czwartek, 1 lipca 2010

Zaragoza - Madrid

Będzie bardzo krótko, po jak zwykle się spieszymy.



Pobudka w Zaragozie była trochę nieprzyjemna, 8. rano, upał, wszystkie kości strzelają. Krótka gimnastyka i ruszamy na zwiedzanie. Pierwszy punkt wycieczki to obowiązkowo kawa. Zadziwiająco tania, bo jedynie 60 centów. Następne kilka godzin szwędaliśmy się po centrum. Przewodnik nas trochę oszukał, bo miejsce zaznaczane jako bardzo interesujące były zwykle i odwrotnie. Ale chyba udało nam się zobaczyć to, co najważniejsze.





Kilka godzin później szukaliśy miejsca do parkowania pod madryckim lotniskiem. Oczywiście darmowa strefa była w znaczącej odległości. Na szczęście było blisko do stacji metra. Było późne popołudnie, więc mieliśmy jeszcze czas na zwiedzanie stolicy. Spotkaliśy się z naszym znajomy z Izraela, którego poznaliśmy tydzień wcześniej w Barcelonie i z naszym brazylijskim przewodnikiem, który miał pokazać nam miasto. Na początku udaliśmy się do muzeum, dość niezwykłego, było to muzeum szynki (Museo del Jamon). Tak naprawdę to popularna knajpka tuż koło głównego placu (Placa del Sol). Wszystko kosztuje 1€ (kanapki, kawa, piwo, wino), a tapas są dodawane gratis do piwa/wina! Polecam!
Na następną przygodę kulinarną poszliśmy do dzielnicy Lavapies (dzielnicy imigrantów), sok z baobaba i kuchnia senagalska była tania i wyśmienita.
Wieczór zleciał nam na siedzenie w centrum miasta i rozmowach o Brazylii, Izralu i innych odległych krainach.
Wieczorem musieliśmy się pożegnać i wrócić na lotnisko. Kilka godzin snu i do Afryki.
O tym napiszemy następnym razem, jak znajdziemy Internet ;)



1 komentarz:

  1. Byłem w tej samej senegalskiej kanjpie co wy:) fantastyczna ;) Polecam głebszą eksploracje Lavapies!

    OdpowiedzUsuń