.

Piątek był już wolny i wszyscy razem pojechaliśmy do Barcelony. Szczerze mówiąc był to mój pierwszy pełny dzień w mieście i w końcu miałem okazję zobaczyć co nieco . To kolejny duży plus gości - zwiedzanie razem z nimi. Na początek wycieczka do parku Guell. Pierwszy szok, co ci wszyscy turyści robią tu pod koniec października. Czy ludzie nie mają pracy, a dzieci szkoły. Jestem ciekaw czy jest taki okres kiedy nie ma turystów. Ale może to jest tak jak z La Rambla. Ludzie są tu zawsze.
O Gaudim opowiadać nie będę. Odsyłam do przewodników. To czego (chyba) nie piszą to np. fakt, iż pod kolumnami, gdzie nie szwenda się tak wielu turystów można spotkać Hiszpana grającego spokojne melodie na gitarze. W innym miejscu starsza para tańczy tango, na boisku obok dzieciaki biją się dla zabawy. Sprzedawcy torebek i okularów przeciwsłonecznych uciekają przed patrolem policyjnym, a na okolicznych palmach skrzeczą zielone papugi.

Z parku ruszyliśmy w kierunku Rambli z zamiarem obejrzenia wszystkich domów Gaudiego, jakie znajdują się po drodze. Zanim do tego doszło trafiliśmy na małą piwiarnię. Oprócz piwa serwują oczywiście przekąski, kanapki i - to, co interesowało nas najbardziej - kawę. Wracając do zwiedzania. Znaleźliśmy pierwszą willę. Czerwona cegła, zielone kafelki, do tego nie pobite. Takie to mało jak Gaudi, ale jednak widać, że jego. Dookoła żelazny płot, przed drzwiami wielki szary, perski kot. Drzwi okazały się być otwarte. Dziesięć kroków dalej spotkałem - jak się chwilę później okazało - właścicielkę domu. Kto by przypuszczał, że ten dom jest prywatny? Dziewczynka siedziała razem ze swoją brazylijską koleżanką na zewnątrz. Jak się okazało willa jest ich własnością od dawna (koniec XIX wieku) - kupił ją jej pradziadek. Wtedy były to przedmieścia Barcelony. Dom był pierwszą poważną pracą Gaudiego (wtedy jeszcze nie używał potłuczonej ceramiki). Tylko sobie pomyślcie jak to jest mieszkać w takim małym "zameczku" (4 poziomy, ponad 1000 metrów kwadratowych).
Pożegnaliśmy się z właścicielką i ruszyli na oglądanie reszty dzieł Gaudiego - tych bardziej popularnych. Patrząc na ilość ludzi, która chce je obejrzeć i cenę za bilet (16€) wolę oglądać je z zewnątrz. Przespacerowaliśmy się bulwarami i małymi uliczkami (polecam ulicę Gracia). Trafiliśmy na targowisko - samo oglądanie tego jedzenia to przygoda. Ale na oglądaniu się nie skończyło. Zrobiliśmy zakupy z postanowieniem zrobienia hiszpańskiej kolacji. Po powrocie Asia wzięła się za przyrządzanie Sangrii (o niebo lepsza od kupnej). Dziewczynki przygotowywały tortilla de patatas. A ja usiłowałem zrobić gaspacho używając zamiast miksera moździerza. Na deser natomiast mieliśmy szaloną mieszankę owocową. Aż musiałem sobie zapisać, co jedliśmy. Deser składał się z owoców (pitaya, codony, caquis, daktyle) i lodów, wszystko polane porto.

Wrzucam na szybko zdjęcia. Resztę opowiem jutro.



Kolejny dzień naszego zwiedzania minął nam w domku, a gościom w akwarium. Mówiły, że jest warte zobaczenia. Spotkaliśmy się wieczorem w najbardziej popularnym miejscu, czyli przed kawiarnią Zurich na Placa de Catalunya. Szybki spacerek na Placa d'Espanya (szybki, bo było mało czasu). A gdzie się nam tak spieszyło? Na pokaz! Tak jak my we Wrocławiu na Pergoli mamy swoją fontannę z efektami świetlnymi, tak barcelończycy mają swoją. Ich jest trochę starsza, bo zbudowano ją z okazji wystawy światowej w latach trzydziestych. Przed olimpiadą przeszła renowację i dziś możemy podziwiać ten piękny pokaz. Muszę obejrzeć naszą wrocławską, żeby mieć porównanie. Z pewnością ta jest ładniej usytuowana. Znajduje się pod wzgórzem Montjuic. Pokazy Font Màgica są organizowane przez cały rok 4 razy dziennie.

Stamtąd pospacerowaliśmy sobie bulwarami
wcinając jadalne kasztany - tradycja z okazji Tots sants (Dnia Wszystkich Świętych). Za 12 sztuk zapakowane w gazetę zapłacimy 2,5€. Można kupić je na rogu ulicy lub od ciemnoskórych szepczących castanyes torrades (pieczone kasztany).

Ostatnim punktem naszej wyprawy była knajpka położona niedaleko La Rambla - La Ovella Negra (Czarna owca). Jest to miejsce, gdzie w miara tanio (ale nieluksusowo, co nam absolutnie nie przeszkadza) można napić się dobrej sangrii. Najlepiej zamówić jarra, czyli prawie dwulitrowy dzbanek. Barman zapyta nas, ile chcemy kubków i dołoży za darmo miseczkę popcornu. Jest to bardzo dobre miejsce na zaczęcie klubowego wieczoru. Tylko trzeba przyjść wcześnie, żeby były jeszcze miejsca. Tzn. hiszpańsko wcześnie, nie o ósmej, ale powiedzmy przed jedenastą.

1 komentarz:

  1. Jeszcze raz dziękujemy gospodarzom za bardzo serdeczne przyjęcie!! Było wspaniale zwiedzać z Wami Barcelonę!! "DZIEWCZYNKI" :)

    OdpowiedzUsuń