piątek, 9 października 2009

Saħħa

Pewnie zastanawiają Was dziwne znaczki w tytule wyglądające prawie jak h. Nas też dziwiły, a jeszcze bardziej dziwiło coś takiego: "L-aċċettazzjoni tal-Malti bħala lingwa uffiċċjali hija xi ħaġa pjuttost riċenti". Jakbyście to usłyszeli zabrzmiałoby to jak arabski. Ale nie wygląda to jak arabskie robaczki, trochę bardziej jak włoski.

W zasadzie coś w tym jest. Język ten pochodzi z miejsca, gdzie łączy się świat arabski, włoski i angielski. Małej wysepki na morzu Śródziemnym, pełnej pogodnych ludzi i masy turystów. Malty.

Pierwsza rzecz jaką musicie wiedzieć o tym miejscu to ruch lewostronny. Jak wiadomo jest to charakterystyczne dla wysp, choć są też wyjątki (ja sobie nie wyobrażam jak się przejeżdża z Pakistanu do Afganistanu). Każdy wie, że po lewej stronie jeżdżą Irlandczycy i Brytyjczycy. Dla waszej informacji to samo jest na Malcie (i na Cyprze). Informacja ważna z dwóch względów. Nie dać się przejechać. To chyba najważniejsze. Pamiętajcie: prawo, lewo, prawo! Druga sprawa trochę bardziej przyziemna, ale pomoże oszczędzić trochę czasu. Jeśli chcecie wsiąść w autobus, pójdzie na tę drugą stronę jezdni (tę nieintuicyjną).

Skoro mowa o autobusach, trzeba powiedzieć o tym, jak wspaniałe są maltańskie autobusy. Przeniosą nas do lat 50-tych albo jeszcze wcześniej. Jest ich razem ponad 500. Wszystkie pomalowane do połowy intensywną żółtą farbą, góra na biało, a po środku pomarańczowy pasek. Zobaczycie ich mnóstwo i trudno będzie znaleźć dwa podobne.
Bilet kosztuje niecałe 50 centów, kupuje się go u kierowcy. Cała wyspa jest poprzecinana licznymi liniami autobusowymi. Prawie wszystkie mają jedną pętlę w stolicy. Często jeśli chcemy przejechać z jednego miejsca do innego odległego o 10 km, musimy przejechać 15km, zaczepiając o stolicę. Wszystkie stają na jednym placu. Zapewniam was, że będziecie tam często (i często będzie szukać swojego autobusu). Każdy autobus na numer, rozkład i trasę, ale lepiej spytać kierowcę. Oni zawsze pomogą i zdecydowanie lepiej znają rozkład (w końcu to naciskają na gaz).

Podróżowanie autobusem to przygoda sama w sobie. Zdarza się, że autobus ma z tyłu jeden numer, a z przodu zupełnie inny. Albo, że kierowca powie, żebyście czekali na następny, bo on już nie ma miejsca. Wy pewnie powiecie, że jest, ale oni chyba nie chcą ryzykować zgubieniem pasażerów. Przednie drzwi są zawsze otwarte. Gdy jest tłok, trzeba uważać, żeby nie wypaść. Zdarzają się też kontrole biletów. I nie myślcie, że jesteście sprytni i wypatrzycie panów w niebieskich koszulach zanim wsiądą do pojazdu. To działa u nas. Maltańscy kontrolerzy wsiadają na zakrętach. Po kupieniu biletu warto schować go do portfela, bardzo łatwo je zniszczyć. Bilety tygodniowe wyglądają praktycznie tak samo (trzy centymetrowy skrawek papieru). Kolejna śmieszna sprawa to przystanki na żądanie. Jeśli chcemy wysiąść z autobusu pociągamy za długi sznurek przeciągnięty po suficie przez cały autobus. Sznurek połączony jest z dzwonkiem podobnym do tych, które moje pokolenie pamięta z podstawówki. W ten sposób kierowca dowiaduje się, że ktoś chce wysiąść. Kierowca to zazwyczaj pan koło pięćdziesiątki, dobrze odżywiony, wiecznie uśmiechnięty. Tworzy on w swoim miejscu pracy swojego rodzaju ołtarzyk. Masa świętych obrazków, sztucznych kwiatów, pachnących choinek, zdjęcia rodzinne, figurki i napisy typu "Only Jesus can save us" lub "Take life as it comes" .

Malta to szalona połączenie. Połączenie, które wydaje się nierealne. Tak długo, aż się tu nie przyjedzie. Język z rodziny arabskich, zapisywany jak nasz, angielskie puby, pełne najprawdziwszych anglików (nawet angielskie piwa), krajobraz wygląda trochę jak sawanna, w restauracja można znaleźć włoską pizzę i brytyjskie fast foody, na ulicach zamiast kasztana rośnie granat, a zamiast krzaków kaktusy, telefony to znane, czerwone, angielskie budki, ludzie tacy arabscy, ale na terenie wielkości Wrocławia mają 365 kościołów (katolickich!).
Nawet architektura jest pomieszana. Budulec to jasny kamień, przez co wygląda to jak Egipt. Porozwieszane pranie, kolorowe drewniane okiennice i ciasne uliczki są bardzo włoskie. Niska zabudowa taka angielska. To prawdziwie oryginalna mieszanka.

Ludzie są bardzo pogodni, może to przez to słońce. Tam wydaje się być jeszcze bardziej szalone niż w Hiszpanii. Podobno w zimie nadal jest paręnaście stopni na plusie (minusem jest to, że nie widzieli nigdy śniegu). Woda w morzu gorąca, mimo, że to październik. Trzeba tylko uważać na meduzy, które występują w dużych ilościach i są do tego nieprzyjemnie toksyczne (nie sprawdzałem, wierzę na słowo). Wracając do temat mieszkańców. Bardzo rozmowni, często zagadują, opowiadają o wyspie, doradzają, gdzie sie udać, a co najważniejsze zawsze pomogą.


c.d.n.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz