poniedziałek, 23 listopada 2009

Los dias locos

Przez ostatnie kilka dni gościł u nas Paweł i dużo się działo. W pierwszy dzień nasz gość sam zwiedzał miasto, bo mieliśmy jeszcze uczelnianą robotę do zrobienia, ale wieczór był wolny.
Zaprosiliśmy znajomych Hiszpanów, wcześniej z Polski przywieźliśmy im trochę naszych słodyczy: marcepan, chałwę, cukierki. Jak przyszli okazało się, że nie jedli obiadu. Postanowiliśmy coś ugotować, ale nie byle co! Coś naszego: placki ziemniaczane. Ponieważ chcieliśmy naszych gości nauczyć gotować coś polskiego, plan był taki, żeby to oni robili jedzonko. My tylko powiedzieliśmy im jak.

Po niecałych 2 godzinach na stole wylądowały dwa talerze złotych placuszków. Myślę, że do tej pory wszyscy zgłodnieliśmy jak wilki, to pewnie dlatego po chwili talerze były puste. Później była degustacja polskich łakoci i trunków, które też przywieźliśmy ze sobą. Największe wrażenie zrobiły chyba nalewki naszych babć.

Drugi dzień był dla Pawła dniem zwiedzania, a potem dla nas oboje dniem zakupowym. Biegaliśmy po całym mieście wybierając produkty na obiad. Świeże krewetki kupione na targu Boqueria, oliwki z dzielnicy Born. Po drodze degustacja hiszpańskim wyrobów cukierniczych i świeżych soków (polecam, kosztują 1€, a smaki mają szalone).
Po drodze spotkaliśmy studentów erazmusowych z innego uniwerku, którzy robili na Placa del Rei happening. Układali z kartek wielki napis Somos el mundo (jesteśmy światem). Na kartkach były narysowane lub napisane różne hasła: "Hablas espanol?" czy "Erasmus?". Absolutnie pełna dowolności treści i języka. Chcieli zrobić taki duży napis i zgromadzić wokół ludzi trzymających się za ręce. Pozytywna inicjatywa. Zaprosili nas do współpracy i razem z nimi zaczepialiśmy przechodniów. Nawet nie wyobrażacie sobie ile osób można spotkać w ciągu kilku minut. Pierwszy raz w życiu słyszałem galicyjski na żywo. A po napisaniu kilku słów po polsku, jakaś turystka rozpoznała, że to polski. Byłem pod wrażeniem, ludzie zwykle nie wiedzą, gdzie dokładnie jest Polska. Nie mówiąc już, że nasz język brzmi dla większości jak rosyjski.
Mimo pory roku Barcelona nadal tętni życiem. Szczególnie jeśli chodzi ulicznych artystów. Miło było posłuchać trąbki w wąskich uliczkach oświetlonych latarniami. Dużym zaskoczeniem był też hiszpański-rosyjski zespół grający na ulicy jazz. W jego skład wchodziła trąbka, banjo i... pianino. Na ulicy!!

W sobotę wybraliśmy się wszyscy razem na szwendanie się po mieście. Koło magicznej fontanny odwiedziliśmy wystawę Barbie. Kto by przypuszczał, że ona ma już 50-tkę na karku. Po pokonaniu kilkuset schodów (w większości ruchomych) przywitał nas piękny widok na miasto z hiszpańską gitarą w tle.


Stamtąd spacer przez całe miasto do portu, gdzie energiczny zespół grający w stylu Manu Chao sprawiał, że nie można było ustać w miejscu. Nogi same tańczyły! Tuż obok, na wybrzeżu rozstawił się weekendowy targ, gdzie można kupić masę oryginalnych rzeczy: maski weneckie czy ręcznie szyte ubranka dla dzieci. Obok stali nieśmiertelni Peruwiańczycy, którzy są jakąś plagą. Gdziekolwiek się nie pojedzie w Europie, oni tam są!


Mały spacer po ciasnych uliczkach Barcelonety i po raz kolejny trafiliśmy na artystów rzeźbiących w piasku na plaży. To, co oni potrafią zrobić z piasku przekracza mą wyobraźnię! Ciężko nie być pod wrażeniem.


Zmęczeni i głodni wróciliśmy na stare miasto. Bocadillo con queso (kanapka z serem) zabiła pierwszy głód. W pobliżu Placa del Pi znaleźliśmy wspaniałe miejsce: chorroteria, czyli miejscie gdzie smaży się churros. Nie takie jak w knajpie, ale świeże. Usmażyli je na naszych oczach. Kiedy je dostaliśmy jeszcze parzyły. Jeśli jesć churros to tylko takie!
Wstąpiliśmy do herbaciarni, ale miejsc nie było. Małe kółeczko i znów jesteśmy przy churroterii. Kolejna porcja, a czemu by nie! Tym razem dokupiliśmy jeszcze wersję zamoczoną w czekoladzie. Też pycha!


Znaleźliśmy inną herbaciarnię, tym razem było dla nas miejsce. To niesamowite, że knajpki, które mają 7 stolików potrafią być rentowne. Tej wielkości była właśnie herbaciarnia Salterio. Każdy z nas zamówił inną herbatkę: te de kukicha, te blanco, te gen mai cha. Tę ostatnią zamówiłem ja. Była to herbata z ryżu i kukurydzy. Naprawdę oryginalna, trochę jak popcorn i dmuchany ryż w płynie. Dostaliśmy 3 dzbanuszki i wymienialiśmy się herbatami.


Idąc po obiadowe zakupy natknęliśmy się na placu katedralnych na pokaz sardany, tradycyjnego katalońskiego tańca. Ludzie tańczą w kółeczku, trzymając się za ręce. Tam było kilka kółeczek, bo było około 100 osób!

niedziela, 22 listopada 2009

La cocina española - parte 3

Wpis trochę zaległy, ale myślę, że warto. Będzie to danie z północno-sródkowej części Hiszpanii - Asturias.

Choriza a la sidra

Do przyrządzenia tego dania będziemy potrzebować:
  • chorizo - hiszpańska kiełbasa z wieprzowiny, my wybraliśmy wersję z papryką (chorizo con pimiento); ważne, żeby kiełbasa nie była suszona!!
  • sidra - butelka cydru, radzę użyć francuskiego, jest słodszy, Hiszpanie robią tylko wytrawny cydr
  • ajo - kilka ząbków czosnku
  • świeża bagietka
  • oliwa z oliwek
  • pietruszka
Pokrojony czosnek należy podrumienić na oliwie. Potem odłożyć go na bok, a na patelnię wrzucić za 3 minuty podziurawione dobrze kiełbaski. Chcemy, żeby wytopił się z nich tłuszcz i żeby nabrały złotego koloru. Po odlaniu tłuszczu dolewamy cydru i dusimy kiełbaski przez 20 minuty. Na koniec dorzucamy czosnek i pietruszkę. Danie serwuje się na patelni z kawałkami bagietki. My zrobiliśmy trochę inaczej, ale równie smacznie.

La cocina española - parte 2

Kolejny dzień i kolejne dania. Dziś nie tyle co kuchnia hiszpańska, a katalońska dokładnie. Zapraszam do gotowania! Żadnych krewetek i innych dziwności. Jedzenie szybkie w przygotowaniu i proste.

Alioli

Nazwa potrawy zdradza właściwie jej skład. Trzeba tylko trochę ją rozbić: all i oli, czyli czosnek i oliwą. Jest to właściwie sos, który zwykle stanowi dodatek do mięs. Do przygotowania przydatny będzie moździerz. Ciężko jest czasem znaleźć takie coś w domu, ale spróbujcie, a nuż! Całą główkę czosnku obrać i rozbić w moździerzu. Żeby czosnek się nie ślizgał można dodać soli na dno. Następnie dodajemy po trochu oliwy z oliwek i mieszamy. Sos powinien być konsystencji majonezu (nie powinno to wyglądać jak kawałki czosnku pływające w oliwie).

Sofregit

Szybkie w przygotowaniu danie. Potrzebujemy tylko 3 cebule i 6 pomidorów. Posiekane cebule należy dusić na oliwie 10-15 minut, aż do uzyskania złotego koloru. Potem dodać pokrojone, obrane pomidory i łyżkę cukru. Całość gotować aż do wyparowania wody. Pod koniec doprawić według własnych upodobań.

Oba dania serwowaliśmy z dużymi, pikantnymi oliwkami, świeżą bagietką i kawałkami smażonej ryby piły. Plus na deser melon z porto :)

sobota, 21 listopada 2009

In a Spanish way

Ostatnio mieliśmy okazję sprawdzić "jak to się robi po hiszpańsku". Naprawdę ciekawe doświadczenie. I trzeba przyznać, że poznani Hiszpanie nie odbiegają od stereotypów.

Prezentacja

Czasu mieliśmy sporo, ale tak to zwykle bywa u studentów: wszystko na ostatnią chwilę. To nie był wyjątek, przez 2 tygodnie byliśmy zajęci bardziej gości, a potem wyjazdem do Polski.

Nasze zadanie miało 3 części: pisanie programu, sprawozdanie i prezentacja. Początkowy podział zadań uległ zmianie z dość "hiszpańskich" powodów: jeden Hiszpan nigdy się nie pojawił, a drugi nie bardzo mówił po angielsku. Oczywiste stało się, że my zajmiemy się prezentacją, która ze względu na zmianę hiszpańskiego nauczyciela na pakistańskiego miała być zrobiona po angielsku. Ze sprawozdaniem historia była dokładnie taka sama. Naszemu hiszpańskiemu amigo zostało napisanie kodu. W zasadzie na tym etapie mieliśmy już po części napisany kod, Miguel miał więc dopisać tylko fragment.

Po powrocie z Polski okazało się, że to trochę sporo. Napotkał problemy i... czekał na naszą pomoc. Nadeszła, ale zostały nam tylko 2 dni. Raport nie miał tytułu, prezentacja nie miała ani jednego slajdu, a my znów siedzieliśmy nad kodem.

Muszę przyznać, że oni nie tylko prowadzą auto po hiszpańsku, ale nawet programują po hiszpańsku. Nie chcę wdawać się w szczegóły, bo nie wszystkich to interesuje. W skrócie, była to jedna, wielka, wolna amerykanka. Tu wklei fragment kodu, tu coś doda, przepisze. Jeden wielki bałagan. Kiedy Asia dostała ten program, postanowiła napisać własny.

Przyszedł dzień prezentacji. Na godzinę przed rozpoczęciem jeszcze kończyliśmy slajdy. Nie było nawet specjalnie czasu na jakąś porządną próbę. Pierwsza prezentacja po angielsku. No jakoś to będzie. Idziemy na pierwszy ogień. Nasz kolega też chciał mieć swoje 5 minut, więc podyktowaliśmy mu, co trzeba powiedzieć. Zapisał sobie na kartce i czytał.
Ogólnie poszło fajnie. Było krótko i konkretnie. Prowadzący miał pytanie i to był problem. Nie przez nasze nieprzygotowanie, ale przez jego niezrozumiały pakistański akcent. Więcej zgadywania niż rozumienia.

A jak poszło innym? Powiem tyle, że nie ważne jest czasem, na ile dobrze znasz angielski, ale ważne jak bardzo zmodyfikowany angielski jesteś w stanie zrozumieć. Hiszpanie mają swój sposób mówienia i trzeba się chyba trochę nasłuchać, żeby wyłapać w tym język Szekspira.


cdn.

piątek, 20 listopada 2009

La cocina española - parte 1

Ze względu na ostatnie wydarzenia, równoległe do serii o Barcelonie chcę zrobić serię wpisów o kuchni hiszpańskiej. Nie będzie, o tym gdzie zjeść, nie będzie profesjonalnie, bo nie jestem kucharzem. Będzie o naszych próbach gotowania czegoś hiszpańskiego i o innych przygodach z jedzeniem.
Odwiedziny gości są dobrą motywacją do zrobienia czegoś w kuchni wspólnie. Ostatnio mamy gości i wykorzystujemy ten fakt robiąc rzeczy, który normalnie nie gotujemy. Ale do rzeczy, co zrobiliśmy dziś...

Gambas al ajillo
Jest to trochę tajemnicza nazwa, jeśli ktoś nie zna hiszpańskiego. W najbliższych paru zdaniach nie tylko dowiecie się co to, ale też jak to przyrządzić. Jeśli ktoś z was nie lubi krewetek, to nie zamawiajcie gambas w restauracji, szkoda pieniędzy. Tak właśnie, gambas al ajillo to dokładnie krewetki z czosnkiem. Jeden z rodzajów tapas jakie można zamówić lub też w naszym przypadku zrobić. Skład bardzo prosty, trudniej niestety dostać produkty w Polsce.
Potrzebne są: krewetki, płatki chilli, pietruszka, czosnek, bułka i oliwa z oliwek.
Zamiast chilli użyliśmy papryki, a pietruszki po prostu nie było, ale to jeszcze nie tragedia. Najważniejsze są krewetki i dużo czosnku. Krewetki mogą być mrożone, my zaszaleliśmy i kupiliśmy świeże. Problem tylko jest taki, że trzeba się nimi trochę zająć: zdjąć pancerzyk, łapki, odwłoczek. Trochę zabawy było, ale trzeba kiedyś zdobyć doświadczenie kucharskie. Trzeba przyznać, że Paweł bardzo dobrze sobie z tym radził.
Po przygotowaniu krewetek. Należy przecisnąć kilka ząbków czosnku, wrzucić to na rozgrzaną oliwę z oliwek i dodać chilli. Na koniec dorzucić krewetki, dusić kilka minut, ozdobić posiekaną pietruszką i podawać na patelni razem talerzem z kawałkami bagietki.
Nie licząc przyrządzania krewetek potrawa jest szybka, łatwa i co najważniejsze smaczna. Tradycyjnie do tego butelka wina (np. Sangria) i życzę smacznego.

niedziela, 8 listopada 2009

GPB - Hiszpańskie ciekawostki i mity

Zanim przejdę do kolejnej wycieczki po Barcelonie, chcę opowiedzieć kilka ciekawych historii. Niektóre będą prawdziwe, pozostałe tylko po części. Ale myślę, że wszyscy lubimy ich słuchać tak długo, dopóki są ciekawe.


Tapas

Wszyscy o nich słyszeli, ale skąd się wziął nawyk jedzenia przekąsek. Zaczęło się od sjesty. Z tego znane są kraje śródziemnomorskie, a w szczególności Hiszpania. W założeniu sjesta miała trwać trzy godziny. Pierwsza godzina na jedzenia, druga na spanie, a trzecia na kochanie. Niestety jak to w życiu wyszło inaczej i Hiszpanie całe trzy godziny spędzali na... piciu. Po przerwie wszyscy wracali pijani i nie było możliwości dokończenia pracy. Wynikły z tego same nieszczęścia. Żeby zaradzić sytuacji wymyślono, że do każdego napoju podawany będzie jakiś posiłek. Nie było miejsca na pełny obiad, więc dodawano małe przekąski, na zimno lub na ciepło. Kładziono je na talerzu i przykrywano nim zamówiony napój. Słowo tapar po hiszpańsku oznacza "zakrywać", stąd pochodzi właśnie nazwa tapas. Będąc w Hiszpanii nie zapomnijcie choć raz udać się na małą wycieczkę po knajpkach, żeby spróbować tapas.

Dzisiaj byliśmy w małej knajpeczce i teraz z doświadczenia mogę napisać coś o tapas. Są różne, czasem zwykłe i proste do przyrządzenia, innym razem bardziej wykwintne. Podawane w małych ilościach, każde na osobnym talerzu. Jedzone przy stoliku albo przy barze. Tradycyjnie po zjedzenie, papierowe serwetki wyrzucamy na ziemię. To nie śmiecenie, to znak dla innych, że knajpa jest dobra i mają dobre jedzenie - przychodzi tu wiele gości. Do wyboru mamy oliwki, marynowane pieczarki, pa de tomaquet (chleb nasmarowany pomidorem, polany oliwą, podawany z ostrym serem lub suszoną szynką), grecka sałatka, chlebek z chorizo, anchois, ośmiorniczka z oliwkami, marynowane karczochy, małże z sałatką oraz wiele innych. My skusiliśmy się na te najbardziej dla nas oryginalne, czyli małże i ośmiornicę. Szczerze polecamy!


Paella dla niej

Potrawa pochodząca z Walencji, składająca się przede wszystkim z ryżu i warzyw. W zależności od typu dodaje się do niej drób lub owoce morza. A jak to się stało, że świat poznał tę potrawę?

Dawno temu był pewien młodzieniec, który do szaleństwa zakochał się w dziewczynie. Ona niestety odrzucała jego zaloty. Chłopak nie dawał za wygraną i nadal zalecał się do niej. Zmęczona tym wszystkim postanowiła pójść na ugodę: dać mu jedną szansę i jeżeli nie przejdzie próby, zostawi ją w spokoju. Testem miało być ugotowanie potrawy. Chciała się przekonać czy umie gotować. Uradowany młodzian, zamiast przygotowywać specjały w kuchni, poszedł się napić. Gdy obudził się rano, zorientował się, że jest już trochę późno, nie ma żadnych składników w domu, a sklepy (była to sobota) są pozamykane. Zdesperowany udał się do swoich przyjaciół i od każdego wziął jakiś produkt. Z powodu braku czasu poszatkował wszytko i wrzucił na patelnię. Gdy dziewczyna zjawiła się w porze obiadowej, dał jej spróbować potrawę, którą dla niej przyrządził. Był zupełnie zaskoczony, gdy stwierdziła, że jest to najlepszy posiłek w jej życiu i że chce z nim być. Gdy spytała o nazwę potrawy powiedział, że to para ella, co znaczy "dla niej". Z czasem nazwa potrawy przekształciła się w dzisiaj znaną na paella.

Ta historia jest romantyczną wersją. Prawda jest trochę inna, choć w sumie ciężko czasem dojść do tego, co w rzeczywistości jest prawdą. Niektórzy twierdzą, że paella powstała tak jak włoska pizza, z biedy. Z braku żywności rodziny spotykały się, każdy przynosił, co miał i gotowano to wszystko na patelni. Stąd też nazwa, po łacinie patella, a po katalońsku paella (w Walencji też obowiązuje kataloński). Jest też inna wersja mówiąca o służącym arabskiego króla, który gotował ryżowe potrawy z resztek pozostawionych po bankietach.


Po drugiej stronie korridy

Korrida czy też corrida de torros, popisowa walka z bykami. Nie będzie o matadorach, ani o ich strojach czy o historii. Będzie trochę o tym, jak straszna jest korrida. Broni się koni, które są przewożone w okrutnych warunkach. Kiedy dowiecie się o tym jak traktuje się byki, też będzie chcieli je bronić.
Na całe 24 godziny przed walką byk zamykany jest w ciemnym, ciasnym pomieszczenie. Gdy przychodzi czas starcia zwierzę wypuszczane jest zawsze w takim miejscu, żeby słońce świeciło mu prosto w oczy, oślepiając je. Przed wypuszczeniem byka łamie się mu żebra, żeby ciężko było mu nabierać powietrza. Dodatkowo kaleczy się go, żeby go osłabić. Zdarza się też, że poi się go alkoholem, żeby w czasie występu był pijany. Cała ceremonia składa się z 3 części. W pierwszej młodzi matadorzy mają za zadanie wbić małe dzidy w kark byka, żeby nie mógł podnosić głowy. Druga część to ta, którą najczęściej widzimy w telewizji. Wyczerpane, pokaleczone zwierzę biega za kolorową płachtą. Na końcu torreador zabija byka wbijając mu dzidę przez plecy prosto w serce.
Ja też byłem zaskoczony dowiadując się o tym. Tzn. wiedziałem, że jest brutalne, ale poznając szczegóły dowiedziałem się jak bardzo.


Elephant man

Prawo katalońskie jest dość oryginalne, a dokładniej tolerancyjne. Jeśli tylko masz ochotę poczuć się wolny i zdjąć z siebie wszystko, co masz na sobie. Proszę bardzo! Jest absolutnie legalne. Możesz paradować nago po ulicy. Jest tylko jedno "ale". Musisz mieć na sobie buty. Jeśli spotkacie kiedyś w Barcelonie jakiegoś golasa bez butów, możecie podejść i powiedzieć, że to jest złe. Powinien założyć buty, wtedy nie będzie miał problemów.
To jest trochę dziwne. Dziwniejsze jest to, że to nie tylko prawo. Ludzie naprawdę to wykorzystują. Jedną historię opowie wam Asia. Drugą opiszę teraz ja.
Czasem w centrum spotkać można człowieka, który chodzi prawie goło. Z daleka już widać, że nie ma nic oprócz kąpielówek. Gdy podejdziemy bliżej przekonamy się, że to jest tatuaż. Nie ma on na sobie nic. Tatuaż tylko udaję... ale nie! Nie udaję kąpielówek. Jeśli przyjrzeć się z bliska zobaczy się, że są to uszy. Uszy słonia wytatuowane na jego pośladkach, a z przodu jak to u słonia znajduje się.. trąba. To jest tak zwany elaphant man, czyli człowiek-słoń. Ale nie życzę wam go spotkać, wystarczy o nim wiedzieć ;)

piątek, 6 listopada 2009

GPB - Ramblas i Barrio gótico (parte 1)

Po drugiej stronie... Rambli

Zacznę od najbardziej popularnego miejsca. Chyba każdy tu zaczyna swoją przygodę z Barceloną. Chcąc nie chcąc jest to główny węzeł komunikacyjny, więc przyjeżdżając do miasta zwykle zahaczymy o Placa de Catalunya. Pod ziemią kryje się masa tuneli, a co jest na górze? Ogromny okrągły plac, dookoła fontanny. Drzewka, ławeczki, turyści karmiący gołębie (trochę jak na krakowskim rynku). Wieczorem jest to miejsce spotkań, w nocy miejsce gdzie cię okradną, w okresie koncertowym buduje się tu scenę. A w ciągu dnia jest to główny cel wszystkich zakupoholików. Na okolicznych bulwarach (Carrer de Pelai w stronę uniwersytetu, Avinguda del Portal de l'Angel w stronę katedry) znajdziemy wszystkie popularne światowe marki. Oczywiście na samym placu znajduje się największy dom handlowy - 10-poziomowy El Corte Ingles. Na każdy piętrze coś innego: ubrania, meble, dywany, książki, kosmetyki, itp. Dosłownie wszystko! Oczywiście jak potrzebowałem znaleźć jakąś książkę to nie mieli, ale okazało się, że 2 minuty piechotą dalej jest kolejny taki sklep (i wybór książek mają gigantyczny). Nawet jeśli nie wybieramy się na zakupy warto jest się wybrać na ostatnie, dziewiąte piętro tej wielkiej jak statek budowli. Podziwiać stamtąd można piękną panoramę Barcelony. Za jedyne 1,30€ może zamówić cafe con leche, rozkoszować się dobrą kawą i podziwiać okolicę. Jeśli ktoś ma grubszy portfel i akurat jest głodny na pewno znajdzie coś dla ciebie w restauracji.


Jak już zjedziemy z powrotem te 9 pięter i przejdziemy koło kawiarni Zurich - która jest głównym miejscem wieczornych spotkań (coś jak wrocławski pręgierz) - możemy ruszyć na drugą stronę Ramblas. No właśnie, czemu piszę Ramblas, jakby było ich wiele, a przecież zawsze mówi się La Rambla. Otóż prawda jest taka, że ta znana La Rambla składa się z 5 pięciu mniejszych. Obydwie nazwy są poprawne i obydwie można zobaczyć na murach. Zaczynając od strony "Kataluni" (jak w skrócie nazywamy ten plac) wchodzimy na Rambla de Canaletes, której nazwa pochodzi od stojącej tu fontanny Font de Canaletes. W pewnym sensie jest ona odpowiednikiem rzymskiej fontanny di Trevi. Legenda głosi: "Aquél o aquélla que beba de su agua volverá a Barcelona", czyli kto napije się z niej wody, powróci do Barcelony. Oczywiście fontanna nie jest tak okazała, bardziej przypomina uliczną lampę z 4 kranami, ale grunt, że jest. Jest to również ważne miejsce spotkań kibiców FC Barcelony. Oprócz tego zwykle można spotkać tu pucybuta, więc jeśli ktoś czuje, że jego buty nie błyszczą jak słońce, ma okazję to zmienić. Oczywiście na tym odcinku kradną jeszcze bardziej. Nie będę tego już więcej pisać, żeby nie było nudno, po prostu starajcie pamiętać o tym!


Następny odcinek deptaku to Rambla dels Estudis. Miejsce jest dość specyficzne. Znajduje się tu wiele stoisk ze zwierzętami. Można tu kupić gryzonie, rybki, a przede wszystkim ptaki: papugi, gołębie, kury. Przez te ostatnie ulica ta nazywana jest też Rambla dels Ocells (ptaków).
Kolejny fragment znów nosi nazwę od artykułu, który jest tam sprzedawany - Rambla de les Flors. Niegdyś było to jedyne miejsce, gdzie sprzedawano kwiaty. Dziś stragany pełne świeżych ciętych kwiatów dodają kolorów otoczeniu. Na tym fragmencie znajduję się również Mercat de Sant Josep, wspaniały targ, gdzie można kupić niesamowite produkty. Ale uważam, że zasługuje on na osobny wpis.


Ramblas del Caputxins to następny odcinek bulwaru. Tu po drodze miniemy po prawej stronie operę. Ulicę dalej mamy po prawej Palau Guell. Budynek zaprojektowany oczywiście przez Gaudiego (hrabia Guell był wierny swojemu konstruktorowi, mimo, że jego prace nie zawsze go zachwycały). Na szczególną uwagę zasługuje wejście do budynku (paraboliczna brama z żelaznymi drzwiami) i przede wszystkich "kominy" znajdujące się na dachu, ozdobione porozbijaną ceramiką, tak typową dla Gaudiego. Niestety wejście do górnej części budynku jest "tymczasowo" zamknięte. Przez "tymczasowo" należy rozumieć do kwietnia 2011 roku.
Jeśli zamiast skręcić na prawo do pałacu hrabiego, wybierzemy ulicę po lewej stronie trafimy do Placa Reial, ale proszę nie idźmy tędy na razie. Do tego miejsce jeszcze wrócimy - zasługuje na specjalną uwagę.


Podążając dalej w kierunku pomniku Kolumba na środku Placa del Portal de la Pau (czyli na tak długo oczekiwany koniec Rambli) przechodzimy przez Rambla de Santa Monica. Tutaj znajdziemy wszelkiego rodzaju malarzy. Portrety, karykatury, sztuka abstrakcyjna. Dalej po prawej stronie jest centrum sztuki. Ja trafiłem na wernisaż fotografii, polecam, może też uda wam się trafić, na coś wartego uwagi. Wejście za darmo! Tymczasem po lewej stronie znajduję się Museu de Cera (muzeum figur woskowych). Podobno nie tak okazałe jak Madame Tussauds, ale za to jest bliżej niż Londyn. Wejście niestety płatne i to nie mało (12€/os.). Za to wejście to sąsiadującej kawiarenki jest darmowe i warto chociażby się przez nią przejść. Wystrój przypomina trochę zaczarowany las entów. Leśny wystrój, wesoła muzyka przypominająca pluskanie strumyczka, kolorowe żuki z origami. Nie bez powodu kawiarnia została ochrzczona El Bosc de led Fades (las wróżek).

Tym właśnie sposobem dotarliśmy na drugi koniec Rambli. Jeśli już tu jesteśmy to drugi koniec jest teraz przy "Kataluni", ale poczekajcie. Jeszcze nie wracajcie! Skoro te 1,2 km jest za nami. Warto udać się nie opodal do małej knajpki o nazwie Bar Celta (skrzyżowanie Carrer de la Merce i Carre d'Avinyo). Mamy tu okazje zjesc siedząc przy długiej ladzie na wysokich, barowych krzeslach. Trzeba uważać, bo wieczorem jest straszny tłok. Jest to pulpeteria, oznacza to, że podają tam pulpo, czyli ośmiornicę. Był to mój pierwszy raz, kiedy jadłem coś takiego. Musze powiedzieć, że mięso ośmiornicy jest bardzo dobre, delikatne. Nie ma co się brzydzić tymi dziwnymi różowymi mackami. Talerz pulpo a la gallega najlepiej zamówić jest z patatas bravas, czyli ziemniakami. Cały zestaw kosztować nas będzie 13€. Tylko poproście, żeby nie robili tego na ostro!


Inną rzeczą, którą warto spróbować - ale nie w knajpce, tylko w piekarni - jest coca de vidrio. Ciastko o długości 30 centymetrów, o smaku przypominającym trochę nasze pierniczki. Jest długie, szerokie i płaskie. Właśnie swoim gabarytom i polewie lukrowej zawdzięcza swoją nazwę (vidrio oznacza szybę). Można je kupić w każdej piekarni za ok. 1,3€. Warto spróbować!


Należy jeszcze dodać, że na całej długości Rambli spotkać można szalonych ulicznych artystów, którzy zrobią najbardziej szalone rzeczy, żebyś chciał wrzucić im chociaż 10 centów. Dlatego właśnie możemy spotkać tam wróżki albo panów przebranych za wielkie kolorowe motyle (?). Jest też człowiek górnik, człowiek bez głowy i wielkie złote gryfy. Długo można by wymieniać, artyści mają wciąż nowe pomysły.


To tyle na pierwszy raz. Moją przygodę, o tym jak uciekałem przed prostytutką, opowiem w następnej części.

czwartek, 5 listopada 2009

Guía práctica de Barcelona - Introducción

Postanowiłem napisać przewodnik po Barcelonie. Nie będzie historii miasta, nie będzie dat, nie będzie zbyt wielu nazwisk. Nie będzie za dużo o kościołach, bo chyba tego też nie lubicie. Więc o czym będzie i po co? Odwiedzają nas goście i myślę, że będzie im łatwiej zwiedzać stolicę Katalonii, jeśli będą co nieco wiedzieć. Korzystając z pogody jeżdżę do miasta częściej, a właściwie powinienem napisać, że w końcu jeżdżę. Będę się dzielić swoimi wrażeniami i myślę, że w ten sposób może powstać praktyczny przewodnik o tym, co warto, a czego nie warto robić. Gdzie dobrze jest się udać. Gdzie zjeść czy napić się. Co zobaczyć. W każdej części postaram się napisać szczegółowo o pewnym miejscu. O jakiejś potrawie (w końcu uwielbiamy jeść, ja na pewno!) i o przygodzie, która mi się przytrafiła. Wierzę w to, że za każdym razem będzie jakaś przygoda. Tak to bywa już ze mną. Chyba prowokuję za bardzo.

Dziś był dzień pierwszy. Pierwszy zebrany materiał. Wkrótce więc będzie pierwsza część przewodnika. Zapraszam!

niedziela, 1 listopada 2009

Los invitados

Jak wiadomo jedną z najbardziej cieszących rzeczy jaka jest, kiedy mieszka się już u siebie, są goście. Skończył się okres naszego szalonego podróżowania i teraz trochę mieszkamy "na swoim". Przyszedł czas na odwiedziny i gości. I to nie byle jakich, najważniejszych. Mianowicie rodzinkę. Mam nadzieję, że Asia w wolnym czasie - którego mamy co raz mniej - zdąży opisać nasze podróże z jej rodzinką, która odwiedziła nas tydzień temu. Ja tymczasem zupełnie na świeżo napiszę o naszych ostatnich wyprawach.

W środę przyjechały do nas dziewczynki: moja mama i jej przyjaciółka. Wysiadły na hiszpańskiej ziemi i przeżyły szok termiczny. Nie taki, który przeżywamy wskakując do basenu. Odwrotny. Kiedy je spotkałem miały na sobie warstwy ubrania niczym cebula. Ja tymczasem tradycje t-shirt i krótkie spodenki. Pierwszy dzień to tradycyjnie godziny opowiadań, wycieczka po kampusie. Dostaliśmy sporą dawkę polskiego jedzenia, za którym jednak się tęskni. W końcu nic nie pobije polskich kotletów i pierogów.
W dzień drugi, po krótkich instruktażu, wyposażone w mapy dziewczyny wyruszyły w miasto. My zostaliśmy na uczelni - w czwartek musimy się pojawić na uczelni.

Piątek był już wolny i wszyscy razem pojechaliśmy do Barcelony. Szczerze mówiąc był to mój pierwszy pełny dzień w mieście i w końcu miałem okazję zobaczyć co nieco . To kolejny duży plus gości - zwiedzanie razem z nimi. Na początek wycieczka do parku Guell. Pierwszy szok, co ci wszyscy turyści robią tu pod koniec października. Czy ludzie nie mają pracy, a dzieci szkoły. Jestem ciekaw czy jest taki okres kiedy nie ma turystów. Ale może to jest tak jak z La Rambla. Ludzie są tu zawsze.
O Gaudim opowiadać nie będę. Odsyłam do przewodników. To czego (chyba) nie piszą to np. fakt, iż pod kolumnami, gdzie nie szwenda się tak wielu turystów można spotkać Hiszpana grającego spokojne melodie na gitarze. W innym miejscu starsza para tańczy tango, na boisku obok dzieciaki biją się dla zabawy. Sprzedawcy torebek i okularów przeciwsłonecznych uciekają przed patrolem policyjnym, a na okolicznych palmach skrzeczą zielone papugi.

Z parku ruszyliśmy w kierunku Rambli z zamiarem obejrzenia wszystkich domów Gaudiego, jakie znajdują się po drodze. Zanim do tego doszło trafiliśmy na małą piwiarnię. Oprócz piwa serwują oczywiście przekąski, kanapki i - to, co interesowało nas najbardziej - kawę. Wracając do zwiedzania. Znaleźliśmy pierwszą willę. Czerwona cegła, zielone kafelki, do tego nie pobite. Takie to mało jak Gaudi, ale jednak widać, że jego. Dookoła żelazny płot, przed drzwiami wielki szary, perski kot. Drzwi okazały się być otwarte. Dziesięć kroków dalej spotkałem - jak się chwilę później okazało - właścicielkę domu. Kto by przypuszczał, że ten dom jest prywatny? Dziewczynka siedziała razem ze swoją brazylijską koleżanką na zewnątrz. Jak się okazało willa jest ich własnością od dawna (koniec XIX wieku) - kupił ją jej pradziadek. Wtedy były to przedmieścia Barcelony. Dom był pierwszą poważną pracą Gaudiego (wtedy jeszcze nie używał potłuczonej ceramiki). Tylko sobie pomyślcie jak to jest mieszkać w takim małym "zameczku" (4 poziomy, ponad 1000 metrów kwadratowych).
Pożegnaliśmy się z właścicielką i ruszyli na oglądanie reszty dzieł Gaudiego - tych bardziej popularnych. Patrząc na ilość ludzi, która chce je obejrzeć i cenę za bilet (16€) wolę oglądać je z zewnątrz. Przespacerowaliśmy się bulwarami i małymi uliczkami (polecam ulicę Gracia). Trafiliśmy na targowisko - samo oglądanie tego jedzenia to przygoda. Ale na oglądaniu się nie skończyło. Zrobiliśmy zakupy z postanowieniem zrobienia hiszpańskiej kolacji. Po powrocie Asia wzięła się za przyrządzanie Sangrii (o niebo lepsza od kupnej). Dziewczynki przygotowywały tortilla de patatas. A ja usiłowałem zrobić gaspacho używając zamiast miksera moździerza. Na deser natomiast mieliśmy szaloną mieszankę owocową. Aż musiałem sobie zapisać, co jedliśmy. Deser składał się z owoców (pitaya, codony, caquis, daktyle) i lodów, wszystko polane porto.

Wrzucam na szybko zdjęcia. Resztę opowiem jutro.



Kolejny dzień naszego zwiedzania minął nam w domku, a gościom w akwarium. Mówiły, że jest warte zobaczenia. Spotkaliśmy się wieczorem w najbardziej popularnym miejscu, czyli przed kawiarnią Zurich na Placa de Catalunya. Szybki spacerek na Placa d'Espanya (szybki, bo było mało czasu). A gdzie się nam tak spieszyło? Na pokaz! Tak jak my we Wrocławiu na Pergoli mamy swoją fontannę z efektami świetlnymi, tak barcelończycy mają swoją. Ich jest trochę starsza, bo zbudowano ją z okazji wystawy światowej w latach trzydziestych. Przed olimpiadą przeszła renowację i dziś możemy podziwiać ten piękny pokaz. Muszę obejrzeć naszą wrocławską, żeby mieć porównanie. Z pewnością ta jest ładniej usytuowana. Znajduje się pod wzgórzem Montjuic. Pokazy Font Màgica są organizowane przez cały rok 4 razy dziennie.

Stamtąd pospacerowaliśmy sobie bulwarami
wcinając jadalne kasztany - tradycja z okazji Tots sants (Dnia Wszystkich Świętych). Za 12 sztuk zapakowane w gazetę zapłacimy 2,5€. Można kupić je na rogu ulicy lub od ciemnoskórych szepczących castanyes torrades (pieczone kasztany).

Ostatnim punktem naszej wyprawy była knajpka położona niedaleko La Rambla - La Ovella Negra (Czarna owca). Jest to miejsce, gdzie w miara tanio (ale nieluksusowo, co nam absolutnie nie przeszkadza) można napić się dobrej sangrii. Najlepiej zamówić jarra, czyli prawie dwulitrowy dzbanek. Barman zapyta nas, ile chcemy kubków i dołoży za darmo miseczkę popcornu. Jest to bardzo dobre miejsce na zaczęcie klubowego wieczoru. Tylko trzeba przyjść wcześnie, żeby były jeszcze miejsca. Tzn. hiszpańsko wcześnie, nie o ósmej, ale powiedzmy przed jedenastą.