sobota, 10 października 2009

Wszędzie dobrze, ale najlepiej... na lotnisku

Tytuł oczywiście z przymrużeniem oka. Chciałem się podzielić wrażeniami z tego miejsca, z którego przeważnie odlatujemy samolotem, ale nie tylko. Do naszego odlatywania oczywiście też doszło, ale zanim to nastąpiło. A było to tak...

W godzinach porannych wyruszyliśmy z naszego maltańskiego hotelu. Tak, wiem, za chwilę ktoś spyta jakiego hotelu, miało być tanie podróżowanie, a tu hotel. Jak się okazało miejsce w 5-osob. pokoju w hostelu na Malcie kosztuje o 1,5€ taniej niż hotel. I to do tego w dwuosobowy pokoju z łazienką ze śniadaniem (ręczniki wymieniali codziennie). Polecam Astra Hotel w miejscowości Sliema. Alternatywy znajdziecie tutaj. Wracając do wyruszania z hotelu. Obsługa okazała się bardzo miła, zorganizowała dla nas śniadanie pół godziny wcześniej. Z Malty wylecieliśmy nie jak jeszcze nie grzało zbyt mocno. Wysiadka w Gironie i... tu zaczyna się przygoda z lotniskiem.

Kupując bilety za euro jakieś 3 miesiące wcześniej nie myślałem, żeby zsynchronizować jakoś wyjazdy. Dzień po Malcie mieliśmy wylot do Irlandii. Doszliśmy do wniosku, że powrót do Barcelony da nam tylko kilka godzin w domu, więc nie warto. Tak właśnie zaczęły się nasze 22 godziny na lotnisku. Tu należy wyjaśnić, że lotnisko w Gironie, nie tylko nie jest blisko Barcelony, ale nie jest też blisko Girony. Mimo tego, że wylatuje stamtąd ponad 90 samolotów dziennie, lotnisko nie jest duże. Jest sklep z gazetami, restauracja, 2 płatne stanowiska z Internetem, 7 wypożyczalni samochodów i 3 pary drzwi z napisem "wyjście".

Po 2 godzinach przespanych na trawce w pobliżu jednej z wypożyczalni aut, wróciliśmy do klimatyzowanych wnętrz lotniska. Powoli zaczął doskwierać głód. Oczywiście jest restauracja, ale 4€ za kanapkę, którą się nie najem brzmi bezsensownie. Po dwóch rundach dookoła lotniska rzuciłem propozycje pojechania do Girony, za bilet zapłacimy tyle co za kanapkę, a można będzie pójść do normalnego sklepu na porządne jedzenie i pozwiedzać miasto.

Dwadzieścia pięć minut jazdy autobusem dalej byliśmy na miejscu. Szybko znaleźliśmy znajomego i lubianego LIDLa, gdzie kanapka kosztuje niecałe euro. Wybraliśmy pieniądze z bankomatu i poszliśmy zwiedzać miasteczko. Nie wiem czy z powodu zmęczenie, czy dlatego, że widzieliśmy dużo pięknych miejsc na Malcie, ale nasza ocena Girony jest dość krytyczna. Jeśli macie spędzić 22h na lotnisku to śmiało możecie tam jechać, a w innym wypadku niekoniecznie.


Innym powodem, dla którego piszę o lotniskach jest możliwość spotkania tak ludzi i wysłuchania ich opowieści. Wyjeżdżając do Girony spotkaliśmy czwórkę Polaków, którym właśnie uciekł samolot do Poznania. Siedzieli sobie wesoło na ziemi, nie świadomi tego, że powinni stać w kolejce do odprawy - na ekranie nie wyświetlili numeru ich bramki i nie zdążyli. Wracali do Barcelony.
Kładąc się wieczorem spać ułożyło się koło nas dwóch chłopaczków. Jak się okazało jeden z nich, Hiszpan pochodzący z Asturias (tam, gdzie robią cydr), spędził poprzedni rok na Erasmusie w Katowicach i zwiedził w tym czasie większość Polski.
Drugi z nich był Marokańczykiem, który pracował rok w Turcji i właśnie wracał z Mali, gdzie reklamował swoje "biuro podróży" dla młodych. Opowiadał trochę historii o złodziejach w Barcelonie, o swoim kraju i innych ludziach poznanych na lotniskach.

Girona jeśli chodzi o spanie nie jest najgorsza. Poczwórne siedzenia mają materiałowe obicia, które nie przewodzą zimna. Ma to szczególne znaczenie w nocy. W Hiszpanii jest ciepło, więc można przetrwać noc w t-shircie, ale jeśli śpi się na kamieniu czy metalu nie ma szans, bez karimaty się zmarznie. Przerabialiśmy to na lotnisku w Porto - pięć godzin przewalania się z boku na bok, w końcu zasnąłem leżąc na własnych rękach. W Gironie było lepiej, nawet nie potrzebowałem bluzy. Dwa plecaki pod głowę i lulu. Siedzenia się nie wbijały, tylko światło dawało po oczach (w Porto zgasili na noc). Rano porządkowi budzili tych, którzy spali na ziemi. A trzeba przyznać, że ludzi była masa. My na szczęście wcześniej zajęliśmy wygodne, bezpieczne miejsca.

Rano samolot do Brukseli (lotnisko Charleroi). Lot krótki, ale przeniósł nas w trochę inny świat. Zimno, mglisto i deszczowo. Chyba przyzwyczaiłem się do >20 stopni. Tu kolejne 7 godzin czekania. Tam zrozumiałem pojęcie "małe lotnisko". Nie wiem ile oni mają lotów, ale miejsca jest tyle, że ludzie nie mają gdzie siadać. Nie mówię tu tylko o krzesłach, ale o ziemi. Dwie knajpy zapchane do granic. Tłum ludzi wszędzie, na korytarzach, w hallu, w toalecie. Nie chcieli nas przepuścić przez odprawę tak wcześniej, więc musieliśmy czekać. Żadnych alternatyw. Charleroi daleko, Bruksela jeszcze dalej. Wszędzie drogo. Jeśli mam już być optymistą to jedynym plusem były fajne suszarki do rąk, chyba tylko tyle.
Za odprawą było już lepiej, więcej miejsca i cieplej. Ale zanim tam doszliśmy czekała nas dokładna kontrola (przy mnie 2 osobom zabrali nawet buty do sprawdzenia, siedzieli sobie tak boso) i sprawdzanie wymiarów bagażu. Każdemu pasażerowi kazali wsadzić torbę w tę metalową ramę, która wydaję się być tak ciasna. Zupełnie odwrotnie niż w Hiszpanii. Tam bagaż podręczny mógłby być wielkości rejestrowanego, nikt by nie zauważył.

Tak właśnie wygląda życie lotniskowe. Na koniec dodam tylko jak wygląda lotnisko w Mali. Tam trzeba uważać na komary, po których ukąszeniu można spać całą dobę i na skorpiony, które tamtędy chadzają, jak również na tubylców na zewnątrz uzbrojonych w karabiny maszynowe.
Od razu lepiej się człowiek czuje na naszych europejskich lotniskach, prawda?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz