Zacznę od najbardziej popularnego miejsca. Chyba każdy tu zaczyna swoją przygodę z Barceloną. Chcąc nie chcąc jest to główny węzeł komunikacyjny, więc przyjeżdżając do miasta zwykle zahaczymy o Placa de Catalunya. Pod ziemią kryje się masa tuneli, a co jest na górze? Ogromny okrągły plac, dookoła fontanny. Drzewka, ławeczki, turyści karmiący gołębie (trochę jak na krakowskim rynku). Wieczorem jest to miejsce spotkań, w nocy miejsce gdzie cię okradną, w okresie koncertowym buduje się tu scenę. A w ciągu dnia jest to główny cel wszystkich zakupoholików. Na okolicznych bulwarach (Carrer de Pelai w stronę uniwersytetu, Avinguda del Portal de l'Angel w stronę katedry) znajdziemy wszystkie popularne światowe marki. Oczywiście na samym placu znajduje się największy dom handlowy - 10-poziomowy El Corte Ingles. Na każdy piętrze coś innego: ubrania, meble, dywany, książki, kosmetyki, itp. Dosłownie wszystko! Oczywiście jak potrzebowałem znaleźć jakąś książkę to nie mieli, ale okazało się, że 2 minuty piechotą dalej jest kolejny taki sklep (i wybór książek mają gigantyczny). Nawet jeśli nie wybieramy się na zakupy warto jest się wybrać na ostatnie, dziewiąte piętro tej wielkiej jak statek budowli. Podziwiać stamtąd można piękną panoramę Barcelony. Za jedyne 1,30€ może zamówić cafe con leche, rozkoszować się dobrą kawą i podziwiać okolicę. Jeśli ktoś ma grubszy portfel i akurat jest głodny na pewno znajdzie coś dla ciebie w restauracji.

Jak już zjedziemy z powrotem te 9 pięter i przejdziemy koło kawiarni Zurich - która jest głównym miejscem wieczornych spotkań (coś jak wrocławski pręgierz) - możemy ruszyć na drugą stronę Ramblas. No właśnie, czemu piszę Ramblas, jakby było ich wiele, a przecież zawsze mówi się La Rambla. Otóż prawda jest taka, że ta znana La Rambla składa się z 5 pięciu mniejszych. Obydwie nazwy są poprawne i obydwie można zobaczyć na murach. Zaczynając od strony "Kataluni" (jak w skrócie nazywamy ten plac) wchodzimy na Rambla de Canaletes, której nazwa pochodzi od stojącej tu fontanny Font de Canaletes. W pewnym sensie jest ona odpowiednikiem rzymskiej fontanny di Trevi. Legenda głosi: "Aquél o aquélla que beba de su agua volverá a Barcelona", czyli kto napije się z niej wody, powróci do Barcelony. Oczywiście fontanna nie jest tak okazała, bardziej przypomina uliczną lampę z 4 kranami, ale grunt, że jest. Jest to również ważne miejsce spotkań kibiców FC Barcelony. Oprócz tego zwykle można spotkać tu pucybuta, więc jeśli ktoś czuje, że jego buty nie błyszczą jak słońce, ma okazję to zmienić. Oczywiście na tym odcinku kradną jeszcze bardziej. Nie będę tego już więcej pisać, żeby nie było nudno, po prostu starajcie pamiętać o tym!

Następny odcinek deptaku to Rambla dels Estudis. Miejsce jest dość specyficzne. Znajduje się tu wiele stoisk ze zwierzętami. Można tu kupić gryzonie, rybki, a przede wszystkim ptaki: papugi, gołębie, kury. Przez te ostatnie ulica ta nazywana jest też Rambla dels Ocells (ptaków).
Kolejny fragment znów nosi nazwę od artykułu, który jest tam sprzedawany - Rambla de les Flors. Niegdyś było to jedyne miejsce, gdzie sprzedawano kwiaty. Dziś stragany pełne świeżych ciętych kwiatów dodają kolorów otoczeniu. Na tym fragmencie znajduję się również Mercat de Sant Josep, wspaniały targ, gdzie można kupić niesamowite produkty. Ale uważam, że zasługuje on na osobny wpis.

Ramblas del Caputxins to następny odcinek bulwaru. Tu po drodze miniemy po prawej stronie operę. Ulicę dalej mamy po prawej Palau Guell. Budynek zaprojektowany oczywiście przez Gaudiego (hrabia Guell był wierny swojemu konstruktorowi, mimo, że jego prace nie zawsze go zachwycały). Na szczególną uwagę zasługuje wejście do budynku (paraboliczna brama z żelaznymi drzwiami) i przede wszystkich "kominy" znajdujące się na dachu, ozdobione porozbijaną ceramiką, tak typową dla Gaudiego. Niestety wejście do górnej części budynku jest "tymczasowo" zamknięte. Przez "tymczasowo" należy rozumieć do kwietnia 2011 roku.
Jeśli zamiast skręcić na prawo do pałacu hrabiego, wybierzemy ulicę po lewej stronie trafimy do Placa Reial, ale proszę nie idźmy tędy na razie. Do tego miejsce jeszcze wrócimy - zasługuje na specjalną uwagę.
Podążając dalej w kierunku pomniku Kolumba na środku Placa del Portal de la Pau (czyli na tak długo oczekiwany koniec Rambli) przechodzimy przez Rambla de Santa Monica. Tutaj znajdziemy wszelkiego rodzaju malarzy. Portrety, karykatury, sztuka abstrakcyjna. Dalej po prawej stronie jest centrum sztuki. Ja trafiłem na wernisaż fotografii, polecam, może też uda wam się trafić, na coś wartego uwagi. Wejście za darmo! Tymczasem po lewej stronie znajduję się Museu de Cera (muzeum figur woskowych). Podobno nie tak okazałe jak Madame Tussauds, ale za to jest bliżej niż Londyn. Wejście niestety płatne i to nie mało (12€/os.). Za to wejście to sąsiadującej kawiarenki jest darmowe i warto chociażby się przez nią przejść. Wystrój przypomina trochę zaczarowany las entów. Leśny wystrój, wesoła muzyka przypominająca pluskanie strumyczka, kolorowe żuki z origami. Nie bez powodu kawiarnia została ochrzczona El Bosc de led Fades (las wróżek).
Tym właśnie sposobem dotarliśmy na drugi koniec Rambli. Jeśli już tu jesteśmy to drugi koniec jest teraz przy "Kataluni", ale poczekajcie. Jeszcze nie wracajcie! Skoro te 1,2 km jest za nami. Warto udać się nie opodal do małej knajpki o nazwie Bar Celta (skrzyżowanie Carrer de la Merce i Carre d'Avinyo). Mamy tu okazje zjesc siedząc przy długiej ladzie na wysokich, barowych krzeslach. Trzeba uważać, bo wieczorem jest straszny tłok. Jest to pulpeteria, oznacza to, że podają tam pulpo, czyli ośmiornicę. Był to mój pierwszy raz, kiedy jadłem coś takiego. Musze powiedzieć, że mięso ośmiornicy jest bardzo dobre, delikatne. Nie ma co się brzydzić tymi dziwnymi różowymi mackami. Talerz pulpo a la gallega najlepiej zamówić jest z patatas bravas, czyli ziemniakami. Cały zestaw kosztować nas będzie 13€. Tylko poproście, żeby nie robili tego na ostro!

Inną rzeczą, którą warto spróbować - ale nie w knajpce, tylko w piekarni - jest coca de vidrio. Ciastko o długości 30 centymetrów, o smaku przypominającym trochę nasze pierniczki. Jest długie, szerokie i płaskie. Właśnie swoim gabarytom i polewie lukrowej zawdzięcza swoją nazwę (vidrio oznacza szybę). Można je kupić w każdej piekarni za ok. 1,3€. Warto spróbować!
Należy jeszcze dodać, że na całej długości Rambli spotkać można szalonych ulicznych artystów, którzy zrobią najbardziej szalone rzeczy, żebyś chciał wrzucić im chociaż 10 centów. Dlatego właśnie możemy spotkać tam wróżki albo panów przebranych za wielkie kolorowe motyle (?). Jest też człowiek górnik, człowiek bez głowy i wielkie złote gryfy. Długo można by wymieniać, artyści mają wciąż nowe pomysły.

To tyle na pierwszy raz. Moją przygodę, o tym jak uciekałem przed prostytutką, opowiem w następnej części.
Super!!!Szkoda tylko,że nie pisałeś tego przewodnika przed moim i Twojej mamy przyjazdem do Barcelony. Co nieco nam umknęło :) Pozdrawiam Ciebie i Asię!! T.
OdpowiedzUsuń