Ten wyjazd był dla mnie wyjątkowy. Nie tylko dlatego, że był pierwszą z naszych "podróży za jedno euro". To było coś więcej. Trochę jakby te kilkuletnie marzenia o Brazylii stawały się prawdą. Bo Porto to trochę taka mała, europejska Brazylia, przynajmniej dla mnie:)Muszę przyznać, że kilka razy serce zabiło mi szybciej, kiedy Jacek i jego ukochana lustrzanka ruszali na podbój co ciemniejszych zaułków (w końcu tam najlepsze kadry!). Co robić ja też ruszałam za nimi, uwieczniać uroki Porto... W końcu było co uwieczniać. Starsi panowie, obowiązkowo w koszulach, rozprawiający beztrosko, zgromadzeni na wąskich chodnikach. Dzieciaki grające na ulicach, tańczące na wietrze pranie i koty... Wszystko niby takie samo, a takie inne.
Nasze zwiedzanie zwykle różni się od takiego zwyczajnego turystycznego zwiedzania. Zwykle coś, przypadek lub przeznaczenie, sprawia, że nie dane nam jest przejść trasy po "obowiązkowych punktach dla każdego turysty". A może po prostu tego nie lubimy... Teraz też postanowiliśmy znaleźć typowy portugalski bar, aby spróbować typowej portugalskiej przekąski. Chwilka szperania w księgarni i... znalezione! Mamy adres. Po chwili jesteśmy na miejscu. Tylko że... na miejscu nic na nas nie czeka. Przemierzamy uliczkę jeszcze raz... i jeszcze raz... w koncu spostrzegamy białe saloonowe drzwiczki. Dokładnie takie, przez jakie każdy szanujący się kowboj wchodzi do baru wypić drinka. Spoglądamy na siebie, ale wahamy się tylko krótką chwilkę. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie weszli.W środku ogromna ogromna lada, kilka beczek, zlew a pod nim zasłonka w żółte kwiatki. Trochę jak na Ukrainie. No i właścicielka tego miejsca, solidna i stateczna kobieta. Wygląda, jakby była tu od wieków.... Wysilamy wszystkie nasze zdolności językowe, żeby zapytać o jakieś portugalskie zakąski. Nic z tego. Tu jest tylko wino. No cóż nie odmówimy przecież. Jeśli pić porto to... tylko w Porto:) Wiec stoimy tak (krzeseł nie ma), sączymy słodkie, gęste aromatyczne porto i przyglądamy się stałemu bywalcowi, który przybył zaraz po nas. Właścicielka bez słowa nalewa mu szklaneczkę wina z beczułki. Jacek odczuwa przypływ apetytu.
-Musze spróbować prawdziwego portugalskiego wina z beczki.-mówi. Kiwam głową ze zrozumieniem.
Wskazuje palcem szklankę bywalca. Potem beczułkę. A potem siebie.
Nic z tego. Z ust statecznej matrony słyszy tylko:
-Não. Duro...
Jacek patrzy na mnie zakłopotany. Po chwili namysłu matrona nalewa złotego płynu na samo dno szklanki. Tak na spróbowanie.
-"Jogo duro" znaczyło na treningach twardą walkę- mówię do Jacka - więc to wino pewnie jest...
-Wytrawne...- stwierdza po chwili Jacek wykrzywiając twarz nieprawdopodobnie- bardzo wytrawne.
Dwa dni zwiedzania Porto minęły niesamowicie szybko. Wędrówki pośród kolorowych, pokrytych kafelkami domów, pierwsze w życiu zamoczenie stopy w oceanie, podziwianie pięknych, żółtych tramwajów, wjeżdżających pod prawdziwie górskimi kątami. Z Porto wróciliśmy z ogromnymi uśmiechami. Chyba nie da się inaczej. Więc jeżeli kiedyś będziecie mieć okazję, bez wahania jedźcie zobaczyć małą Brazylię... Nawet jeśli podróż miałaby nie kosztować tak jak nasza 1 euro:)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz