niedziela, 25 października 2009

Po studencku, ale inaczej

Będąc studentem można doszukać się różnic pomiędzy jedną uczelnią a drugą. Mamy ich kilka we Wrocławiu. Krążą plotki, legendy, przesądy, że jedni się tylko uczą, inni imprezują. A jakie są różnice między uczelnią wrocławską a barcelońską. Skoro mam okazję studiować tu i tu, podzielę się moimi mały i duży zdziwieniami, więc co mnie tu dziwi?

Na terenie uniwerku jest lądowisko helikopterów. U nas niby stoi myśliwiec, ale nikt go nie używa. Natomiast tu zdarza się, że latają helikoptery. Ciekawe tylko kto nimi lata:)?

Prawie początek listopada, na dworze (zbyt) gorąco, ponad 20 stopni w cieniu. Dlaczego oni chodzą już w szalikach?

Wszędzie w budynkach są kraniki z wodą pitną (ciepłą i zimną). Za resztę płynów trzeba płacić.

W sobotę rano kampus wygląda jak po wybuchu bomby atomowej. Nie żeby wszystko było zniszczone, po prostu jest pusto. Ani żywej duszy. Odsypiają imprezę czy jeszcze z niej nie wrócili?

Na terenie naszego wydziału jest bar, gdzie można kupić piwo. Są też 3 mikrofalówki, przy którym czasem są strasznie długie kolejki.

Panie w dziekanacie są miłe, panowie też.

Wszystkie budynki są jakby niedokończone, trochę jak nasz C13. Postawią ściany i nie przejmują się położeniem tynku czy farby. Za to wszędzie jest klimatyzacja!

Rano cały uniwerek jest pełny ludzi. Siedzą na zewnątrz i piją poranną kawę przed zajęciami. Po południu ludzie siedzą na trawnikach w cieniu drzew na całym kampusie i jedzą razem obiad.

Autobus nocny z głównego placu Barcelony podjeżdża 20 metrów od akademików - przydatne.

W niedzielę otwarta jest biblioteka. Na dodatek popołudniu nie znajdzie się tam miejsca siedzącego. Wszyscy się uczą.

Załatwienie formalności trwa chwilę. Kilka miesięcy temu poprosili o przesłanie zdjęcia. Po przyjeździe w 10 minut odbieramy naszą kartę studencką. Mamy dowód, że jesteśmy studentami, od razu mamy dostęp do wszystkich (kilkunastu) bibliotek na teren uniwerku i kartę płatniczą w jednym. Proste i wygodne.

Na terenie akademików jest fryzjer, szkoła jazdy i hotel.

Kurs hiszpańskiego jest droższy niż kurs francuskiego. Tak trudno jest uczyć własnego języka?

Wyposażenie na uczelni zadziwia. Studia radiowe na wydziale dziennikarstwa. Kabiny tłumaczy na wydziale lingwistycznym.

Na terenie uniwerku jest kilkanaście wydziałów (inżynieria, filozofia, medycyna, psychologia, filologie, stosunki międzynarodowe, dziennikarstwo, elektronika, ekonomia, prawo, weterynaria) - pomieszanie wszystkich naszych wrocławskim uczelni. Oprócz tego jest gigantyczny kompleks sportowy, teatr, kino, itd.

Na całym terenie uniwerku można spotkać masę kotów. One po prostą rządzą tym miejsce. Nie jest ich może tyle, ilu studentów, ale z pewnością tyle, ilu profesorów.

W niektórych budynkach można znaleźć automaty z... jabłkami.

Teren uniwersytetu jest tak duży (i pagórkowaty), że jeździ tu autobus, który rozwozi studentów po budynkach.

Kiedy widzisz swojego wykładowcę najlepiej do niego pomachać i zawołać radosne "Hola!" - to absolutnie normalnie. Nie należy się tez dziwić, gdy spotka się go na basenie w jacuzzi.

Z naszego okna, na wzgórzu na przeciwko (jeszcze na terenie uczelni) pasą się owce.

czwartek, 22 października 2009

Życie cię nauczy... hiszpańskiego

Raz na jakiś czas zdarza się sytuacja, w której musimy użyć hiszpańskiego nie znając go jeszcze. Poniżej opisałem kilka. Myślę, że w przyszłości pojawią się następne, a póki co...

Pół kilo oliwek
Nasza pierwsza wyprawa do Barcelony, która odbyła się tuż po przyjeździe, polegała na szwendaniu się małymi uliczkami. Tak jakoś zawędrowaliśmy do małego sklepiku z rybami, serami, winami i oliwkami. Te ostatnie zainteresowały nas najbardziej. Panowie w sklepie krzątali się bardzo szybko i ciężko było złapać któregoś z nich. W końcu jeden powiedział nam coś i poszedł dalej. Dezorientowani staliśmy na środku sklepu. Mobilizacja i idziemy się wypytać, o co tu w ogóle chodzi. Okazało się, że najpierw trzeba wziąć numerek i czekać na swoją kolej. Trochę jak w polskich urzędach. Gdy przyszła kolej na nasz numerek, pan ekspedient nas wywołał i spytać co chcemy. Oczywiście oliwki, ale kupić trzeba od razu pół kilo. Była ich masa, różne kolory, różne wielkości, różne smaki. Zaczęliśmy degustację i po kilku próbach decydowaliśmy się małe, smaczne oliweczki.
To była nasza pierwsza praktyczna lekcja hiszpańskiego. Przyznam, że na następną nie trzeba było długo czekać.

Wartościowy plecak
Następna lekcja odbyła się tego samego dnia. Siedzieliśmy pod pomnikiem Kolumba czekając na znajomych. Zaczęło padać, więc wszyscy pochowali się, gdzie tylko się dało. Była to tylko wrześniowa mżawka, szybko przeszła. Wróciliśmy pod pomnik, tym razem nie było tam już nikogo. Przykucnęliśmy pod pomnikiem, worek oliwek w ręce, plecak pod nami. To był pierwsza próba okradzenia nas. Asia już o tym pisała. Jakoś się udało odzyskać plecak. Nie straciliśmy niczego, a było co do stracenia: butelka wina, opakowanie chipsów i świeżo zakupiony El Pequeño Principe. A gdzie w tym wszystkim hiszpańskim? Chwilę później spotkaliśmy policjanta, któremu próbowaliśmy wytłumaczyć co się stało.

Ta, nie tamta
Czasem sytuacje są bardzo banalne, ale nawet takie czegoś uczą. Wybrałem się do biblioteki, żeby wypożyczyć jedną książkę, a oddać drugą. Sprawa niby prosta: mam dwie i chcę je tak jakby zamienić. Musiałem tylko wytłumaczyć pani Hiszpance, że "ta, nie tamta jest do wypożyczenia". Oczywiście zawsze można pomachać dużo rękoma i jakoś przekazałbym informację, ale nie był bym sobą, gdybym nie skorzystał z możliwości nauczenia się czegoś. Powiedziałem więc, że tę przeczytałem i było już jasne, że ją oddaję (devolver), a tę drugą pożyczam (coger). Teraz jak idę to biblioteki, do zawsze mogę powiedzieć jedno zdanie więcej (Quiero coger este libro).

Mejor
Nauczenie się dwóch czasowników nie wystarczyło. Życie chciało mnie nauczyć więcej tego dnia. Był to pierwszy deszczowy dzień od dawna, a my wybraliśmy się do AlCampo na większe zakupy. Pobiegłem szybko po wózek na zewnątrz, masa kałuż, a wózków brak. Wracam do środka i próbuję swoich szans na dolnym poziomie. Drugi krok na ruchomym chodniku i przez chwilę poczułem się na Neo w pierwszej części Matriksa. Leciałem i bum. Ratowałem się ręką, ale dostał przez to łokieć. Tak właśnie trafiłem do pobliskiej apteki, gdzie razem z Asią staraliśmy się wytłumaczyć miłej pani Urugwajce, jak to się stało i co można by z tym zrobić. Pani się bardzo przejęła. Kręciła się wokół mnie zostawiając innych klientów. Ogólnie pełen profesjonalizm. Wypuściła dopiero kiedy kilkakrotnie powtórzyłem, że jest już lepiej (Me siento mejor). Po całym zajściu stwierdzam, że przydałoby się większe słownictwo z zakresu "Upadłem, boli, jestem alergikiem", bo nigdy nie wiadomo, co się może przydarzyć.

Traduccio i interpretacio

Jak wiadomo jedną z największych zalet studiowania w Hiszpanii jest możliwość nauki języka przydatnego szczególnie, jeśli kogoś interesuje podróżowanie do Ameryki południowej. Jednak pierwszy miesiąc naszego pobytu minął na podróżowaniu, organizowaniu się, itp. W końcu wróciliśmy, czas na naukę.

Odkryliśmy, że jest organizowany intensywny kurs hiszpańskiego. Płatny, ale Erasmusi mają 50% zniżki. Brzmi interesująco: 2 godziny dziennie aż do końca stycznia. Zaczyna się od poniedziałku. Asia jest tam już jedną nogą. A ja, ja zainteresowałem się katalońskim. Istne samobójstwo, ale czemu by nie spróbować, skoro jest darmowy (lokalne władze bardzo dbają o swój język).
Jak już jakimś cudem znalazłem dział językowy, okazało się, że właśnie skończyły im się miejsca. No cóż, może tak miało być. Ale to jeszcze nie koniec historii. Teraz przejdziemy do tytułu.

Przypomniałem sobie pewną sympatyczną Hiszpankę poznaną w pierwszy dzień pobytu tutaj. Zaczyna studiować angielski i chiński na UAB. Jej znaleźć nie mogłem, ale znalazłem jej wydział. Nieduży pudełkowaty budynek z napisem Traduccio i interpretacio. Pomieszanie wszystkich możliwych filologii. Taka lingwistyka. Trwały zajęcia, więc czekając spytałem o bibliotekę. Była na przeciwko, nie wiem czemu jej nie zauważyłem. Wieeeelka. Trzy piętra ze wszystkim. Zainteresowały mnie dwie rzeczy. Dział dziecięcy i dział "samonauki" języków. Ten pierwszy pełny był książek dla dzieci. To mnie zawsze cieszy. Nie ze względu na rysunki, a ze względu na względnie prosty język. Dobry pomysł na start nauki. Dział języków był zbiorem podręczników, słowników i wszystkiego, co związane jest z językami. Można było znaleźć nawet książki do baskijskiego, najbardziej outsiderowego języka Europy.
Wypożyczyłem książkę i wróciłem do lingwistów. Zajęcia właśnie się skończyły. Wszedłem do sali, gdzie przed chwilą były zajęcia z angielskiego. Spytam czy mogę chodzić na nie jako wolny słuchacz. Pani Angielka powiedziała, że nie ma problemu, że się cieczy, bo polscy studenci mają dobry akcent.

Dzień później pobiegłem tak samo na zajęcia z hiszpańskiego. Były to zajęcia dla studentów z wymiany. Jak się okazało dla studentów hiszpańskiego, którzy mówią już swobodnie. Ale nie poddałem się. Podszedłem do pani profesor i zupełnie spontanicznie zacząłem z nią rozmawiać. Nie wiem czy to kwestia adrenaliny czy kieliszka wina do obiadu, ale ona uwierzyła, że jestem komunikatywny i powiedziała, że mogę zostać i słuchać.
Następne półtorej godziny pracowałem na najwyższych obrotach starając się chwytać każde słowo. Przekonałem się, że zajęcia są naprawdę na poziomie. Mimo to, razem z innymi odmieniałem czasowniki. Kolejną godzinę spędziłem ze słownikiem, żeby zrozumieć o czym był tekst.

Tak właśnie znalazłem - jak dla mnie - najfajniejsze miejsce na tej uczelni. Miejsce, gdzie można usłyszeć na korytarzu kilkanaście języków, gdzie otaczają mnie ludzie, którzy lubią się ich uczyć. A najlepsze jest to, że ja mogę robić to razem z nimi. Jutro wybieram się na zajęcia z tłumaczenia tekstów z hiszpańskiego na angielskich. Czysta ciekawość, ale może coś z tego będzie.

środa, 21 października 2009

Nuestra nueva casa, czyli nasz nowy dom:)

Przyznam szczerze, że trochę to wszystko szalone. Byliśmy ze znajomymi na jakiejś wielkiej fieście na terenie uczelni. Bawiliśmy się jak zawsze świetnie, spotkaliśmy sporo znajomych, były nawet bębny. W pokojach byliśmy może koło godziny 5. rano, więc następnego dnia spało się troszkę długo... ale co to był za dzień;)

Decyzja
Obudziła mnie Monika, która chciała skorzystać z internetu, więc przyszła do mnie po komputer. Poszliśmy razem, trochę pogadaliśmy, potem stwierdziła, że trzeba iść do Kasi. Poszliśmy więc i trochę pogadaliśmy (jeszcze z Tomkiem). Temat zszedł na mieszkanie. Teraz czas na małą dygresję. Ewa i Monika są znane w całej Polonii, a także wśród innych erasmusów z tego, że szukają mieszkania i dużo kombinują, żeby zawsze wyszło taniej. Do tej pory spały u znajomego na tak zwanym couchsurfingu i w sumie trwało to koło miesiąca. Niedawno się wprowadziły, ale nie podobało im się nowe mieszkanie, więc kombinowały dalej. Bardzo chciały się wprowadzić do domu pewnej hiszpanki (mówimy na nią bruja, albo chica loca). Namówiły Kasię Tomka i mnie i parę chwil później byliśmy oglądać dom. Z jakim skutkiem? Z postanowieniem "wprowadzamy się jutro!"

Dom
Z tym jutrem nie wyszło, bo nie było czasu, ale wprowadziliśmy się już w poniedziałek! Ostatecznie mamy - jak dla mnie - genialny dom z wielkim potencjałem i świetną właścicielką. Mamy ganek, na którym rosną róże i parę innych roślin. Mamy ogródek z pomarańczami i cytrynami i graffiti na ścianie. Ogólnie dom jest bardzo stary i widać to po nim, ale... ma to coś: dużo sekretów i dużo możliwości. Właścicielka obiecała nam farby, poza tym wpada do nas codziennie i przynosi nowe rzeczy. Zawsze przy okazji strasznie długo nawija. Problem taki, że Kasia ją rozumie, Ewa mniej więcej, a ja z Moniką, naprawdę mało. Nie dlatego, że mówi po hiszpańsku. Ona mówi jak prawdziwa hiszpanka, czyli strasznie dużo i strasznie szybko. Kobieta naprawdę fajna, bo powiedziała, że niezależnie od ilości osób, za dom chce tyle i tyle miesięcznie. Może nas tu spać nawet 20. Mamy trzy pokoje, kuchnie, łazienkę, wspomniany ganek i ogród za domem. Poza tym też salon i dziwne pomieszczenie pomiędzy moim pokojem, kuchnią a łazienką. W domu mieszkają 4 osoby, poza mną wspomniane Ewa z Moniką oraz Kasia. Dom ma też drugie mieszkanie na górze (z osobnym wejściem) i w nim jak na razie mieszkają dwie sympatyczne Włoszki:) Podsumowując... Dominik zawsze się ustawi :) Tymbardziej, że mam bardzo ciekawe okno w pokoju. Okno wychodzi na coś, co kiedyś mogło być patiem, teraz jest rodzajem schowka przy kuchni (tylko z niej da się tam wejść). Ale to nie wszystko. Okno z łazienki wychodzi na to samo pomieszczenie... efekt? Mam z pokoju genialny widok wprost na łazienkę, bo okna są naprzeciwko siebie w odległości może 5 metrów :)

Spanie
Dom jest bardzo pojemny. W moim pokoju stoi podwójne łóżko ("if you know, what i mean";), a pod nim materac. Łóżko Ewy da się rozłożyć, czyli mamy już 3 gratisowe miejsca, poza tym w salonie stoją dwie kanapy, a jedna z nich jest rozkładana. Łącznie 6 miejsc do spania + dużo miejsca na podłodze dla ludzi ze śpiworami (oczywiście nie licząc naszej czwórki)

Lokalizacja
Nie wspomniałem jeszcze o lokalizacji. Mieszkamy parę metrów od pasa startowego i niekiedy widzimy te ogromne maszyny lądujące albo startujące. Hałas wbrew pozorom nie jest aż taki straszny. Przyznam szczerze, że niewiele różni się od tego, który był na akademikach, kiedy przelatywał samolot. Tak więc... Asiu i Jacku, co wy wiecie o mieszkaniu na lotnisku. Byliśmy grupą na wycieczce w górach, między innymi z Kasią, i oglądaliśmy La Lagune i Santa Cruz nocą, kiedy było widać tylko światła. W pewnym momencie widziałem mocne światło przesuwające się wzdłuż mniejszych świateł ułożonych w rządek. I mówię do Kasi "Popatrz... samolot ląduje... Tam mieszkam". Już nawet po odgłosach wiemy, czy samolot ląduje, czy startuje. Jeszcze trochę, będziemy wiedzieli jaki samolot właśnie wylądował. Poza tym mieszkamy blisko centrum: około 15 minut spacerem na uczelnie. Tyle samo do estacion de guaguas, czyli dworca PKS. Niewiele dłużej na tzn. imprezownie, czyli miejsce, gdzie nocą ciężko przejść, bo jest tłum ludzi.

A wspomniałem już o gratisach? W lodówce znaleźliśmy starego, ale wciąż zakorkowanego szampana, którego wypiliśmy wspólnie pierwszego dnia pobytu. Poza tym w ogródku jest sygnalizacja świetlna, a w salonie znaleźliśmy lampę z budowy (taką samą, jaką przyniosły kiedyś dziewczyny na imprezę do akademika, a potem zabrały nam ją współlokatorki Patryka, czyli kolegi z Polski). Ogólnie co chwile znajdujemy jakieś ciekawostki, bo tak jak wspomniałem ten dom ma trochę sekretów, a także ciekawą historię

No ale to chyba tyle, bo się już rozpisałem, że hoho. Ale jestem przeszczęśliwy, bo dom jest tani, w dobrej lokalizacji, bardzo stylowy, duży i przestronny, a przede wszystkim mam świetne towarzystwo. Tak więc... Zapraszam, zapraszam, bo jest do czego ;)

Jak tylko załatwimy internet, to wrzucę jakieś zdjęcia i napiszę relacje z bardzo ciekawej wędrówki w góry Anaga:)

PS. Dziewczyny bardzo lubią bawić się w couchsurfing. Do tego stopnia, że zrobiły go z naszego nowego domu. Na początku przyszłego miesiąca przyjeżdża do nas jakiś polak na kilka dni.

poniedziałek, 19 października 2009

Irlandzkie wrażenia

"A Irlandia podobno jest taka zielona" - to chyba słyszał każdy, a jak nie, to niech się wstydzi. Oczywiście w tekście piosenki słowo podobno jest zbędne. To wie każdy, kto tam był.
Nie będę pisał o tym jak jest tam zielono. To był mój drugi raz na wyspach, więc nie zrobiło to na mnie największego wrażenia. Ale trzeba przyznać, że jeśli ktoś chce naprawdę zobaczyć zielony kolor powinien tam jechać choć raz. Irlandia, Szkocja, nie ważne, wyspy, najlepiej północ. Istny raj dla pstrykających fotki. Dla niepstrykających też. Nieprzypadkowo jesteśmy najbardziej wyczuleni na kolor zielony.

Skoro zieleń już mamy za sobą możemy przejść dalej. Więc co zrobiło na mnie wrażenie? No w pierwszej kolejności zimno. Nie wiem czy to kwestia przyzwyczajenia (właśnie wracaliśmy z Malty, a zamieszkujemy chwilowo Barcelonę), czy kwestia posiadania na sobie tylko bluzy i początku października czy może po prostu tam tak jest. Zimno zrobiło wrażenie. No i może trochę jeszcze brak deszczu, ale o tym będzie jeszcze później.

Na drugie i w zasadzie największe wrażenie nie trzeba było czekać. Jak się zaczęło w godzinę po wylądowaniu to się nie skończyło aż do wyjazdu. Irlandczycy. Ja nie wiem jak oni to robią. Więcej niż połowę roku pada, kobiety miss world nie będę, nigdy, a piwo kosztuje 4€, ale oni nadal się uśmiechają, są pomocni, zawsze pozytywni. Jeśli wierzyć, że na świecie istnieje równowaga, to cały pesymizm, łącznie z naszym polskim marudzeniem i zrzędzeniem na wszystko, jest równoważony przez tę niewielką garstkę rudowłosych ludzi, którym uśmiech został chyba zaszczepiony przy urodzeniu. Mówię poważnie, masz doła, jedź do Irlandii, pracy może już nie znajdziesz (przy tej liczbie naszych rodaków), wrócisz tak samo biedny, ale z ogromną dawką radości i chęci do życia.

Kolejnym momentem, który był bardzo irlandzki był wypad do pubu. Pewnie każdy z nas był kiedyś w jakimś pubie. Spokojna atmosfera, piwko, muzyczka w tle. O nie! Nie tak wygląda irlandzki pub. Tzn. piwo jest, tylko, że ciemne. Świeżo nalany Guinness z beczułki, naprawdę ma pianę na dwa palce o kolorze kawy i gęstości bitej śmietany. I nie dziwię im się, że mogą zapłacić za to 4€, warto! Wracając do samego pubu, muzyka nie była w tle, ale na żywo. Kwartet grał bardzo żwawo i pociągał do tańca wszystkich gości. Wszyscy z boskim trunkiem w dłoni zmierzali w kierunku podestu muzykantów, gdzie
już tańczyła szalona para, oczywiście irlandzkie wywijasy. Atmosfera przypominała bardziej mecz piłki nożnej, wszyscy weseli, uśmiechnięci kibicowali im gwiżdżąc i klaszcząc. Ciężko zapomnieć coś takiego.

Kiedyś słyszałem o deszczu w Irlandii, że niby pada tak, że się nie schowasz przed nim. Tak zacina. Kiedyś też słyszałem o świętym Mikołaju. Ten deszcz wydawał mi się trochę nierealny, jak nierealny okazał się brodaty pan z prezentami. I tak jak dziecko przestaję wierzyć w św. Mikołaja jak dorasta, tak ja uwierzyłem w deszcz padający pod kątem prostym. Uwierzyłem prawie tak jak św. Tomasz. Zmokłem. Nie będę wam opowiadał. Pojedziecie, zmokniecie, uwierzycie.

Profilaktycznie napiszę, że ciąg dalszy nastąpi, bo jak przypomni mi się coś, czym muszę się podzielić to dopiszę. Tym czasem wrzucam fotkę z pięknym irlandzkim niebem. To też istnieje. Nie wierzyłem, a jednak. W to, że rosną tam palmy też nie wierzyłem. A jednak. Jeśli znajdziecie tanie bilety do Irlandii, to nie wahajcie się ani chwili, choćby na jeden dzień. Może zmokniecie, ale warto zmoknąć, żeby przynajmniej spróbować Irlandii.



Irlandzkich przygód ciąg dalszy
Korzystając z okazji postanowiliśmy zwiedzić Dublin. Dzień przed wylotem zarezerwowaliśmy miejsce w tanim hostel blisko centrum, który poleciła nam Ela. Mieliśmy już zakwaterowanie. Wysiedliśmy z samolotu. Po przeżyciu szoku termicznym wsiedliśmy w miejski autobus, który zawiózł nas do centrum. Pierwszą rzeczą jaką zrobiliśmy było kupno polaru, bo ja wyjeżdżając z domu do Barcelony, nie myślałem, że w październiku przyda mi się choćby bluza. Szybko rundka po Penny's i byłem wyposażony w ciepły polar i czapkę.

Krótkie szukanie drogi, małe zagubienie, irlandzka pomoc i jesteśmy na miejscu, w hostelu. Powitał nas przesympatyczny Irlandczyk. Dostaliśmy przydział na 2 łóżeczka (jedno pod drugim) w dużej klimatyzowanej sypialni. Mimo tego, że mogło tam spać 20 osób, było spokojnie. Ludzie przesiadywali w innych pomieszczeniach, tam przychodzili tylko spać. Skoro mowa o spaniu. Myśleliśmy tylko o tym. Asia wskoczyła na górę, ja przełożyłem z mojego łóżka przypadkową zostawiony ciuch i grzałem się pod kocykiem. Zasnęliśmy od razu.

Smacznie śpię, środek nocy. Znów ktoś przyszedł się położyć. Coś szepcze. Coś mówi. Ale nikt mu nie odpowiada. Po chwili naszła mnie taka myśl: "Może on do mnie coś mówi". Odwróciłem się na drugi bok, a nade mną stoi potężny chłop o rysach tureckich i próbuje nawiązać komunikację ze mną. Ja jeszcze w pół śnie zrozumiałem tylko to: "... my BED", "This is MY bed". Ale jak, przecież wyraźnie mi powiedzieli, że TO łóżko jest moje. Po minucie spierania się byłem na tyle rozbudzony, żeby wstać i zacząć wyjaśniać sprawę. Człowiek stawał się co raz bardziej zdenerwowany. Ja szukałem wyjścia z sytuacji. Jak się okazało mój współrozmówca mieszkał tam o 3 tygodni, więc musiał być zaskoczony kiedy o trzeciej w nocy zastał kogoś pod swoim kocem w swoim łóżku. Poza tym jakiś czas temu skradziono mu komputer i aparat. Stąd to całe zdenerwowanie. Odstąpiłem łóżko właścicielowi, mimo tego, że też miałem na nie przydział. Ale w końcu 7 godzin później mieliśmy się wymeldować, a ja chciałem skorzystać jeszcze z prawdziwego łóżka (nie lotniskowego). Niestety moje nowe łóżko nie było wyposażone już w ciepły kocyk, więc przykryłem się (cały!) Asi kurtką.
Rankiem wyruszyliśmy na podbój Dublina. Znów dzięki informacji Eli udało nam się trafić na darmową 3-godzinną wycieczkę z przewodnikiem, więc mimo, że krótko, było intensywnie.

sobota, 17 października 2009

Z cyklu poróże za jedno euro: Porto - mała Brazylia

Tłusta brązowa kura bezapelacyjnie rządziła tym miejscem. Dumnie przechadzając się po brukowanej uliczce, ani jednego krótkiego spojrzenia nie poświęciła wznoszącym się tuż za nią jasnym murom katedry. Za jej plecami biały jak śnieg kot uważnie przyglądał się świątecznej choince. Koci ogon ruszał się delikatnie na boki... w prawo... w lewo... w prawo... w lewo... hipnotyzująco, nierealnie. Przez chwilę poczułam się jak Alicja w krainie czarów, która wpadła do króliczej nory. Nic nie było tak jak być powinno. Żar lał się z nieba. Był początek października.

Ten wyjazd był dla mnie wyjątkowy. Nie tylko dlatego, że był pierwszą z naszych "podróży za jedno euro". To było coś więcej. Trochę jakby te kilkuletnie marzenia o Brazylii stawały się prawdą. Bo Porto to trochę taka mała, europejska Brazylia, przynajmniej dla mnie:)

Muszę przyznać, że kilka razy serce zabiło mi szybciej, kiedy Jacek i jego ukochana lustrzanka ruszali na podbój co ciemniejszych zaułków (w końcu tam najlepsze kadry!). Co robić ja też ruszałam za nimi, uwieczniać uroki Porto... W końcu było co uwieczniać. Starsi panowie, obowiązkowo w koszulach, rozprawiający beztrosko, zgromadzeni na wąskich chodnikach. Dzieciaki grające na ulicach, tańczące na wietrze pranie i koty... Wszystko niby takie samo, a takie inne.

Nasze zwiedzanie zwykle różni się od takiego zwyczajnego turystycznego zwiedzania. Zwykle coś, przypadek lub przeznaczenie, sprawia, że nie dane nam jest przejść trasy po "obowiązkowych punktach dla każdego turysty". A może po prostu tego nie lubimy... Teraz też postanowiliśmy znaleźć typowy portugalski bar, aby spróbować typowej portugalskiej przekąski. Chwilka szperania w księgarni i... znalezione! Mamy adres. Po chwili jesteśmy na miejscu. Tylko że... na miejscu nic na nas nie czeka. Przemierzamy uliczkę jeszcze raz... i jeszcze raz... w koncu spostrzegamy białe saloonowe drzwiczki. Dokładnie takie, przez jakie każdy szanujący się kowboj wchodzi do baru wypić drinka. Spoglądamy na siebie, ale wahamy się tylko krótką chwilkę. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie weszli.

W środku ogromna ogromna lada, kilka beczek, zlew a pod nim zasłonka w żółte kwiatki. Trochę jak na Ukrainie. No i właścicielka tego miejsca, solidna i stateczna kobieta. Wygląda, jakby była tu od wieków.... Wysilamy wszystkie nasze zdolności językowe, żeby zapytać o jakieś portugalskie zakąski. Nic z tego. Tu jest tylko wino. No cóż nie odmówimy przecież. Jeśli pić porto to... tylko w Porto:) Wiec stoimy tak (krzeseł nie ma), sączymy słodkie, gęste aromatyczne porto i przyglądamy się stałemu bywalcowi, który przybył zaraz po nas. Właścicielka bez słowa nalewa mu szklaneczkę wina z beczułki. Jacek odczuwa przypływ apetytu.
-Musze spróbować prawdziwego portugalskiego wina z beczki.-mówi. Kiwam głową ze zrozumieniem.
Wskazuje palcem szklankę bywalca. Potem beczułkę. A potem siebie.
Nic z tego. Z ust statecznej matrony słyszy tylko:
-Não. Duro...
Jacek patrzy na mnie zakłopotany. Po chwili namysłu matrona nalewa złotego płynu na samo dno szklanki. Tak na spróbowanie.
-"Jogo duro" znaczyło na treningach twardą walkę- mówię do Jacka - więc to wino pewnie jest...
-Wytrawne...- stwierdza po chwili Jacek wykrzywiając twarz nieprawdopodobnie- bardzo wytrawne.

Dwa dni zwiedzania Porto minęły niesamowicie szybko. Wędrówki pośród kolorowych, pokrytych kafelkami domów, pierwsze w życiu zamoczenie stopy w oceanie, podziwianie pięknych, żółtych tramwajów, wjeżdżających pod prawdziwie górskimi kątami. Z Porto wróciliśmy z ogromnymi uśmiechami. Chyba nie da się inaczej. Więc jeżeli kiedyś będziecie mieć okazję, bez wahania jedźcie zobaczyć małą Brazylię... Nawet jeśli podróż miałaby nie kosztować tak jak nasza 1 euro:)

piątek, 16 października 2009

Hiszpańska jesień

Zacząłem pisać tego posta z tydzień temu, tuż po powrocie z naszych wojaży. Wtedy wszyscy w Polsce mówili nam jak jest zimno. Powódź zalewa Kołobrzeg, śnieg zasypuje Warszawę. Trudno w to wierzyć. Wtedy cieszyłem się, że znów mogę chodzić w krótkich spodenkach, mimo połowy października. Miałem wrażenie, że tytułowa hiszpańska jesień trwa od północy do ósmej rano, bo tylko wtedy było chłodno. Ale w końcu się stało i do nas zawitała taka bardziej deszczowa jesień.

Padało wczoraj, dzisiaj podobno też ma padać. Fakt, że nadal jest 20 stopni, a jak wyjdzie słońce to zapomina się o deszczu, ale Hiszpanie już czują jesień. Oni już wkładają kurtki, szaliki, grube buty. Mój strój kończy się na bluzie oraz cienkich, długich spodniach, ale ja tutaj jestem chłopak ze wschodu.

Według meteorologów w przyszłym tygodniu znów ma być słońce i ponad 20 stopni. Tego właśnie życzę wszystkim naszym gościom :)

Ps. Były deszcze, ale znów jest 20 stopni, a nawet więcej. Znów można chodzić w T-shirtach, wieje przyjemny chłodny wietrzyk, a za oknem jest zielono :) Trochę jak u nas w kwietniu, z tym, że jest koniec października.

sobota, 10 października 2009

Wszędzie dobrze, ale najlepiej... na lotnisku

Tytuł oczywiście z przymrużeniem oka. Chciałem się podzielić wrażeniami z tego miejsca, z którego przeważnie odlatujemy samolotem, ale nie tylko. Do naszego odlatywania oczywiście też doszło, ale zanim to nastąpiło. A było to tak...

W godzinach porannych wyruszyliśmy z naszego maltańskiego hotelu. Tak, wiem, za chwilę ktoś spyta jakiego hotelu, miało być tanie podróżowanie, a tu hotel. Jak się okazało miejsce w 5-osob. pokoju w hostelu na Malcie kosztuje o 1,5€ taniej niż hotel. I to do tego w dwuosobowy pokoju z łazienką ze śniadaniem (ręczniki wymieniali codziennie). Polecam Astra Hotel w miejscowości Sliema. Alternatywy znajdziecie tutaj. Wracając do wyruszania z hotelu. Obsługa okazała się bardzo miła, zorganizowała dla nas śniadanie pół godziny wcześniej. Z Malty wylecieliśmy nie jak jeszcze nie grzało zbyt mocno. Wysiadka w Gironie i... tu zaczyna się przygoda z lotniskiem.

Kupując bilety za euro jakieś 3 miesiące wcześniej nie myślałem, żeby zsynchronizować jakoś wyjazdy. Dzień po Malcie mieliśmy wylot do Irlandii. Doszliśmy do wniosku, że powrót do Barcelony da nam tylko kilka godzin w domu, więc nie warto. Tak właśnie zaczęły się nasze 22 godziny na lotnisku. Tu należy wyjaśnić, że lotnisko w Gironie, nie tylko nie jest blisko Barcelony, ale nie jest też blisko Girony. Mimo tego, że wylatuje stamtąd ponad 90 samolotów dziennie, lotnisko nie jest duże. Jest sklep z gazetami, restauracja, 2 płatne stanowiska z Internetem, 7 wypożyczalni samochodów i 3 pary drzwi z napisem "wyjście".

Po 2 godzinach przespanych na trawce w pobliżu jednej z wypożyczalni aut, wróciliśmy do klimatyzowanych wnętrz lotniska. Powoli zaczął doskwierać głód. Oczywiście jest restauracja, ale 4€ za kanapkę, którą się nie najem brzmi bezsensownie. Po dwóch rundach dookoła lotniska rzuciłem propozycje pojechania do Girony, za bilet zapłacimy tyle co za kanapkę, a można będzie pójść do normalnego sklepu na porządne jedzenie i pozwiedzać miasto.

Dwadzieścia pięć minut jazdy autobusem dalej byliśmy na miejscu. Szybko znaleźliśmy znajomego i lubianego LIDLa, gdzie kanapka kosztuje niecałe euro. Wybraliśmy pieniądze z bankomatu i poszliśmy zwiedzać miasteczko. Nie wiem czy z powodu zmęczenie, czy dlatego, że widzieliśmy dużo pięknych miejsc na Malcie, ale nasza ocena Girony jest dość krytyczna. Jeśli macie spędzić 22h na lotnisku to śmiało możecie tam jechać, a w innym wypadku niekoniecznie.


Innym powodem, dla którego piszę o lotniskach jest możliwość spotkania tak ludzi i wysłuchania ich opowieści. Wyjeżdżając do Girony spotkaliśmy czwórkę Polaków, którym właśnie uciekł samolot do Poznania. Siedzieli sobie wesoło na ziemi, nie świadomi tego, że powinni stać w kolejce do odprawy - na ekranie nie wyświetlili numeru ich bramki i nie zdążyli. Wracali do Barcelony.
Kładąc się wieczorem spać ułożyło się koło nas dwóch chłopaczków. Jak się okazało jeden z nich, Hiszpan pochodzący z Asturias (tam, gdzie robią cydr), spędził poprzedni rok na Erasmusie w Katowicach i zwiedził w tym czasie większość Polski.
Drugi z nich był Marokańczykiem, który pracował rok w Turcji i właśnie wracał z Mali, gdzie reklamował swoje "biuro podróży" dla młodych. Opowiadał trochę historii o złodziejach w Barcelonie, o swoim kraju i innych ludziach poznanych na lotniskach.

Girona jeśli chodzi o spanie nie jest najgorsza. Poczwórne siedzenia mają materiałowe obicia, które nie przewodzą zimna. Ma to szczególne znaczenie w nocy. W Hiszpanii jest ciepło, więc można przetrwać noc w t-shircie, ale jeśli śpi się na kamieniu czy metalu nie ma szans, bez karimaty się zmarznie. Przerabialiśmy to na lotnisku w Porto - pięć godzin przewalania się z boku na bok, w końcu zasnąłem leżąc na własnych rękach. W Gironie było lepiej, nawet nie potrzebowałem bluzy. Dwa plecaki pod głowę i lulu. Siedzenia się nie wbijały, tylko światło dawało po oczach (w Porto zgasili na noc). Rano porządkowi budzili tych, którzy spali na ziemi. A trzeba przyznać, że ludzi była masa. My na szczęście wcześniej zajęliśmy wygodne, bezpieczne miejsca.

Rano samolot do Brukseli (lotnisko Charleroi). Lot krótki, ale przeniósł nas w trochę inny świat. Zimno, mglisto i deszczowo. Chyba przyzwyczaiłem się do >20 stopni. Tu kolejne 7 godzin czekania. Tam zrozumiałem pojęcie "małe lotnisko". Nie wiem ile oni mają lotów, ale miejsca jest tyle, że ludzie nie mają gdzie siadać. Nie mówię tu tylko o krzesłach, ale o ziemi. Dwie knajpy zapchane do granic. Tłum ludzi wszędzie, na korytarzach, w hallu, w toalecie. Nie chcieli nas przepuścić przez odprawę tak wcześniej, więc musieliśmy czekać. Żadnych alternatyw. Charleroi daleko, Bruksela jeszcze dalej. Wszędzie drogo. Jeśli mam już być optymistą to jedynym plusem były fajne suszarki do rąk, chyba tylko tyle.
Za odprawą było już lepiej, więcej miejsca i cieplej. Ale zanim tam doszliśmy czekała nas dokładna kontrola (przy mnie 2 osobom zabrali nawet buty do sprawdzenia, siedzieli sobie tak boso) i sprawdzanie wymiarów bagażu. Każdemu pasażerowi kazali wsadzić torbę w tę metalową ramę, która wydaję się być tak ciasna. Zupełnie odwrotnie niż w Hiszpanii. Tam bagaż podręczny mógłby być wielkości rejestrowanego, nikt by nie zauważył.

Tak właśnie wygląda życie lotniskowe. Na koniec dodam tylko jak wygląda lotnisko w Mali. Tam trzeba uważać na komary, po których ukąszeniu można spać całą dobę i na skorpiony, które tamtędy chadzają, jak również na tubylców na zewnątrz uzbrojonych w karabiny maszynowe.
Od razu lepiej się człowiek czuje na naszych europejskich lotniskach, prawda?

piątek, 9 października 2009

Saħħa

Pewnie zastanawiają Was dziwne znaczki w tytule wyglądające prawie jak h. Nas też dziwiły, a jeszcze bardziej dziwiło coś takiego: "L-aċċettazzjoni tal-Malti bħala lingwa uffiċċjali hija xi ħaġa pjuttost riċenti". Jakbyście to usłyszeli zabrzmiałoby to jak arabski. Ale nie wygląda to jak arabskie robaczki, trochę bardziej jak włoski.

W zasadzie coś w tym jest. Język ten pochodzi z miejsca, gdzie łączy się świat arabski, włoski i angielski. Małej wysepki na morzu Śródziemnym, pełnej pogodnych ludzi i masy turystów. Malty.

Pierwsza rzecz jaką musicie wiedzieć o tym miejscu to ruch lewostronny. Jak wiadomo jest to charakterystyczne dla wysp, choć są też wyjątki (ja sobie nie wyobrażam jak się przejeżdża z Pakistanu do Afganistanu). Każdy wie, że po lewej stronie jeżdżą Irlandczycy i Brytyjczycy. Dla waszej informacji to samo jest na Malcie (i na Cyprze). Informacja ważna z dwóch względów. Nie dać się przejechać. To chyba najważniejsze. Pamiętajcie: prawo, lewo, prawo! Druga sprawa trochę bardziej przyziemna, ale pomoże oszczędzić trochę czasu. Jeśli chcecie wsiąść w autobus, pójdzie na tę drugą stronę jezdni (tę nieintuicyjną).

Skoro mowa o autobusach, trzeba powiedzieć o tym, jak wspaniałe są maltańskie autobusy. Przeniosą nas do lat 50-tych albo jeszcze wcześniej. Jest ich razem ponad 500. Wszystkie pomalowane do połowy intensywną żółtą farbą, góra na biało, a po środku pomarańczowy pasek. Zobaczycie ich mnóstwo i trudno będzie znaleźć dwa podobne.
Bilet kosztuje niecałe 50 centów, kupuje się go u kierowcy. Cała wyspa jest poprzecinana licznymi liniami autobusowymi. Prawie wszystkie mają jedną pętlę w stolicy. Często jeśli chcemy przejechać z jednego miejsca do innego odległego o 10 km, musimy przejechać 15km, zaczepiając o stolicę. Wszystkie stają na jednym placu. Zapewniam was, że będziecie tam często (i często będzie szukać swojego autobusu). Każdy autobus na numer, rozkład i trasę, ale lepiej spytać kierowcę. Oni zawsze pomogą i zdecydowanie lepiej znają rozkład (w końcu to naciskają na gaz).

Podróżowanie autobusem to przygoda sama w sobie. Zdarza się, że autobus ma z tyłu jeden numer, a z przodu zupełnie inny. Albo, że kierowca powie, żebyście czekali na następny, bo on już nie ma miejsca. Wy pewnie powiecie, że jest, ale oni chyba nie chcą ryzykować zgubieniem pasażerów. Przednie drzwi są zawsze otwarte. Gdy jest tłok, trzeba uważać, żeby nie wypaść. Zdarzają się też kontrole biletów. I nie myślcie, że jesteście sprytni i wypatrzycie panów w niebieskich koszulach zanim wsiądą do pojazdu. To działa u nas. Maltańscy kontrolerzy wsiadają na zakrętach. Po kupieniu biletu warto schować go do portfela, bardzo łatwo je zniszczyć. Bilety tygodniowe wyglądają praktycznie tak samo (trzy centymetrowy skrawek papieru). Kolejna śmieszna sprawa to przystanki na żądanie. Jeśli chcemy wysiąść z autobusu pociągamy za długi sznurek przeciągnięty po suficie przez cały autobus. Sznurek połączony jest z dzwonkiem podobnym do tych, które moje pokolenie pamięta z podstawówki. W ten sposób kierowca dowiaduje się, że ktoś chce wysiąść. Kierowca to zazwyczaj pan koło pięćdziesiątki, dobrze odżywiony, wiecznie uśmiechnięty. Tworzy on w swoim miejscu pracy swojego rodzaju ołtarzyk. Masa świętych obrazków, sztucznych kwiatów, pachnących choinek, zdjęcia rodzinne, figurki i napisy typu "Only Jesus can save us" lub "Take life as it comes" .

Malta to szalona połączenie. Połączenie, które wydaje się nierealne. Tak długo, aż się tu nie przyjedzie. Język z rodziny arabskich, zapisywany jak nasz, angielskie puby, pełne najprawdziwszych anglików (nawet angielskie piwa), krajobraz wygląda trochę jak sawanna, w restauracja można znaleźć włoską pizzę i brytyjskie fast foody, na ulicach zamiast kasztana rośnie granat, a zamiast krzaków kaktusy, telefony to znane, czerwone, angielskie budki, ludzie tacy arabscy, ale na terenie wielkości Wrocławia mają 365 kościołów (katolickich!).
Nawet architektura jest pomieszana. Budulec to jasny kamień, przez co wygląda to jak Egipt. Porozwieszane pranie, kolorowe drewniane okiennice i ciasne uliczki są bardzo włoskie. Niska zabudowa taka angielska. To prawdziwie oryginalna mieszanka.

Ludzie są bardzo pogodni, może to przez to słońce. Tam wydaje się być jeszcze bardziej szalone niż w Hiszpanii. Podobno w zimie nadal jest paręnaście stopni na plusie (minusem jest to, że nie widzieli nigdy śniegu). Woda w morzu gorąca, mimo, że to październik. Trzeba tylko uważać na meduzy, które występują w dużych ilościach i są do tego nieprzyjemnie toksyczne (nie sprawdzałem, wierzę na słowo). Wracając do temat mieszkańców. Bardzo rozmowni, często zagadują, opowiadają o wyspie, doradzają, gdzie sie udać, a co najważniejsze zawsze pomogą.


c.d.n.

Residencia de estudiantes Pargue De Las Islas - czyli ja się żyje na akademikach:P

Wiem, że obiecywałem wyciecze po Lagunie, ale to też nastąpi, tylko chwilowo mi się nie chce o tym pisać:P Teraz naszło mnie na opowiadanie o akademikach w la Lagunie... Entonces...

Tak jak wspominałem wcześniej, byłem na miejscu już dzień przed otwarciem akademików. tak wtedy było tu cicho i spokojnie:) potem wprowadzili się erasmusi. Wtedy to zobaczyliśmy jak wyglądają pokoje;) pierwszym minusem... nie ma internetu w pokoju:P Ale już podczas pierwszego spaceru odkryłem, że jest w budynku opodal, więc nie jest tak źle:P w tym samym budynku jest także siłownia i pokój z tv;) No ale dalej. Między budynkami są miejsca na roślinki. Rosną tu palmy i kaktusy, a między nimi biegają strasznie liczne tutaj jaszczurki:P ale to za dnia;) w nocy wychodzą las cucarachas;) co to jest? hmmm... Pamiętacie piosenkę "La cucaracha, la cucaracha..." Tutaj uświadomili mi co to słowo znaczy:P tak! piosenka z dzieciństwa opowiada o karaluchu pozbawionym nóżek:P i to właśnie są stworzonka, biegające nocą:P Na szczęście nie znalazłem żadnego w pokoju, ale już obie Kasie opowiadały, że miały:P i przyznam, że są to zwierzaki spore;)

Dość szybko wyszedł też kolejny minus mieszania tutaj... kuchnia, oraz lodówka:P jest jedna mała lodówka na cały akademik:) ale jest w kuchni (niby oczywiste:P) ale żeby wejść do kuchni, trzeba mieć klucz;), żeby go dostać trzeba pójść do recepcji (w jeszcze innym budynku:P), a po skorzystaniu oddać:) jeśli się coś gotuje ok... ale do śniadania? nie warto:P dlatego trzeba raz na dwa-trzy dni chodzić do alcampo po nowe zakupy i kupować mało, albo rzeczy, które się bez lodówki nie zepsują:P trochę to uciążliwe, bo taki wypad, to jakaś godzina, albo i więcej:P

Kanaryjskie podejście do życia:)

Niby fajne:) ludzie wyluzowani, robią coś jak muszą:P ogólnie wesoło:) ale... tak jak wspominałem jak się tu wprowadzałem, było cicho i spokojnie:) dopiero jak wprowadzili się miejscowi (większość z nich miała w tutejszym magazynie lodówki, stoły, telewizory, nawet klimatyzacje:P więc im żyje się fajnie:P) trochę się ożywiło, ale nadal było wesoło:) ale przyszły robotnicy:) i teraz pytanie, na które odpowiedzi nie znam:P dlaczego kuchni w moim akademiku nie można było zrobić zanim wprowadzili się ludzie? było by łatwiej i sprawniej:P Ale najfajniejszy i tak jest młot pneumatyczny startujący codziennie koło 7 rano:P po imprezie, jak jesteś w pokoju koło 5, nie jest to tak miłe:P więc teraz mamy trochę utrudnione życie, bo cały teren jest rozkopany i mamy specjalne mostki, żeby po nich chodzić:P (dlaczego dopiero teraz? nie wiem:P)

Kolejnym problemem podczas mieszkania samemu jest pranie:P mają tutaj całkiem dużą i fajną pralnie:) jest koło 10 pralek i zawsze jest jakaś wolna, więc jest miło:) jest też dużo sznurków do powieszenia, niektóre pod dachem (bo zdarza się, że pada, jak już pisałem:P) niektóre na słońcu, ale wszystkie na powietrzu:P I teraz mój osobisty problem:P Nie umiem dogadać się z tutejszymi pralkami;) ostatnio wstawiłem pranie, szczęśliwy wróciłem po jakichś dwóch godzinach, dalej pierze... wróciłem po jakimś czasie:) pierze:P zająłem się czymś innym przyszedłem kiedy już się ściemniło:P pierze:P nie potrafiłem zrozumieć zachowania tej pralki, ale postanowiłem przyjść rano:P niestety i wtedy pralka dalej młóciła moje pranie:P i teraz nie przesadzam, nie żartuje i nie wkręcam:P pranie było w środku ponad 24 godziny:P i przez cały ten czas bęben pracował a w środku była piana (?) w końcu zrobiłem hard reset i wyciągnąłem wtyczkę, a potem pranie:P na szczęście nie rozpadło się:P (ale żeby nie było, że ze mnie taka ofiara, zdarzały mi się też normalne prania:P)

Kiedy już zrobimy pranie, należy je wyprasować:) są żelazka do wypożyczenia w recepcji:) jest z nimi tylko jeden problem:P mają duże wtyczki co w tym złego? to że takie rzeczy można podłączyć tylko w łazience:P więc pozostaje nam prasować na łazienkowej podłodze, albo na desce klozetowej:P Na dzień obecny odziedziczyłem stare żelazko odkupione za 5 euro, które pasuje do wszystkich gniazdek i kulturalnie prasuje na łózko:)

No to może coś zjemy? Tak jak pisałem kuchnia była w remoncie obecnie trzeba iść po klucz:P wcześniej trzeba było sobie radzić:P Kupiłem sobie czajnik za jakieś 12 euro i całkiem dobrze sobie z nim radziłem:) tak jak pisałem gotowałem w nim makaron:P całkiem dobrze radzą sobie też parówki, a ostatnio ugotowałem jajko:P (ale to gotuje się dość długo:P)

Ale jedno jest pewne:) na akademikach miesza się mimo to sympatycznie i ciekawie, i tubylcy robią dobre imprezy (ostatnio do 3 w nocy grali na bębnach:P) jednak mimo to... coraz więcej ludzi się stąd wynosi, a co najfajniejsze... nawet pracownicy akademików, czy uczelni mówią "jeszcze tego nie zrobiłeś?":P Więc moja rada na przyszłość:P Jeśli chcesz mieszkać w akademiku sprawdź czy jest kuchnia i na ile dostępna:P dowiedz się o lodówkę, a także;) nawet jeśli napiszą, że jest internet sprawdź co mają na myśli:P

Za to jest plus:) w tych jednoosobowych pokojach z powodzeniem mogą mieszkać dwie osoby (sprawdzone! ;) )

czwartek, 8 października 2009

¡LLUEVE!

Tak tak... Post będzie wyjątkowo krótki, ale niezmiernie istotny:P

Wszyscy śmiali się z Eli "Wzięłaś płaszcz przeciwdeszczowy?" i inne takie:P a tu w międzyczasie człowiek jedzie sobie spokojnie na kanary:P W ogóle tak na wszelki wypadek wziąłem jakąś bluzę, bo przecież jadę na zimę:P wziąłem też kurtkę, bo pomyślałem, że się w górach przyda, a tu niespodzianka:P deszcz:P O tak... Na Teneryfie też potrafi padać deszcz... fakty są takie, że pada tu od czasu do czasu;) znaczy kropi sobie spokojnie, szczególnie nocami:P ale niegroźnie:P ale teraz... teraz to mogę powiedzieć, że pada:P Widziałem dziewczynę z parasolką i inną wbiegającą do akademika w przemoczonych włosach:P Whoo-ah! W ogóle tutejsi są śmieszni;) Wczoraj rozmawialiśmy z jednym tubylcem, pokazującym jak się zimą rozmawia w Polsce:P skulił się, pocierał ręce, żeby je rozgrzać i co dwa słowa chuchał sobie w te ręce:P Trzeba by któregoś wsiąść zimą do ojczyzny, żeby się przekonał jak jest fajnie:P

Aha! Dla nieznających języka:P tytuł postu to "Deszcz!", albo "Pada!"

piątek, 2 października 2009

Najwspanialsza stolica na świecie!!!

Znając życie zaraz zacznie się wielki krzyk: Jacenty zacznie krzyczeć, że to Paryż jest najpiękniejszy, ktoś inny może że Rzym czy chociażby Praga... ale ja Wam mówię - Dublin! Dlaczego? Bo na piękno miasta składają się nie tylko budynki, ale też - a raczej przede wszystkim - ludzie!!! A pod tym względem - stolicy Irlandii nic nie przebije!

Jak to się zaczęło...
Że Dublin trzeba odwiedzić - wiedzieliśmy od pierwszego dnia przyjazdu tutaj. Pytanie tylko - kiedy. W ostatni weekend akurat nadarzyła się okazja - 250 urodziny Guinnessa. Przygotowania nie trwały długo - zebraliśmy ekipę(5 Francuzów, 2 Niemki, 3 Polacy + 2 Francuzi których zastaliśmy na miejscu). Sorhaja zarezerwowała miejsca w hostelu (najtańszy w Dublinie, a naprawdę blisko centrum - Brown Hostel - ok. 10€/os/noc) a my - bilety(City Link - bookując bilety online płaciło się 5€/os/w 1 stronę - zamiast standardowych 15€...) i już - jedziemy!
W piątek stawiliśmy się na Coach Station w Galway jakieś 20 min przed odjazdem autobusu. Chwile później zorientowaliśmy się, że do bramki 'D', która była naszą bramką, uformowała się dłuuuga kolejka. No cóż - grzecznie stanęliśmy sobie na jej końcu. Potem było jakieś zamieszanie, ale byliśmy tak zaaferowani rozmową ze sobą, że nie za bardzo wiedzieliśmy o co chodzi... zresztą - przecież mamy bilety, nie ma się czym przejmować. Gdy wreszcie przyszła kolej na nas - okazało się że nie ma już miejsc dla naszej 10-tki!!! Po burzliwej kłótni z Panem biletowym okazało się, że na samym początku krzyczał on: 'Booked online tickets first!!!' ale niestety kłębił się wtedy wokół niego dźwiękoszczelny tłum, a my nie znaliśmy tutejszych 'procedur' więc cóż -uznano że nie zjawiliśmy sie, czyli nie jedziemy, czyli nasze miejsca sprzedali tej krętej kolejce która była przed nami... Pan jednak okazał się naprawdę miły, przebookował nam bilety i ładnie się do nas uśmiechał. Nie pozostało nam nic innego jak czekać na następny autobus. Tym razem zajęliśmy miejsce tuż przy bramce, więc gdy godzinę później kolejny pan krzyknął: 'Booked tickets!' - to my byliśmy pierwsi;)
Jeszcze tylko 3,5 godziny podróży, gdzie pod koniec musieliśmy w skupieniu wypatrywać naszego przystanku: 'Dublin City Burgh Quay' (najbliżej centrum) i już, jesteśmy!!!

Angielsko - Francuski...
Na przystanku przywitała nas Marianna, która załapała się na autobus godzinę wcześniej i teraz miała nam pokazać drogę do hostelu. I tutaj, muszę przyznać że byłam trochę zaskoczona - bo najpierw pogadała z nami po angielsku - mówiła na prawdę bardzo dobrze - a potem zaczęła rozmawiać po francusku z francuzami... hmmm - Irlandka, która tak dobrze mówi po Francusku - aż tak to nie, bo mówiła dobrze, ale mimo wszystko bez Irlandzkiego akcentu. To może Francuska która tak dobrze mówi po angielsku...? To też nie pasuje. Poznałam tutaj już wielu ludzi z różnych krajów i niestety Francuzom (jak i Hiszpanom) trzeba przyznać jedno - uczenie się angielskiego przychodzi im ze strasznym trudem (głównie z powodu bardzo silnego akcentu, którego ciężko jest im się pozbyć). Najbardziej widoczne jest to na imprezach - jeśli jest ona zdominowana przez Hiszpanów lub Francuzów - bardzo szybko zaczynają oni ignorować to, że mimo wszystko nie wszyscy znają ich język i Francuzi - mówią po francusku (bo oni naprawdę kochają swój język) a Hiszpanie - po hiszpańsku (bo oni naprawdę kochają gadać;P ). A tu - niespodzianka! To była pierwsza Francuzka, której naprawdę zazdrościłam jej angielskiego!!! Ale nie ma się co dziwić - zakochała się w Irlandii jakiś czas temu i spędziła tutaj już duuużo czasu - głównie pracując u Irlandzkiej rodziny jako opiekunka do dzieci. Dobry sposób;)

250 urodziny Guinnessa
Z tej okazji działo się trochę ciekawych rzeczy w Dublinie. Mianowicie w dzień, w którym przyjechaliśmy był 'dzień i noc muzeów, wystaw itp' czyli do 11p.m. wszędzie gdzie się tylko chce - wstęp wolny + darmowe autobusy jeżdżące po mieście. Minusem było to że mieliśmy dość mało czasu - gdy dotarliśmy do hostelu, żeby zostawić rzeczy - była jakaś 9p.m. - wiedzieliśmy że czasu starczy nam na tylko jedno miejsce. Długo się nie zastanawialiśmy - Fabryka Guinnessa!!!
Normalnie wstęp kosztuje 8€. Największą atrakcją jest to, że dostając bilet (w naszym przypadku - jak już wspomniałam - za free) dostaje się kupon, który można wykorzystać wymieniając na pintę Guinnessa w knajpce na samej górze, albo biorąc krótką lekcję i nalewając swoją własną pintę;) Wszystkich odstraszyła potworna kolejka do tej drugiej formy wykorzystania kuponu, ale ja stwierdziłam, że nie przepuszczę takiej okazji!!! Towarzystwa dzielnie dotrzymał mi Paweł. Było warto!!! Bo gdyby nie to...
Szczęśliwi, ze swoją własnoręcznie nalaną pintą Guinnessa, szukaliśmy miejsca żeby usiąść i ją wypić;) Dosiedliśmy się do jakichś 2 ludzi. I nawet nie wiem od czego się zaczęła nasza rozmowa: od tego, że oni są 'rodowitymi' Dublińczykami, czy że my jesteśmy z Polski i studiujemy w Galway... ale nagle się okazało np. że ojciec Sean'a ma kamienice we wrocławskim rynku!!! Sean natomiast nigdy tam jeszcze nie był - więc oczywiście zaprosiłam go;) powiedziałam że koniecznie musi tam pojechać - tożto przecież najpiękniejsze miasto w Polsce;) I od słowa do słowa... skończyło się na krótkiej lekcji języka irlandzkiego i wymienienia się numerami telefonu i mailami;)

Tego wieczoru odwiedziliśmy jeszcze - jak się później okazało - najbardziej popularny pub w Dublinie - The Templer Bar. Był naprawdę świetny, z klimatyczną irlandzką muzyką (oczywiście na żywo) ale... jak tam kiedyś będziecie - lepiej nie kupujcie Guinnessa... zgadnijcie ile kosztuje ;P (6,10€)

Darmowy tour po Dublinie.
Codziennie, o godzienie 11a.m. oraz 1p.m. spod City Hall wyrusza darmowa wycieczka po Dublinie. Przewodnikami są zazwyczaj studenci-wolontariusze, którym nikt za to nie płaci. Toteż nasz na początku powiedział nam: 'Fell free to give me a tip in the end of the tour' bo to jedyny sposób w jaki dostają oni wynagrodzenie za oprowadzanie turystów. Ale trzeba przyznać - że nasz 'przewodnik' naprawdę na napiwek zasłużył!!! Był typowym Irlandczykiem - ogniście rude włosy, wszędzie piegi, niesamowicie niebieskie oczy;p Ale co ważniejsze - miał niesamowite poczucie humoru - pierwszy przewodnik, którego kawały naprawdę były śmieszne!!! Już nie mówiąc o tym, że o wszystkim opowiadał z niesamowitą pasją!!! Aż miło się słuchało;)
Potem - czas na obiad! I tutaj mała rada - jeśli chcecie zjeść w jakiejś knajpce to radzę zdążyć przed 5p.m. - wtedy można jeszcze kupić irlandzkie śniadanie, lub coś typu lunch który wygląda jak obiad, a kosztuje 10€ (po 5p.m. obiad kosztuje np. 22€). My na szczęście - zdążyliśmy;)

Irish breakfast
: bekon, sadzone jajka, kiełbaski, duszone ziemniaki, smażone pomidory, tosty, czarny i biały pudding (nie wiem z czego składa się biały - ale czarny to coś typu kaszanka...). Cena (w Dublinie na Tample Bar street) 8,99€
Irish stew: coś typu naszego gularzu. Cena: 10€
Danie dnia
: pierś z kurczaka, sos, frytki, sałatka. Cena: 10€

Irlandzkie szaleństwo
Nadszedł wieczór - nadszedł czas na to, żeby zgodnie z obietnicą odezwać się do Sean'a. Zaprosił nas do Tea Garden, gdzie siedział z grupą swoich znajomych. W ogóle - samo miejsce było niesamowite - znajduje się przy jednej z głównych ulic Dublina (dla zainteresowanych: 7 Lower Ormond) i z zewnątrz totalnie nie wygląda na to, że kryje w sobie coś takiego!!! Klimat niesamowicie relaksujący, można usiąść po turecku, zamówić sziszę i herbatkę, rozkoszować się jej smakiem i miłą rozmową;) A rozmowa sama w sobie bardzo ucząca - bo z 6-ma Irlandczykami;)
Potem poszliśmy trochę poszaleć w Dublińskich pubach, a potem nawet kubach. Załapaliśmy się na jakiś koncert nawet;) A nasi nowi znajomi okazali się naprawdę zabawni;) Obiecali nam odwiedzić nas w Galway. No a w przyszłym roku spotykamy się wszyscy we Wrocławiu!!!;)

Kuchnia studencka

Tak jak obiecałem będzie o tym, jak gotujemy w Hiszpanii, o cenach produktów i całej reszcie tematów pochodnych.

Wiadomo, że najlepiej zakupy jest robić hurtowo. Kupowanie w dużych ilościach jest tańsze, a przy tym nie traci się codziennie czasu na jeżdżenie do sklepu. Są też wady - jak się ostatnio przekonaliśmy. Trzeba pilnować daty ważności. Jedzenie tutaj - trochę jak w Anglii - psuje się szybciej niż u nas.

Najbliższy sklep spożywczy jest na terenie akademików, w zasadzie jakieś 100m od nas. Jak wiadomo jest on też najdroższy. W najbliższej miejscowości jest mały supermarket, coś na wzór naszej Biedronki, dojdziemy tak w 15 minut, a ceny są znośne. Jedna stację dalej w kierunku Sabadell znajduje się duże centrum handlowe. Tam warto udać się do AlCampo, chyba niższych cen się nie znajdzie. Oczywiście jakieś poszczególne produkty będą tańsze w Dia czy LIDL.

Zapewne nasz tryb żywieniowy trochę się tu zmienił. Wygląda to tak, śniadanie to płatki z mlekiem. Ewentualne drugie śniadanie składa się rogalika z dżemem/czekoladą + jogurt/deser budyniowy. W ciągu dnia znika z lodówki jakiś owoc (jabłko, gruszka, kiwi, banan czy pomarańcza). Późnym popołudniem przychodzi czas na obiadokolację. Potrawa zależy od kucharza i jego dnia. Muszę przyznać, że Asia jest prawdziwym mistrzem (zobaczcie zdjęcia!). Do obiadu (zwykle jakiś konkret, sałatka) pijemy lampkę wina. Czasem wieczorem jak jest okazja wypijamy sobie szampana albo cydr (oczywiście z umiarkowaniem:).

A ile to wszystko kosztuje? Dokładne ceny produktów na dole strony. Ogólne wyliczenie - zakładając, że kupujemy w większych marketach - przedstawia się następująco:

Przykładowe śniadanko:
mleko (500ml) z płatkami (100g) + jogurt (125g) + 2 rogaliki + banan = 0,9€ /os.

Przykładowa obiadokolacja:
tortellini (200g) z pesto i szpinakiem (250g) = 1,0€ /os.
ryż (250g) z filetem z ryby (200g) = 1,2€ /os.
makaron (250g) z sosem pomidorowym (200g) i serem (60g) = 0,8€ /os.

Dodatki:
sałatka (pomidor, cebula, kukurydza, papryka) = 0,5€ /os.
kieliszek wina (170ml): 0,5€ /os.


I tak to właśnie wychodzi, że jak się chcę dobrze zjeść to wcale nie trzeba wydać. Oczywiście tak długo jak ma się ochotę i siły na gotowanie. Oczywiście można też znaleźć tu półprodukty, które wymagają wrzucenia na patelnię i tak za 2€ można mieć pizze czy kotlety. Fajnym pomysłem jest też gotowanie trochę więcej. Potem tylko w pudełko, następnego dnia odgrzać w mikrofalówce i jest dobry obiad :)

Myślę, że ten post będzie uzupełniany, więc jeśli będzie wyjeżdżać do Hiszpanii, to polecam jeszcze raz zajrzeć i sprawdzić ceny.


Ceny produktów

Napoje

Cydr: 0,7-2€ /0,75l
Wino: 1-3€ /0,75l
Szampan: 1,5€ /0,75l
Mleko: 0,45-0,6€ /1l
Sok: 0,45-0,7€ /1l
Woda: 0,7-1€ /5l
Sangria: 2€ /1,5l
Crema catalana: 7,5€ /0,75l


Warzywa

Mieszanka mrożona: 1€
Brokuły: 1€
Kukurydza słodka (puszka): 0,5€ /300g
Pieczarki: 0,85€ /350g
Ziemniaki: 1€ /kg
Por: 0,3€ /szt.
Pomidory: 1-2€ /kg
Szpinak: 1,5€ /kg
Papryka: 1 € /kg
Czosnek: 1,85 /500g
Cebula: 1€ /2kg
Sałata lodowa: 0,7€ /szt.
Oliwki (puszka): 0,4€ /400g


Owoce

Banany: 1€ /kg
Cytryna: 0,25€ /szt.
Granat: 0,9€ /szt.
Jabłka: 1€ /kg
Kiwi: 0,4€ /szt.


Słodycze

Deser budyniowy: 0,2€
Rogaliki: 0,65€ /12 szt.
Magdalenki: 0,59€ /12 szt.
Czekolada gorzka: 0,59€ /100g
Czekolada mleczna Lindt: 0,89€ /125g
Dżem trusk.: 1,09€
Dżem brzosk. Bonne Maman: 1,45€
Lody kawowe: 1,85€ /litr
Krem kakaowy: 1,39€ /400g


Mięso i ryby

Filet z ryby: 0,8-2,5€ /200g
Kurczak (noga): 2€ /6 szt.
Kurczak (skrzydełko): 2€ /6 szt.


Inne

Makaron (penne/spaghetti): 0,75€ /kg
Ryż: 0,75€ /kg
Przecież pomidorowy: 1€ /litr
Olej: 0,89€ /litr
Pesto: 1-2€ /200g
Mąka: 1,4€ /250g
Sól: 0,2€ /kg
Cukier: 0,8€ /kg
Płatki kukurydziane:0,8€ /750g
Majonez Hellman's: 1,4€ /450g
Jogurt: 0,25€ /125g
Margaryna: 0,75€ /500g
Przyprawy (oregano, papryka, pieprz): 0,5€ /15g (słoiczek)
Chleb tostowy: 1€ /700g
Tortellini: 0,89€ /400g
Sos carbonara: 1,2€ /opak.
Jajka: 1,1€ /12szt.

czwartek, 1 października 2009

Eu amo Oporto

Eu amo Oporto [eł emu u portu]. To były słowa, które mieliśmy powiedzieć do mikrofonu. Poprosili nas o to portugalscy studenci dziennikarstwa spotkani na targu podobnym, do tych ukraińskich. Znaczy tylko tyle "Kocham Porto" i w momencie kiedy to wypowiadaliśmy - zaledwie 30 godzin po przylocie - było to w 100% prawdziwe. Ale to jest środek historii, posłuchajcie od początku.

Do wschodu słońca było jeszcze daleko. Był to jeden z nielicznych momentów w Hiszpanii kiedy można zmarznąć. Siedzieliśmy lekko zdenerwowani w oczekiwaniu na pociąg. Poprzedni odjechał w momencie wbiegania na peron. Wszystko przez to, że musiałem wrócić się po śpiwór (niesamowite, że pakując do plecaka 6 rzeczy zapomniałem najważniejszego - naszego łóżka), a źle nastawiony zegarek utwierdził mnie w przekonaniu, że mam jeszcze czas na wyjęcie gotówki z bankomatu.
Pociągi rano kursują rzadziej. W głowie liczyłem ile będzie czasu na przesiadkę. Czy 15 minut starczy na dojście do dworca na ostatni autobus do Girony?
Przyjechał, my wsiedliśmy. Klimatyzacja w pociągu nad ranem kiedy jest zimno nie jest aż takim luksusem. Jakimś sposobem znaleźliśmy miejsce siedzące. O tej porze środki transportu pełne są śpiących Katalończyków wybierających się do pracy.
Wysiedliśmy. W zasadzie można by powiedzieć wybiegliśmy. Kilka korytarzy, kilka ruchomych schodów dalej i jesteśmy w metrze. Tylko 2 przystanki i będziemy na miejscu. Na szczęście znamy trasę. Dobiegliśmy na miejsce kilka minut przed odjazdem. Tylko gdzie się kupuje bilety. Oszczędzę innym czasu, którego wtedy nie miałem i powiem: Na piętrze jest specjalne stanowisko Girona Airport. I jeszcze jedno: Przyjmują tylko gotówkę.

Rankiem w Barcelonie nie ma jeszcze korków. Aut jest mnóstwo, ale cała ta rzeka jakoś płynie, przemieszcza się. Jechaliśmy w pełnym autobusie, wszyscy lekko śpiący. Nad morzem wschodziło słońce. Niebo zapowiadało kolejny ciepły dzień w Hiszpanii. Wysiedliśmy na 15 minut przed zamknięciem bramek. Jak się okazało później był to czas otwarcia bramek, a nie zamknięcia. Zdążyliśmy pozwiedzać jeszcze sklepy na lotnisku.

Niecałe 40 minut później lądowaliśmy w równie słonecznym kraju. Z tą różnicą, że tam znają słowo wiatr. Jest też zdecydowanie więcej zieleni. Właściwie podróż trwa 1h40, ale ze względu na położenie (najbardziej na wschód w Europie) Portugalia daje podróżnym godzinę więcej, którą oddajemy wyjeżdżając.
Lotnisko jest ok. 12km na północ od miasta. Dojeżdża tam metro (linia fioletowa - E). Podróż trwa ok. 30 minut. Bilety (niebieskie z napisem Andante) kupuje się w automacie na stacji. W razie problemów jest tam specjalny pracownik, który pomaga je nabyć (wierzcie, że jest to problem nie tylko dla turystów). Trzeba też pamiętać, że bilety są okresowe, można się przesiadać i należy je skasować przed wejściem do pojazdu (który przypomina niemiecki standard). Biletu, broń Boże, nie wyrzucać. Przyda nam się jeszcze nie raz, bowiem są to karty, które można doładować.

Wysiedliśmy na jednej z ważniejszych stacji, Trindade (tzn. Trójca). Wstąpiliśmy do pobliskiej kawiarni i zostaliśmy mile zaskoczeni ilością słodkości jakie tu mają. Oczywiście nie dało rady spróbować wszystkiego. Ale spokojnie możemy polecić kilka rzeczy.

Pastel de nata (Pastel de Belem)

Croissant (rogalik, ale inny niż te francuskie), queque (babeczka z nadzieniem pomarańczowym, obtoczona w cukrze), miodowy piernik i wielka pianka z ciastem francuskim

Bola de berlim (maślana bułka z masą kokosową)

Jeszcze jedną słodką rzeczą, którą musicie spróbować w Portugalii, są rabanadas - smażone kromki chleba. Jest to tradycyjna portugalska potrawa świąteczna. Smakołyk jest sycący, pyszny (szczególnie na ciepło) i tani (zaledwie 0,10€). O portugalskiej gastronomii będzie jeszcze później.

Więcej o portowych przygodach napisze Asia, ja tymczasem wrócę do tytułu naszego bloga (taniego podróżowania) i kilku praktycznych rad.
Cena transportu właściwie została uzależniona od ceny biletów na lotnisku (bilety lotnicze kosztowały znów 1€). Od naszego domu do Girony jest kawałek (ok. 100km, metro+autobus 24€/os. w 2 strony). Na szczęście koszt przejechania z portu lotniczego do centrum Porto to koszt zwykłego bilety (należy kupić bilet z4 - an cztery strefy). Za nocleg też nie płaciliśmy. Warunki nie były luksusowe, bo światła w hali na lotnisku zgasili ok. 2. w nocy, a już koło 7. rano zebrał się spory (czyt. głośny) tłum ludzi i musieliśmy wstawać. Ale po raz kolejny udało nam się zostawić trochę pieniędzy w portfelu i wydać je na znacznie przyjemniejszy sprawy (np. specjały lokalnej kuchni). Na dole przykładowe ceny w Portugalii (znacznie niższe niż w Hiszpanii).

Bilet (titulo)na 4 strefy (lotnisko-centrum): 1,45€
Dodatkowa opłata za kartę: 0,50€
Ciasto w ciastkarni (confeiteria): 0,50€-0,75€
Kawa z mlekiem (meia de leite): 0,55-0,85€
Ryba, frytki, ryż i sałatka: 4,5€
Szklanka porto w knajpce: 1,2€
Butelka porto w sklepie: 3,2€
Kieliszek wina stołowego (copa de vinho branco): 0,5€
Kilogram oliwek na placu: 3-5€