czwartek, 22 października 2009

Traduccio i interpretacio

Jak wiadomo jedną z największych zalet studiowania w Hiszpanii jest możliwość nauki języka przydatnego szczególnie, jeśli kogoś interesuje podróżowanie do Ameryki południowej. Jednak pierwszy miesiąc naszego pobytu minął na podróżowaniu, organizowaniu się, itp. W końcu wróciliśmy, czas na naukę.

Odkryliśmy, że jest organizowany intensywny kurs hiszpańskiego. Płatny, ale Erasmusi mają 50% zniżki. Brzmi interesująco: 2 godziny dziennie aż do końca stycznia. Zaczyna się od poniedziałku. Asia jest tam już jedną nogą. A ja, ja zainteresowałem się katalońskim. Istne samobójstwo, ale czemu by nie spróbować, skoro jest darmowy (lokalne władze bardzo dbają o swój język).
Jak już jakimś cudem znalazłem dział językowy, okazało się, że właśnie skończyły im się miejsca. No cóż, może tak miało być. Ale to jeszcze nie koniec historii. Teraz przejdziemy do tytułu.

Przypomniałem sobie pewną sympatyczną Hiszpankę poznaną w pierwszy dzień pobytu tutaj. Zaczyna studiować angielski i chiński na UAB. Jej znaleźć nie mogłem, ale znalazłem jej wydział. Nieduży pudełkowaty budynek z napisem Traduccio i interpretacio. Pomieszanie wszystkich możliwych filologii. Taka lingwistyka. Trwały zajęcia, więc czekając spytałem o bibliotekę. Była na przeciwko, nie wiem czemu jej nie zauważyłem. Wieeeelka. Trzy piętra ze wszystkim. Zainteresowały mnie dwie rzeczy. Dział dziecięcy i dział "samonauki" języków. Ten pierwszy pełny był książek dla dzieci. To mnie zawsze cieszy. Nie ze względu na rysunki, a ze względu na względnie prosty język. Dobry pomysł na start nauki. Dział języków był zbiorem podręczników, słowników i wszystkiego, co związane jest z językami. Można było znaleźć nawet książki do baskijskiego, najbardziej outsiderowego języka Europy.
Wypożyczyłem książkę i wróciłem do lingwistów. Zajęcia właśnie się skończyły. Wszedłem do sali, gdzie przed chwilą były zajęcia z angielskiego. Spytam czy mogę chodzić na nie jako wolny słuchacz. Pani Angielka powiedziała, że nie ma problemu, że się cieczy, bo polscy studenci mają dobry akcent.

Dzień później pobiegłem tak samo na zajęcia z hiszpańskiego. Były to zajęcia dla studentów z wymiany. Jak się okazało dla studentów hiszpańskiego, którzy mówią już swobodnie. Ale nie poddałem się. Podszedłem do pani profesor i zupełnie spontanicznie zacząłem z nią rozmawiać. Nie wiem czy to kwestia adrenaliny czy kieliszka wina do obiadu, ale ona uwierzyła, że jestem komunikatywny i powiedziała, że mogę zostać i słuchać.
Następne półtorej godziny pracowałem na najwyższych obrotach starając się chwytać każde słowo. Przekonałem się, że zajęcia są naprawdę na poziomie. Mimo to, razem z innymi odmieniałem czasowniki. Kolejną godzinę spędziłem ze słownikiem, żeby zrozumieć o czym był tekst.

Tak właśnie znalazłem - jak dla mnie - najfajniejsze miejsce na tej uczelni. Miejsce, gdzie można usłyszeć na korytarzu kilkanaście języków, gdzie otaczają mnie ludzie, którzy lubią się ich uczyć. A najlepsze jest to, że ja mogę robić to razem z nimi. Jutro wybieram się na zajęcia z tłumaczenia tekstów z hiszpańskiego na angielskich. Czysta ciekawość, ale może coś z tego będzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz