Nie będę pisał o tym jak jest tam zielono. To był mój drugi raz na wyspach, więc nie zrobiło to na mnie największego wrażenia. Ale trzeba przyznać, że jeśli ktoś chce naprawdę zobaczyć zielony kolor powinien tam jechać choć raz. Irlandia, Szkocja, nie ważne, wyspy, najlepiej północ. Istny raj dla pstrykających fotki. Dla niepstrykających też. Nieprzypadkowo jesteśmy najbardziej wyczuleni na kolor zielony.
Skoro zieleń już mamy za sobą możemy przejść dalej. Więc co zrobiło na mnie wrażenie? No w pierwszej kolejności zimno. Nie wiem czy to kwestia przyzwyczajenia (właśnie wracaliśmy z Malty, a zamieszkujemy chwilowo Barcelonę), czy kwestia posiadania na sobie tylko bluzy i początku października czy może po prostu tam tak jest. Zimno zrobiło wrażenie. No i może trochę jeszcze brak deszczu, ale o tym będzie jeszcze później.
Na drugie i w zasadzie największe wrażenie nie trzeba było czekać. Jak się zaczęło w godzinę po wylądowaniu to się nie skończyło aż do wyjazdu. Irlandczycy. Ja nie wiem jak oni to robią. Więcej niż połowę roku pada, kobiety miss world nie będę, nigdy, a piwo kosztuje 4€, ale oni nadal się uśmiechają, są pomocni, zawsze pozytywni. Jeśli wierzyć, że na świecie istnieje równowaga, to cały pesymizm, łącznie z naszym polskim marudzeniem i zrzędzeniem na wszystko, jest równoważony przez tę niewielką garstkę rudowłosych ludzi, którym uśmiech został chyba zaszczepiony przy urodzeniu. Mówię poważnie, masz doła, jedź do Irlandii, pracy może już nie znajdziesz (przy tej liczbie naszych rodaków), wrócisz tak samo biedny, ale z ogromną dawką radości i chęci do życia.
Kolejnym momentem, który był bardzo irlandzki był wypad do pubu. Pewnie każdy z nas był kiedyś w jakimś pubie. Spokojna atmosfera, piwko, muzyczka w tle. O nie! Nie tak wygląda irlandzki pub. Tzn. piwo jest, tylko, że ciemne. Świeżo nalany Guinness z beczułki, naprawdę ma pianę na dwa palce o kolorze kawy i gęstości bitej śmietany. I nie dziwię im się, że mogą zapłacić za to 4€, warto! Wracając do samego pubu, muzyka nie była w tle, ale na żywo. Kwartet grał bardzo żwawo i pociągał do tańca wszystkich gości. Wszyscy z boskim trunkiem w dłoni zmierzali w kierunku podestu muzykantów, gdzie już tańczyła szalona para, oczywiście irlandzkie wywijasy. Atmosfera przypominała bardziej mecz piłki nożnej, wszyscy weseli, uśmiechnięci kibicowali im gwiżdżąc i klaszcząc. Ciężko zapomnieć coś takiego.
Kiedyś słyszałem o deszczu w Irlandii, że niby pada tak, że się nie schowasz przed nim. Tak zacina. Kiedyś też słyszałem o świętym Mikołaju. Ten deszcz wydawał mi się trochę nierealny, jak nierealny okazał się brodaty pan z prezentami. I tak jak dziecko przestaję wierzyć w św. Mikołaja jak dorasta, tak ja uwierzyłem w deszcz padający pod kątem prostym. Uwierzyłem prawie tak jak św. Tomasz. Zmokłem. Nie będę wam opowiadał. Pojedziecie, zmokniecie, uwierzycie.
Profilaktycznie napiszę, że ciąg dalszy nastąpi, bo jak przypomni mi się coś, czym muszę się podzielić to dopiszę. Tym czasem wrzucam fotkę z pięknym irlandzkim niebem. To też istnieje. Nie wierzyłem, a jednak. W to, że rosną tam palmy też nie wierzyłem. A jednak. Jeśli znajdziecie tanie bilety do Irlandii, to nie wahajcie się ani chwili, choćby na jeden dzień. Może zmokniecie, ale warto zmoknąć, żeby przynajmniej spróbować Irlandii.

Irlandzkich przygód ciąg dalszy
Korzystając z okazji postanowiliśmy zwiedzić Dublin. Dzień przed wylotem zarezerwowaliśmy miejsce w tanim hostel blisko centrum, który poleciła nam Ela. Mieliśmy już zakwaterowanie. Wysiedliśmy z samolotu. Po przeżyciu szoku termicznym wsiedliśmy w miejski autobus, który zawiózł nas do centrum. Pierwszą rzeczą jaką zrobiliśmy było kupno polaru, bo ja wyjeżdżając z domu do Barcelony, nie myślałem, że w październiku przyda mi się choćby bluza. Szybko rundka po Penny's i byłem wyposażony w ciepły polar i czapkę.
Krótkie szukanie drogi, małe zagubienie, irlandzka pomoc i jesteśmy na miejscu, w hostelu. Powitał nas przesympatyczny Irlandczyk. Dostaliśmy przydział na 2 łóżeczka (jedno pod drugim) w dużej klimatyzowanej sypialni. Mimo tego, że mogło tam spać 20 osób, było spokojnie. Ludzie przesiadywali w innych pomieszczeniach, tam przychodzili tylko spać. Skoro mowa o spaniu. Myśleliśmy tylko o tym. Asia wskoczyła na górę, ja przełożyłem z mojego łóżka przypadkową zostawiony ciuch i grzałem się pod kocykiem. Zasnęliśmy od razu.
Smacznie śpię, środek nocy. Znów ktoś przyszedł się położyć. Coś szepcze. Coś mówi. Ale nikt mu nie odpowiada. Po chwili naszła mnie taka myśl: "Może on do mnie coś mówi". Odwróciłem się na drugi bok, a nade mną stoi potężny chłop o rysach tureckich i próbuje nawiązać komunikację ze mną. Ja jeszcze w pół śnie zrozumiałem tylko to: "... my BED", "This is MY bed". Ale jak, przecież wyraźnie mi powiedzieli, że TO łóżko jest moje. Po minucie spierania się byłem na tyle rozbudzony, żeby wstać i zacząć wyjaśniać sprawę. Człowiek stawał się co raz bardziej zdenerwowany. Ja szukałem wyjścia z sytuacji. Jak się okazało mój współrozmówca mieszkał tam o 3 tygodni, więc musiał być zaskoczony kiedy o trzeciej w nocy zastał kogoś pod swoim kocem w swoim łóżku. Poza tym jakiś czas temu skradziono mu komputer i aparat. Stąd to całe zdenerwowanie. Odstąpiłem łóżko właścicielowi, mimo tego, że też miałem na nie przydział. Ale w końcu 7 godzin później mieliśmy się wymeldować, a ja chciałem skorzystać jeszcze z prawdziwego łóżka (nie lotniskowego). Niestety moje nowe łóżko nie było wyposażone już w ciepły kocyk, więc przykryłem się (cały!) Asi kurtką.
Rankiem wyruszyliśmy na podbój Dublina. Znów dzięki informacji Eli udało nam się trafić na darmową 3-godzinną wycieczkę z przewodnikiem, więc mimo, że krótko, było intensywnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz