sobota, 24 lipca 2010
Książki
Trochę inaczej wygląda to w Portugalii. Powiedziano mi, że tam się za bardzo nie czyta i ceny są wysokie. Problem trochę jak z kurą i jajkiem. Nie wiadomo czy nie czytają, bo drogie. Czy drogie, bo nie czytają. Nawet jeśli znajdzie się książki używane, to ceny nie spadają poniżej połowy ceny nowej książki.
W Hiszpanii było jeszcze inaczej. Książki w księgarniach średnio-drogie, jak na moją kieszeń to nawet drogie. Połowa książek jest sprzedawana w ciągu jednego dnia (23. kwietnia). Na szczęście jest alternatywa. Jak zawsze w Hiszpanii trzeba się trochę naszukać, żeby ją znaleźć, ale za to jest naprawdę tanio. Na jednej z większych (i dłuższych ulic) jest mały garażyk, w którym można wziąć książki. Leżą tam całych dzień i czekać na czytających. Wszystko za darmo. Pozycje są w przeróżnych językach. Haczyk jest taki, że napis “książki za darmo” jest po kataloński, więc warto by sie nauczyć choć tej frazy.
piątek, 23 lipca 2010
Toma tu café en España
Poranne picie kawy nie było tylko metodą na obudzenie się, ale też możliwością połączenia się z cywilizacją (zakładając, że Wi-fi było dostępne), ustalenia planu dnia czy dopisania czegoś do dziennika podróży.
Po tych 3 tygodniach, konkurs na najtańszą kawę wygrała Zaragoza (całe 60 centów). Natomiast najdroższą kawę kupiliśmy w małej miejscowości (ok. 3000 mieszkańców) w Dordogne. 2 euro i 40 centów za zwykłe cafe au lait.
czwartek, 22 lipca 2010
Mała Bretania
Źródło Flickr
poniedziałek, 19 lipca 2010
Góra piachu
.jpg)
Odgłos oceanu, zachodzące słońce, potem nieprzeciętnie gwieździste niebo. Wspaniałe miejsce na nocleg. Jedyną problemem była niska temperatura, ale tuż po wschodzie ten problem zamienił się w “zbyt wysoka temperatura”. Mimo tego było warto! Widok z sypialnu o poranku – niezapomniany!
środa, 14 lipca 2010
Dzień niepodległości

Szaleństwo
Ja zdaję sobie sprawę, że ten mecz to było 115 minut patrzenia na to, jak jedni faulują drugich (10 żółtych kartek czy więcej?). Zdecydowanie mecz o trzecie miejsce był ciekawszy, ale mimo wszystko warto było czekać, bo bramka była ładna.
Przyznać muszę, że Oviedo było idealnym miejscem na oglądanie finału. Atmosfera, która panowała potem w mieście była szalona. Trąbki, fajerwerki, okrzyki. Klaksony nie przestały trąbić przez następną godzinę. Ludzie wymachiwali flagami, tańczyli na ulicach, jakiś pan udawał, że jest torreaoderem i wymachiwał flagą przed maską samochodu. Inny jechał autem, nie, on jechał na aucie, na jego masce dokładnie. Czysta hiszpańska radość.
niedziela, 11 lipca 2010
Dzień zjednoczenia Hiszpanii
Jak się dowiedzieliśmy nie tak dawno, flaga hiszpańska nie jest dumą dla Hiszpanów. Zwykle wolą flagi własnego regionu. Większość z nich nie lubi Madrytu i bardziej utożsamia się ze swoim miastem. Dobry przykład patriotyzmu lokalnego.

Jednak dzisiejszy dzień jest wyjątkowy. Co jakiś czas słychać okrzyki “viva España”, fajerwerki, wszyscy ubrani w hiszpańską flagę, ogólne zjednoczenie i miłość do kraju pojawiła się dziś w całym kraju. Dlaczego dziś? Bo dzisiaj jest finał mistrzostw świata piłki nożnej, w skrótcie “mundial”. Viva ESPAÑA!!
Pierwsze galicyjskie wrażenie

Jeśli ktoś lubi prawdziwą zieleń Irlandii i nie przeszkadza mu gęsta irlandzka mgła, Galicja będzie dla niego idealna. Jedyna róźnica polega na tym, że ta "hiszpańska Irlandia" jest bardzo górzysta. Kupno roweru jest chyba najbardziej bezsensownym pomysłem. Krótka wycieczka do sklepu zawiera w sobie 2 wejścia i 2 zejścia.
Roślinność przypomina trochę Polskę, dużo kasztanowców i debów. Pogoda jest trochę szalona. Przez 250 dni w roku pada deszcz. Strasznie zimno nie jest, ale wysoka wilgoć, która przedostaje się przez wszystko, naprawdę daje w kość. Po południu potrafi być ciepło. Może nie hiszpańsko ciepło, ale wystarczająco, żeby odziać się w krótkie spodenki. Oczywiście posiadanie bluzy przy sobie jest zawsze dobrym pomysłem, bo pogoda zmienną jest.

Nasz pierwszy galicyjski poranek był bardzo mglisty, a noc, można powiedzieć, że była nawet zimna. Śniadanko w stylu francuskim (tost z dżemem i kakao) i w drogę. Zwiedzanie w mgle nie należy do najbardziej atrakcyjnych, a szkoda, bo Vigo jest bardzo górzyste i zapewnia ładne widoki na ocean. Na szczęście zanim dotarliśmy do głównych atrakcji, mgła zaczeła się rozrzedzać. Miasto nie znajduję się na liście światowego dziedzictwa Unesco, ale nasz gospodarz sprawił, że było warte chodzenia w dół i w górę.

Drugi największy port w Europie jest rzeczywiście spory (dłuższy niż sama miejscowość). Na jednym ze wzgórz znajduję się forteca obronna (na anglików), skąd można zobaczyć cały port (przy dobrej widoczności). Centrum miasta wygląda dość normalnie, duże budynki, duże sklepy. Po spacerze po starówce, przeszliśmy przez małą uliczkę, gdzie skosztować można świeżych małży. Na koniec wycieczka statkiem do sąsiedniej wysepki. Po powrocie z wycieczki zajęliśmy się obiadem, ale o kuchni galicyjskiej napiszę następnym razem.
sobota, 10 lipca 2010
Wenecko


Aveiro nazywane - moim zdanie błędnie - portugalską Wenecją. Może rzeczywiście łódeczki do przewozu turystów są trochę weneckie, ale samo miasto przypomina mieszkanke holenderskich miasteczek (kanały) i portugalskich wiosek (kafelki na ścianach).

Zwiedzanie miasteczka nie zajelo nam duzo czasu, wiec postanowilismy zjesc jeszcze obiadek. Rzecz, której nie mozna opuscic w Aveiro, to "Ovos moles" - lokalna specjalność robiona przez rozbełtanie żółtek z cukrem i wrzucenie i do wrzącej wody. Brzmi dziwnie, ale smakuje genialne. Oczywiście najeść się tym nie można. Potem wybraliśmy się do taniej knajpki na najbardziej popularne portugalskie danie - bacalhau. Podobno istnieje tyle sposób robienia go, ile jest dni w roku. Niektórzy mówią, że jest ich aż tysiąc. Tak czy inaczej, zdecydowanie dużo! My spróbowaliśmy wersję w śmietanie z ziemniakami i cebulą, tzw. "bacalahu com natas".
Gringo i Blanka na przedmieściach Afryki czyli Marakesz za 10 euro
Tytul chwytliwy i miły dla ucha, ale niestety nie do końca prawdziwy. Bo ani ja w Marakeszu nie byłam Blanką ani Jacenty nie był Gringo. Nie zaliczaliśmy się nawet do grupy Hiszpańskich Giris... Przechodząc obok marokańskich straganów otrzymywalismy natomiast setki innych imion. Najczęściej spotyka się E! lub Ejejej! - pospolte zawołanie na zatłoczonym placu. Każdy turysta to dla sprzedawcy także Amigo, bo w koncu przyjaźń zobowiązuje – najczęściej do zakupienia jednego z tysiąca produktów, oczywiście po jak najbardziej okazyjnej cenie (zwykle dziesięciokrotnie przekraczającej ceny dla tubylców).

Marokańczycy to mistrzowie marketingu. Kręcąc się w pobliżu stoisk z jedzeniem co chwilę słyszałam “you’re so skinny, you’re so skinny, you have to eat!” (“jesteś chuda, musisz jeść!”.) Każdy ze straganów zdaniem właścicieli miał co najmniej pięć gwiazdek, klimatyzacje a nawet rekomendacje Roberta Makłowicza. Trzeba przyznać, że choć reklama mocno mija się z prawdą, jedzenie było naprawdę smaczne i tanie. Ale o tym na pewno napisze Jacek – nie mam serca zabierac mu tej przyjemności:)

Przez pierwsze kilka godzin zafascynowani kręciliśmy się po głównym placu pełnym przedziwnych postaci. Zaklinacze węży, treserzy małp, sprzedawcy gołębi oraz muzycy z dalekich stron zjawiają się tam codziennie zarabiając dzięki przyjezdnym. Jednak po jakimś czasie krążenie po placu bardzo męczy – każde zdjęcie, próba nakręcenia filmu a czasem nawet spojrzenie wywołuje niezwłoczne żądnie pieniędzy. Grzeczne podziękowanieza marokańskie usługi nic nie daje – oporny turysta zostanie niezwłocznie przekonany, ze ta oto drewniana kobra to produkt pierwszej potrzeby, że bez zdjęcia z małpą absolutnie nie można wyjechać z Marakeszu, a tatuaż z henny jest niezbędny do szczęścia każdemu, kto odwiedza Maroko.
Zmęczeni nachalnym zachowaniem sprzedawców postanowiliśmy odkryć inne części Marakeszu. Z jasnymi włosami, w sukience do kolan (40 stopni!)– prawdziwa blanca - zupełnie nie pasowałam do tłumu ciemnookich kobiet zakrytych od stóp do głów. Ktoś inny na moim miejscu może byłby przerażony, okazuje się jednak, że mieszkańcy Marakeszu są bardzo tolerancyjni.Poza tym jako muzułmanie mają zakaz zabijania, kradzieży i oszustwa, w mieście można więc czuć się bezpieczniej niż w większości Europejskich metropolii. Niestety, okazuje się że zwiedzanie “nieturystycznej” części miasta wcale nie jest łatwe. Mieszkańcy Marakeszu wolą trzymać obcych z daleka od prawdziwego marokańskiego życia. W końcu turysta jest od tego by płacić – a odpowiednie ceny są tylko na placu. Tysiące razy słyszeliśmy “nie, nie tam nic nie ma”, “ta ulica jest zamknięta” od razu znajdowały się też dziesiątki chętnych by zaprowadzić nas do placa.

Nie tak latwo jednak nas pokonac. Byliśmy uparci – nie przyjechaliśmy po to, żeby przez dwa dni oglądać iluzję dla turystów. I wkońcu po kilku próbach nam się udało. Świat za kurtyną może nie jest piękny w naszym rozumieniu, ale w końcu poczułam, że jest prawdziwy. Biały skuter mknie przez tłum z zawrotną szybkością, wioząc głowę rodziny, jego zakrytą od stóp do głów małżonkę, a w między nimi dwójkę dzieci. Mały osiołek o smutnych oczach próbuje ciągnąć wózek dwa razy większy od niego, a właściciel popędza go z batem w ręce. Pięcioletnia dziewczynka siedzi na małym krzesełku, zarabiając sprzedawaniem ciastek. A wszędzie dookoła ludzie ciągle dokądś idący, zajęci swoimi sprawami i w końcu nie zwracający na nas uwagi. Tylko od czasu do czasu usłyszymy “no, no, placa this way” (“nie nie, plac jest tam”). Ale zaklęcie już na nas nie działa.
Marakesz jest za granicą? Nie, Marakesz jest za przepaścią. Przepaść dzieli nas w sposobie myślenia, religii, otaczającym nas świecie. Ale kiedy następnym razem zobaczycie w Europie zakrytą od stóp do głów kobietę wraz z muzułmańską rodziną, kiedy być może ogarnie Was strach przed nieznanym, pomyślcie o Blance i Gringo wędrujących bezpiecznie po ciasnych i krętych uliczkach Marakeszu. Może jednak możemy się od nich czegoś uczyć?
piątek, 9 lipca 2010
Camino de Outeiro numero 8
Szukaliśmy mieszkania naszego gospodarza. Mieliśmy rozrysowaną całą drogę, uliczka po uliczce. Trochę się pogubiliśmy, ale dojechaliśmy do miasta. Po godzinie znaleźliśmy się w odpowiedniej dzielnicy. Spytaliśmy o drogę, okazało się, że musimy zawrócić.
Następne 15 minut sprawdziły moje 5-letnie doświadczenie kierowcy. Prawdziwy koszmar! Droga była o 15 centrymetrów szersza niż auto. Pewnie nie wierzycie. Podam Wam adres, pojedziecie, uwierzycie!
Kiedy dotarliśmy do celu, okazało się, że nie tak łatwo jest znaleźć dom o numerze ósmym. Poprosiliśmy o pomoc starszego pana. Wytłumaczyliśmy mu całą historię: kogo szukamy, skąd go znamy, dlaczego nie możemy zadzwonić (komórka się rozładowała). Pan zaczął szukać z nami numeru ósmego. Spotkał swoją znajomą, której opowiedzieliśmy całą historię ponownie. Pan poszedł naładować naszą komórkę, a pani opowiedziała nam historię każdego mieszkańca.
Tu mieszka boliwijska rodzina, masa dzieci, duże auto, porządni, nie kradną. Tam dwójka młodych chłopaków. Inna historia o młodej Brazylijce, która flirtowała z kimś przez 5 lat, przyjechała do Galicji, by poznać swojego wybranka i okazało się, że mężczyzna ma 50 lat i 5 dzieci.

Państwo starali się nam bardzo pomóc. Po pół godzinie okazało się, że jest jeszcze druga ulica o tej samej nazwie. Gdy dotarliśmy tam, spytaliśmy o numer ósmy. Niestety nie było takiego. Znów wąskie uliczki, na których ledwo mieście się jedno auto.
Zdesperowani zadzwoniliśmy do naszego hosta, żeby nas odebrał. Chwilę później znaleźlismy się na właściwej - trzeciej tego dnia - Camino de Outeiro numero 8.
środa, 7 lipca 2010
Turystyka ekstremalna
Plany planami, nie zawsze się udało kogoś znaleźć. Zdarza się. Trzeba poradzić sobie jakoś inaczej. Hostel nie był brany pod uwagę ze względów studenckich. W ten sposób stworzyliśmy dwa "nowe" pomysły surfowania.
CocheSurfing (coche - hiszp. auto)
Dość oczywisty i naturalny pomysł kiedy przemieszcza się autem - można w nim przecież też spać. Wypróbowaliśmy go już pierwszej nocy.
Normalnie w każdym autku można rozłożyć siedzenia to tyłu i jakoś się wyspać. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że bagażnik i tylne siedzenie w naszym wehikule załadowane są zawartością mieszkania, w którym spędziliśmy 10 miesięcy (co oznacza, że jest tego dużo!).
W konsekwencji nasz pierwszy nocleg nie należał do najprzyjemniejszych w życiu. Niestety nie było żadnej alternatywy, bo padał deszcz.
KoczoSurfing
Po nocy w aucie stwierdziłem, że więcej tak spać nie chcę. Nie oznacza to, że zamierzam płacić za hostel. Po prostu trzeba znaleźć alternatywne rozwiązanie.
Po noclegu w Toledo, zmierzaliśmy na zachód. Dzień intensywnego zwiedzania i standardowy wieczorny problem: gdzie dzisiaj śpimy. Przydała by sie woda i trochę zieleni. Sprawdziłem mapy Googla, fajne miejsce w okolicy, no to jedziemy. Na miejscu okazało się, że rzeki nie ma tam już od dawna, a w okolicy kręcą się jacyś dziwni ludzie. Jedziemy dalej. Była już pierwsza nad ranem i myśleliśmy tylko o spaniu. Zdesperowani dojechaliśmy do najbliższej większej miejscowości, rozłożyliśmy się w parku z materacem i śpiworkami. Tak przekoczowaliśmy sobie noc ukryci za dużo krzakiem, śpiąć - jak się okazało rano - koło zdechłego ptaka, po którym łaziło mnóstwo mrówek (po nas też chodziły i nie dały nam spać).
czwartek, 1 lipca 2010
Zaragoza - Madrid

Pobudka w Zaragozie była trochę nieprzyjemna, 8. rano, upał, wszystkie kości strzelają. Krótka gimnastyka i ruszamy na zwiedzanie. Pierwszy punkt wycieczki to obowiązkowo kawa. Zadziwiająco tania, bo jedynie 60 centów. Następne kilka godzin szwędaliśmy się po centrum. Przewodnik nas trochę oszukał, bo miejsce zaznaczane jako bardzo interesujące były zwykle i odwrotnie. Ale chyba udało nam się zobaczyć to, co najważniejsze.


Kilka godzin później szukaliśy miejsca do parkowania pod madryckim lotniskiem. Oczywiście darmowa strefa była w znaczącej odległości. Na szczęście było blisko do stacji metra. Było późne popołudnie, więc mieliśmy jeszcze czas na zwiedzanie stolicy. Spotkaliśy się z naszym znajomy z Izraela, którego poznaliśmy tydzień wcześniej w Barcelonie i z naszym brazylijskim przewodnikiem, który miał pokazać nam miasto. Na początku udaliśmy się do muzeum, dość niezwykłego, było to muzeum szynki (Museo del Jamon). Tak naprawdę to popularna knajpka tuż koło głównego placu (Placa del Sol). Wszystko kosztuje 1€ (kanapki, kawa, piwo, wino), a tapas są dodawane gratis do piwa/wina! Polecam!
Na następną przygodę kulinarną poszliśmy do dzielnicy Lavapies (dzielnicy imigrantów), sok z baobaba i kuchnia senagalska była tania i wyśmienita.
Wieczór zleciał nam na siedzenie w centrum miasta i rozmowach o Brazylii, Izralu i innych odległych krainach.
Wieczorem musieliśmy się pożegnać i wrócić na lotnisko. Kilka godzin snu i do Afryki.
O tym napiszemy następnym razem, jak znajdziemy Internet ;)
