Raz na jakiś czas zdarza się sytuacja, w której musimy użyć hiszpańskiego nie znając go jeszcze. Poniżej opisałem kilka. Myślę, że w przyszłości pojawią się następne, a póki co...
Pół kilo oliwek
Nasza pierwsza wyprawa do Barcelony, która odbyła się tuż po przyjeździe, polegała na szwendaniu się małymi uliczkami. Tak jakoś zawędrowaliśmy do małego sklepiku z rybami, serami, winami i oliwkami. Te ostatnie zainteresowały nas najbardziej. Panowie w sklepie krzątali się bardzo szybko i ciężko było złapać któregoś z nich. W końcu jeden powiedział nam coś i poszedł dalej. Dezorientowani staliśmy na środku sklepu. Mobilizacja i idziemy się wypytać, o co tu w ogóle chodzi. Okazało się, że najpierw trzeba wziąć numerek i czekać na swoją kolej. Trochę jak w polskich urzędach. Gdy przyszła kolej na nasz numerek, pan ekspedient nas wywołał i spytać co chcemy. Oczywiście oliwki, ale kupić trzeba od razu pół kilo. Była ich masa, różne kolory, różne wielkości, różne smaki. Zaczęliśmy degustację i po kilku próbach decydowaliśmy się małe, smaczne oliweczki.
To była nasza pierwsza praktyczna lekcja hiszpańskiego. Przyznam, że na następną nie trzeba było długo czekać.
Wartościowy plecak
Następna lekcja odbyła się tego samego dnia. Siedzieliśmy pod pomnikiem Kolumba czekając na znajomych. Zaczęło padać, więc wszyscy pochowali się, gdzie tylko się dało. Była to tylko wrześniowa mżawka, szybko przeszła. Wróciliśmy pod pomnik, tym razem nie było tam już nikogo. Przykucnęliśmy pod pomnikiem, worek oliwek w ręce, plecak pod nami. To był pierwsza próba okradzenia nas. Asia już o tym pisała. Jakoś się udało odzyskać plecak. Nie straciliśmy niczego, a było co do stracenia: butelka wina, opakowanie chipsów i świeżo zakupiony El Pequeño Principe. A gdzie w tym wszystkim hiszpańskim? Chwilę później spotkaliśmy policjanta, któremu próbowaliśmy wytłumaczyć co się stało.
Ta, nie tamta
Czasem sytuacje są bardzo banalne, ale nawet takie czegoś uczą. Wybrałem się do biblioteki, żeby wypożyczyć jedną książkę, a oddać drugą. Sprawa niby prosta: mam dwie i chcę je tak jakby zamienić. Musiałem tylko wytłumaczyć pani Hiszpance, że "ta, nie tamta jest do wypożyczenia". Oczywiście zawsze można pomachać dużo rękoma i jakoś przekazałbym informację, ale nie był bym sobą, gdybym nie skorzystał z możliwości nauczenia się czegoś. Powiedziałem więc, że tę przeczytałem i było już jasne, że ją oddaję (devolver), a tę drugą pożyczam (coger). Teraz jak idę to biblioteki, do zawsze mogę powiedzieć jedno zdanie więcej (Quiero coger este libro).
Mejor
Nauczenie się dwóch czasowników nie wystarczyło. Życie chciało mnie nauczyć więcej tego dnia. Był to pierwszy deszczowy dzień od dawna, a my wybraliśmy się do AlCampo na większe zakupy. Pobiegłem szybko po wózek na zewnątrz, masa kałuż, a wózków brak. Wracam do środka i próbuję swoich szans na dolnym poziomie. Drugi krok na ruchomym chodniku i przez chwilę poczułem się na Neo w pierwszej części Matriksa. Leciałem i bum. Ratowałem się ręką, ale dostał przez to łokieć. Tak właśnie trafiłem do pobliskiej apteki, gdzie razem z Asią staraliśmy się wytłumaczyć miłej pani Urugwajce, jak to się stało i co można by z tym zrobić. Pani się bardzo przejęła. Kręciła się wokół mnie zostawiając innych klientów. Ogólnie pełen profesjonalizm. Wypuściła dopiero kiedy kilkakrotnie powtórzyłem, że jest już lepiej (Me siento mejor). Po całym zajściu stwierdzam, że przydałoby się większe słownictwo z zakresu "Upadłem, boli, jestem alergikiem", bo nigdy nie wiadomo, co się może przydarzyć.
czwartek, 22 października 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz