Pomartwiłem się, podenerwowałem, już miałem dość szukania. Ogłoszenie z netu zdjęte, odpisałem ludziom, że nie szukam już mieszkania, a tu nagle niespodzianka, znów trzeba szukać od nowa.
I tak po kilku dniach byłem w tym samym miejscu. Może mądrzejszy trochę. Pierwszą różnicą było zmniejszenie kwoty jaką chcemy wydać. Patrząc za ile ludzie wynajmują, spokojnie można było dać o 100€ mniej. W ten sposób nie przyciągnie się oszustów, którzy chcą dokładnie tyle, ile możesz zapłacić.
Tym razem szukanie było dużo krótsze. Przegląd ofert, wybranie najlepszych, telefon i jesteśmy umówieni. Następnego dnia wybraliśmy się oglądać mieszkania.
Pierwsze z nich było praktycznie w centrum miasta, jakieś 200 metrów od Rambli, a cena niższa niż na akademikach. Faktycznie standard był trochę akademikowy. Mieszkalibyśmy w trójkę, duży kuchnio-pokój, łazienka, toaleta, wszystko jest. Nawet klimatyzacja, tylko jakoś tak ciemno i mroczno było. Ale może dałoby się coś z tym zrobić.
Drugie mieszkanko nie było tak blisko, ale nadal blisko: 400m do Parc de la Ciutadela, 700m do katedry i tyle samo do portu. Po malutkich schodkach wchodzi się na trzecie piętro, wszystko umiejscowione w wąskich uliczkach dzielnicy Born. Klimatyzacji nie ma, ale jest własna łazienka. W mieszkaniu jest jedna Hiszpanka i Włoszka, prawie zero angielskiego, czyli duża motywacja do nauki.
Zdecydowaliśmy się na to drugie. Po doświadczeniu wyniesionym z pierwszego szukania stwierdziliśmy, że trzeba sformalizować naszą decyzję. Kaucja w zamian za klucze. Wprowadzamy się 10-ego. Pozostało nam tylko odliczanie dni i może wstępne spakowanie się.
W czasie tego całego zamieszania martwiła nas tylko jeszcze jedna rzecz. Oficjalnie to nie mamy żadnego potwierdzenia, że zostajemy na drugi semestr. Jak zwykle nasz kochany-i-lubiany DWM czekał do ostatniego momentu. Obiecali odpowiedzieć w styczniu. Ostatnim dniem pracującym był piątek (29/01). Właśnie wtedy, o godzinie 16:30 (jakieś 1,5h do skończenia pracy) dostałem maila z dużym TAK, na które tak bardzo czekaliśmy.
Komentować nie będę, jakby ktoś chciał, zapraszam, pod postem jest takie puste pole "komentarze".
Koniec końców wyszło bardzo fajnie. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
sobota, 30 stycznia 2010
czwartek, 28 stycznia 2010
Buscamos una habitacion
Czyli o tym, jak szuka się mieszkania w Barcelonie. Najpierw będzie też dlaczego szukamy nowego mieszkania, a na koniec co z tego wyszło.
Akademik fajny, bo blisko uczelni. We Wrocławiu zawsze chcieliśmy mieszkać tak, jak przyjezdni studenci wynajmujący mieszkanie 5 minut od uczelni. Mieliśmy to przez kilka miesięcy, wszystko było pod ręką. Wada rozwiązania jest taka, że uczelnia jest poza miastem i za dużo się tu nie dzieje. Potrzebna była zmiana, zamieszkajmy w mieście!
Kolejnym naszym pomysłem na zmianę, było zamieszkanie z Hiszpanami. Jest to zdecydowanie duża zachęta do praktykowania języka na co dzień.
Zaczęło się od serwisu internetowego, na którym zamieszczane są ogłoszenia, ponad 100 dziennie. Rozpoczęło się skanowanie, analizowanie, wybieranie. Po jakimś czasie można się zorientować, że ogłoszenia się powtarzają, czyli naprawdę jest ich mniej. W dodatku części z nich nie należy brać na poważnie. Zdarzają się ogłoszenia z mieszkaniami w rożnych częściach miasta, dziwnym zbiegiem okoliczności wszystkie wyglądają tak samo.
Oprócz przeglądania postanowiłem sam zamieścić ogłoszenie w dziale "szukam mieszkania". Wyprodukowałem kilka zdań po hiszpańsku. Oczywiście długo na odpowiedz nie musiałem czekać. Średnio co godzinę przychodziła jedna wiadomość z nową propozycją.
Tu znów nowe przygody. W ogłoszeniu wypełniłem opcjonalne pole z maksymalną kwotą jaką można wydać na mieszkanie. Ponieważ teraz płacimy dość sporo, kwota była kusząca w porównaniu z innymi. Większość ludzi była w porządku, jeśli mieli zamiar wynająć za 400€ to pisali do mnie, że tyle chcą, nie zważając na to, że mógłbym zapłacić więcej. Ale byłe też inne przypadki.
Dostałem maila z ofertą. Cena dokładnie taka, na jaką możemy sobie pozwolić. Kopiuję adres mailowy nadawcy, wklejam w Google'a, niech szuka. Pierwsza strona to oczywiście ta sama oferta zamieszczona 2 dni wcześniej w sieci. Ale cena o 100€ niższa. Czy ludzie naprawdę myślą, że tego się nie da znaleźć? Zdecydowanie nie chciałem z nimi mieszkać. Mail od razu wylądował w spamie. Szukam dalej.
Po 3 dniach wybraliśmy ciekawe oferty, napisałem do ludzi, żeby się umówić. W jednym wypadku musiałem zadzwonić. Taaaa, to był problem. Ja i rozmowa telefoniczna po hiszpańsku. Pierwsza w życiu. Ale jakoś to było, tzn. dogadaliśmy się . W sobotę poszliśmy na oględziny.
Familia corta
Zastanawialiśmy się, co się kryję za tą mieszanką słów, które zostały użyte w mailu. Nasza mentorka powiedziała, że słowo corta w tym kontekście oznacza normalnie "szalona". Zapowiadało się ciekawie. Dotarliśmy na miejsce, trochę daleko od centrum, bliżej do Parc Guell'a niż do morza, ale cena była bardzo kusząca. Jak się okazało była to mała rodzinka. To właśnie miało oznaczać corta - właścicielka była z Ameryki Południowej, tam czasem mają inne słownictwo. Niestety wynajmowany pokój też był mały, zbyt mały.
Habitacion bonito
Drugie mieszkanie było blisko centrum. Jakieś 15 minut od Barrio Gotico. W klimatycznej kamienicy. Właściciel przeprowadzał się do Madrytu i wynajmował swój pokój. Podwójne łóżko na antresoli, oprócz tego sofa, wszystko fajnie urządzone. Mieszkanie międzynarodowe: Włoszka, Szwajcar, Hiszpanka. Zapowiadało się fajnie. Cena też ciekawa, nadal mniej niż teraz płacimy.
Con pareja espanola
Ostatnie mieszkanie było w pobliżu głównej stacji kolejowej. Ani to blisko, ani daleko od centrum. Trochę się naszukaliśmy, ale udało się. Hiszpańska para okazała się bardzo sympatyczna. Strasznie dużo zagadywali nas. Mówili wolno i wyraźnie. Fajnie było iść ulicą i rozmawiać po hiszpańsku (raptem po 4 miesiącach nauki). Zapewne po miesiącu mieszkania tam mówilibyśmy swobodnie. Pokój nie duży, ale dodatkowo pokoik na własne graty i łazienka. Cena już wyższa. O 100€ więcej niż za "habitacion bonita".
Mieliśmy problem z wybraniem, ale w końcu postanowiliśmy, że dodatkowa kasa się zawsze przyda i 100€ oszczędności miesięcznie to sporo. Problem był tylko jeden. Mieszkanie było do wynajęcia od pierwszego. Zwykle ludzie wynajmują od początku miesiąca i rozumiem ich kiedy nie chcą czekać, bo tracą w pewien sposób pieniądze.
Nasze mieszkanie na akademikach było wynajęte do 13-ego. Głupio było by płacić dwa razy. Wybrałem się do biura, żeby skrócić pobyt i spotkałem się z czymś tak mało hiszpańskim. Przez ostatnie kilka miesięcy Hiszpanie uczyli mnie, że nie ma rzeczy nie do załatwienia. A tu nagle kategoryczne NIE, a z nim masa bzdurnych argumentów.
Jakoś pogodziliśmy się z myślą, że stracimy kasę. Wpadliśmy na pomysł, żeby wykorzystać opłacone mieszkanie. Zapisaliśmy się na CouchSurfing ustawiając status na "chętnie przyjmę do pustego mieszkania". Stąd tyle odpowiedzi.
Po czym jak się okazało po krótkim czasie, mieszkanie, które tak bardzo się nam spodobało zostało już wynajęte.
Tak właśnie zostaliśmy bez mieszkania... i z gośćmi na głowie ;)
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Kanapowe surfowanie
Każdy pewnie o pomyśle słyszał. Większości się spodobało, część skorzystała pewnie z czyjejś kanapy, ale niewielu przyjmuje, bo przecież trzeba mieć gdzie. My należeliśmy do tej ostatniej grupy, ale przecież pojawiła się opcja gdzie. U nas!
Kanapy może nie mamy, ale znajdzie się materac. Super blisko też nie jest, ale w 30 minut jest się w centrum. Idzie sesja, a my bawimy się CouchSurfing.
Profil założyłem około godziny 15-stej. Myslę sobie, że pewnie za kilka dni się może ktoś odezwie, przecież w Barcelonie jest ponad 4 tysiące innych ofert. No cóż mylić się jest rzeczą ludzką. Nie minęło 5 godzin, kiedy dostaję maila od Kanadyjki. W ten sposób mamy znów gości za kilka dni. Tych co prawda nie znamy, jeszcze :)
Kanapy może nie mamy, ale znajdzie się materac. Super blisko też nie jest, ale w 30 minut jest się w centrum. Idzie sesja, a my bawimy się CouchSurfing.
Profil założyłem około godziny 15-stej. Myslę sobie, że pewnie za kilka dni się może ktoś odezwie, przecież w Barcelonie jest ponad 4 tysiące innych ofert. No cóż mylić się jest rzeczą ludzką. Nie minęło 5 godzin, kiedy dostaję maila od Kanadyjki. W ten sposób mamy znów gości za kilka dni. Tych co prawda nie znamy, jeszcze :)
czwartek, 21 stycznia 2010
Barça, Barça, Barça!!
Każdy kto się dowie, że chwilowo zamieszkujemy Barcelonę, pyta o jedną rzecz: Czy byliśmy już na stadionie? Nie ma co się dziwić, jest największy w Europie. Poza tym drużyna, która na nim gra należy do znanych i lubianych ;) Nie wszyscy wiedzą, że wejście na stadion (w tym też zwiedzanie muzeum) kosztuje 65zł. Oczywiście dla miłośnika piłki nożnej wydatek się opłaci, ale żadne z nas do tej grupy nie należy.
Zdanie może trochę zmieniłem, kiedy Piotrek i Tomek poszli tam, a potem pokazali zdjęcia. Wyglądało to... wow. Aczkolwiek cena nadal była zaporowa.
Pojawiła się możliwość odwiedzenia Camp Nou - wypad organizowany przez naszą uczelnie. Koszt biletu stanowił 1/3 normalnej ceny, ale my akurat wracaliśmy wtedy na święta do domu.
Ale co się odwlecze, to nie uciecze. Przyjechały ziomki i któregoś dnia spotkaliśmy Piotra, który powiedział, że są tanie bilety na mecz. Wydało mi się to dziwne, bo najtańsze zwykle kosztują 44€, czyli dość daleko od "tanie". Sprawdziłem następnego dnia na stronie i rzeczywiście bilet na mecz był tańszy niż wejście na pusty stadion. Nie przegapiliśmy okazji. Kilka godzin później jechaliśmy zobaczyć Barçę w akcji.
Znalezienie swojego miejsca i dotarcie na nie trochę trwa. Wbiegliśmy kiedy właśnie zaczynali. Widok zapiera dech w piersiach. Stadion jest wielki. Naprawdę jakbym stał na 7 piętrze. Mimo, że tak wysoko świetnie wszystko widać i co ciekawe mecz mija dużo szybciej niż w telewizji.
Mimo deszczu połowa stadionu była zapełniona. Po przerwie przenieśliśmy się na inne miejsca (bliżej, pod dachem i w tłumie kibiców). Zupełnie nikt nic nie sprawdzał. Siedzieliśmy na miejscach za jakieś 40€. Nawet wygodnie ;)
Druga połowa była bardziej ekscytująca, a klimat jaki tworzył otaczający nas tłum był niesamowity. Po chwili podłapaliśmy słownictwo sportowe: "Que malo eres, arbitro que malo eres". To jeszcze jest łagodne, na meczach z Madrytem śpiewają inaczej.
Nie będę się już rozpisywać, wrzucę jeszcze jedną fotkę ;)
Wyspiarski świat
Po raz kolejny w moim życiu wyobrażenie minęło się z rzeczywistością. Były od siebie tak odległe jak antypody. Jeśli kojarzycie Kanary z miejscem z hotelami, basenami i masą Niemców, to się mylicie tak jak ja (za wyjątkiem tego ostatniego, Niemców tu jest więcej niż w Berlinie)
Teneryfa, którą odwiedziliśmy, mi bardziej przypomina Amerykę południową.
Rano pan zamiata ulice liściem z palmy. Autobus czeka na przechodzące przez ulicę kozy. Absolutnie nikt się nie spieszy. Na ulicach rośnie hibiskus i aloes. U sąsiada zerwać można cytryny albo pomarańcze. Pod ratuszem rosną banany. Cały świat jest niesamowicie kolorowy. Wszystkie budynki pomalowane są bardzo intensywnie. W Polsce powiedziano by "kicz", a tam, nigdy w życiu. Po prostu kolorowy nie mogły być dziwniej dobrane i tak pięknie pasować jednocześnie. Ten niesamowity nieład panujący nie tylko w domach, ale i na całej wyspie tworzy szczególną harmonię, w której trudno jest się nie zauroczyć.

Już sam język świadczy o tym, że Wyspy Kanaryjskie to nie dokładnie Hiszpania. Już po lądowaniu można wyłapać drobne różnice w słownictwie. Czasem warto znać je wcześniej i nie robić wielkich oczu, kiedy ktoś na autobus powie guagua, które zabrzmi jak "uaua".
Druga sprawa, która wpada szybko w ucho to nie wymawianie końcowego "s" i tak możemy usłyszeć wyliczanie: "un, do, tre" albo też zachęcenie do działania: "vamo señore".
Kolejna sprawa to niesamowita różnorodność wyspy. Na przykład biorąc pod uwagę klimat. Niby wyspa na oceanie, położona tuż "ponad" zwrotnikiem Raka, co automatycznie oznacza ponad 20 stopni przez cały rok. Jednakże miejscowi dobrze wiedzą, że "na południu" - co brzmi trochę śmiesznie, bo wyspa ma ok. 70km długości - jest cieplej. Ze względu na dużą pagórkowatość (w zasadzie górzystość) powstają kolejne różnice temperatur. Na prawie 4-tysięcznym wulkanie jest podobno "zimno". Zamarznąć jest trudno, ale jak się już człowiek przyzwyczai do 25 stopni w styczniu, to na taką górą iść się po prostu nie chce.

Teneryfa jest też idealnym miejscem na surfowanie. Podobno Irlandia i Australia są też genialne, ale jedno jest za zimne, a drugie za daleko. Na Teneryfie jest w sam raz. Gigantyczne fale potrafią być też groźnie (historia Dominika), ale zwykle jest to przede wszystkim świetna zabawa. Ja już zaczynam myśleć o spędzeniu tak któryś wakacji, 6 godzin samolotem, wynająć jakąś chatkę i przez 2 miesiące surfować, brzmi jak świetny plan!
Teneryfa, którą odwiedziliśmy, mi bardziej przypomina Amerykę południową.
Rano pan zamiata ulice liściem z palmy. Autobus czeka na przechodzące przez ulicę kozy. Absolutnie nikt się nie spieszy. Na ulicach rośnie hibiskus i aloes. U sąsiada zerwać można cytryny albo pomarańcze. Pod ratuszem rosną banany. Cały świat jest niesamowicie kolorowy. Wszystkie budynki pomalowane są bardzo intensywnie. W Polsce powiedziano by "kicz", a tam, nigdy w życiu. Po prostu kolorowy nie mogły być dziwniej dobrane i tak pięknie pasować jednocześnie. Ten niesamowity nieład panujący nie tylko w domach, ale i na całej wyspie tworzy szczególną harmonię, w której trudno jest się nie zauroczyć.

Już sam język świadczy o tym, że Wyspy Kanaryjskie to nie dokładnie Hiszpania. Już po lądowaniu można wyłapać drobne różnice w słownictwie. Czasem warto znać je wcześniej i nie robić wielkich oczu, kiedy ktoś na autobus powie guagua, które zabrzmi jak "uaua".
Druga sprawa, która wpada szybko w ucho to nie wymawianie końcowego "s" i tak możemy usłyszeć wyliczanie: "un, do, tre" albo też zachęcenie do działania: "vamo señore".
Kolejna sprawa to niesamowita różnorodność wyspy. Na przykład biorąc pod uwagę klimat. Niby wyspa na oceanie, położona tuż "ponad" zwrotnikiem Raka, co automatycznie oznacza ponad 20 stopni przez cały rok. Jednakże miejscowi dobrze wiedzą, że "na południu" - co brzmi trochę śmiesznie, bo wyspa ma ok. 70km długości - jest cieplej. Ze względu na dużą pagórkowatość (w zasadzie górzystość) powstają kolejne różnice temperatur. Na prawie 4-tysięcznym wulkanie jest podobno "zimno". Zamarznąć jest trudno, ale jak się już człowiek przyzwyczai do 25 stopni w styczniu, to na taką górą iść się po prostu nie chce.

Teneryfa jest też idealnym miejscem na surfowanie. Podobno Irlandia i Australia są też genialne, ale jedno jest za zimne, a drugie za daleko. Na Teneryfie jest w sam raz. Gigantyczne fale potrafią być też groźnie (historia Dominika), ale zwykle jest to przede wszystkim świetna zabawa. Ja już zaczynam myśleć o spędzeniu tak któryś wakacji, 6 godzin samolotem, wynająć jakąś chatkę i przez 2 miesiące surfować, brzmi jak świetny plan!
poniedziałek, 18 stycznia 2010
La isla bonita
Na niespokojnych wodach Oceanu Atlantyckiego, tuz przy zachodnim brzegu Afryki znajduje się archipelag wysepek. Największa z nich, z prawie czterotysięcznym szczytem o groźnie brzmiącej nazwie Teide, to Teneryfa. Legenda głosi, że Teneryfa to pozostałość zaginionej przed wiekami Atlantydy.
Na północy wyspy, jedynym miejscu, w którym zdarzają się ulewne deszcze stoi pewien tajemniczy dom. Pełen dziwnych rysunków i pozostałości po poprzednich właścicielach, niepasujących do siebie przedmiotów i starych mebli. Tak się składa, że jest to dom naszego przyjaciela, Dominika.
Wraz z trzema wesołymi dziewczętami (Moniką, Ewą, oraz znaną już Wam Kasią) oraz jednym niemniej wesołym Mateuszem zamieszkują oni sobie domek brujy (czyli czarownicy), która regularnie przybywa z równoległych wymiarów zebrać haracz za kolejny miesiąc:) I my postanowiliśmy przybyć w to urocze miejsce, zobaczyć jak radzą sobie nasi Polacy w tropikach...
Pierwszy widok Teneryfy zapiera dech w piersiach. Ogromne góry wznoszące się tuż obok piaszczystych plaż, piękne luksusowe rezydencje tuż przy małych miejskich domkach. A wszystko to, to mieszanka niesamowitych, cudownie soczystych kolorów.
Nagle znaleźliśmy się w raju - miejscu, gdzie ludzie na ulicach są uprzejmi i życzliwi, słońce zawsze jest na wyciągnięcie ręki, fale zapraszają do surfowania, a góry do wędrowania.
I tak oto rozpoczęła się nasza kolejna podróżnicza przygoda...
Na północy wyspy, jedynym miejscu, w którym zdarzają się ulewne deszcze stoi pewien tajemniczy dom. Pełen dziwnych rysunków i pozostałości po poprzednich właścicielach, niepasujących do siebie przedmiotów i starych mebli. Tak się składa, że jest to dom naszego przyjaciela, Dominika.
Wraz z trzema wesołymi dziewczętami (Moniką, Ewą, oraz znaną już Wam Kasią) oraz jednym niemniej wesołym Mateuszem zamieszkują oni sobie domek brujy (czyli czarownicy), która regularnie przybywa z równoległych wymiarów zebrać haracz za kolejny miesiąc:) I my postanowiliśmy przybyć w to urocze miejsce, zobaczyć jak radzą sobie nasi Polacy w tropikach...
Pierwszy widok Teneryfy zapiera dech w piersiach. Ogromne góry wznoszące się tuż obok piaszczystych plaż, piękne luksusowe rezydencje tuż przy małych miejskich domkach. A wszystko to, to mieszanka niesamowitych, cudownie soczystych kolorów.
Nagle znaleźliśmy się w raju - miejscu, gdzie ludzie na ulicach są uprzejmi i życzliwi, słońce zawsze jest na wyciągnięcie ręki, fale zapraszają do surfowania, a góry do wędrowania.
I tak oto rozpoczęła się nasza kolejna podróżnicza przygoda...
wtorek, 12 stycznia 2010
Opowieści noworoczne
Pojechali i zrobiło się pustawo. Część do Polski, część na gorącą wyspę, gdzie mimo tego, że jest styczeń ludzie kąpią się w oceanie. Ale nie tak szybko! Po drodze trochę się działo... długo nie pisałem, czyli teraz napisze dużo, a raczej o wielu rzeczach.
Kulinarne szaleństwo
Kolejny raz, kiedy wymyślamy coś dziwnego do jedzenia. Przez naszych gości, była to potrawa teneryfska. Jak powiem jak to się robi, to nie będzie wielkiego wow, ale mimo wszystko, było smaczne. Wystarczy zrobić zwykłe naleśniki, z małą różnicą: zamiast wody, trzeba użyć koktajlu z bananów! Nie ma się co dziwić, że powstało to na Teneryfie - miejscu gdzie łatwiej o banany niż o pitną wodę ;)

Żeby był akcent hiszpański, przyrządziliśmy też andaluzyjski chłodnik. Taki prawdziwy, bo w końcu mamy blender. Smakuje to trochę jak sałatka warzywna, ale jest w płynie. Skład to same warzywka: cebula, pomidor, papryka, ogórek i czosnek. Podawać mocno schłodzone. Orzeźwia i syci jednocześnie.
My gotowaliśmy, a nasi goście dzielnie zwiedzali miasto. Narobili tyle kilometrów, że zacząłem się o nich martwić, ale wrócili. I na szczęście byli na tyle głodni, że całe kulinarne szaleństwo zniknęło.
Ostatni dzień
Nadszedł ten ostatni dzień. Późno poszliśmy spać, opuściliśmy żaluzje na sam dół, żeby słońce nas przypadkiem nie zbudziło. Nadszedł ten ostatni dzień roku i chcieliśmy być wyspani. Pobudka po godzinie 13. Mnie obudził Piotrek, który przyszedł z butelką szampana i życzeniami noworocznymi. Tak się złożyło, że przy okazji zaprosił nas na nie swoją imprezę, zaznaczając, że mamy zrobić coś do jedzenia.
Jak już wszyscy się obudzili, zjedli śniadanie, około 16. wyruszyliśmy na zakupy. Oprócz jedzenia, zaopatrzyliśmy się na wieczór. Wspaniałe jest to, że można tu dostać wszystko. Alkohole z całego świata. Wpadliśmy na pomysł zrobienia caipirinhi. Jedyny problem jaki zwykle się spotyka to dostanie cachacy - brazylijskiej wódki (która smakuje trochę jak gin jak dla mnie). Ale oczywiście tu jest wszystko, bez problemu ją dostaliśmy i to nawet w cenie dobrej polskiej wódki.

Kiedy wróciliśmy trzeba było się już uwijać, za 2 godziny wychodzimy, a trzeba coś zjeść, ja zająłem się obiadek, a dziewczyny przyrządziły genialny sernik. Przed wyjściem wpadł jeszcze Piotrek, zapaliliśmy fajkę pokoju, wodną, ale też fajkę. I w drogę!


Impreza sylwestrowa, była erazmusowa, czyli międzynarodowa. Mieszanka zewsząd, co dziwne oprócz hiszpańskiego i angielskiego, królował francuski. Każdy coś przyniósł i można było spróbować naprawdę dziwnych rzeczy. Oczywiście nasz sernik zniknął w pierwszej kolejności!

Dochodziła północ, więc musieliśmy wychodzić, chcieliśmy być o dwunastej w Barcelonie. Biegiem dostaliśmy się do stacji, akurat na czas. Wsiadamy razem z inną ekipą, która też była na tej samej imprezie. Nasza szóstka Polaków, siódemka Francuzów i dwójka Włochów. I zaczął się konkurs śpiewania. Każdy z swoim języku.

Tak śpiewająco znaleźliśmy się na "Kataluni", która była ogrodzona. Jako, że mieliśmy w plecaku szklane butelki, nie mogliśmy wejść. Znaleźliśmy alternatywną trasę wzdłuż Rambli, aż na wybrzeże.
Jak dotarliśmy do portu wybiła dwunasta. Plażę sobie darowaliśmy, najważniejsze, że jesteśmy razem. Siedliśmy na ziemi, zrobilimy drinki (2 szampany zostawiłem przez nieuwagę w lodówce) i za Nowy Rok!
Pół godziny później, niektórzy szaleni przedstawiciele naszej ekipy kąpali się w morzu. Potem udaliśmy się do znanej-i-lubianej chupiterii, czyli miejsca, gdzie można spróbować ponad 360 drinków. Lokal ma może 20 metrów kwadratowych, ale 2 ochroniarzy i 5 barmanów. Wieczorami jest tam zawsze tłok, ale nie ma się co dziwić. Shoty robią genialne!

Około drugiej w mieście zaczął się robić nieprzyjemny rozgardiasz, więc udaliśmy się w kierunku przystanku autobusowego, gdzie oczywiście spotkaliśmy znów szalonych Francuzów, a właściwie same Francuzki :)
Jak minął ten Sylwester? W Barcelonie i najważniejsze, że razem :)

Dzień po
Bawiliśmy się kulturalnie i ciężkiego wstawania nie było.
Tak przy okazji powiem, że upić się w Barcelonie, to wyrok. Wtedy już na bank cie okradną. Idzie się przez Ramblę i czuje, jak ludzie za tobą kombinując, jak się dostać do twojego plecaka. Ja miałem przy sobie tylko jedzenia i picie, więc rozczarowaliby się trochę. 10 metrów przede mną rozpinali człowiekowi plecak. Poinformowałem go o tym, ale za bardzo się nie przejął. Bardziej przejęli się złodzieje, którzy w tym czasie udawali, że zbierają pieniądze, które im niby wypadły. Potem musiałem przed nimi uciekać. Taka z tego nauka, żeby się nie upijać w Barcelonie, a jeżeli już, to żeby nie mieć przy sobie niczego. Wtedy się mniej traci, jak cie okradną ;)
Wracając do wstawania. Nie było ono też wczesne. W zasadzie cały dzień spędziliśmy leniwie. Wylegując się i oglądając filmy.
Umówmy się... w Barcelonie
Tego dnia mieliśmy się spotkać z kolejnymi znajomymi. Oni też spędzali Sylwestra w Hiszpanii. Zabawnie jest się tak nie widzieć się dość długo i ustawić w Barcelonie.
Ruszyliśmy wszyscy do miasta, w planie było jeszcze zwiedzanie nieodwiedzonych miejsc. Park Güell - można być pewnym, że znajdzie się tam coś interesującego. Tym razem też tak było. Masa grających na przeróżnych rzeczach artystów. Największe wrażenie robili "Mañaners" - grupa czterech muzyków z taką radością na twarzach. Ciężko było ustać w miejscu słysząc ich muzykę! Polecam sprawdzić YouTube'a i MySpace'a!

Potem wycieczka pod Sagradę Familię i do głównego miejsca wszystkich spotkań. Przywitaliśmy się z Marcinem i Anią i umówiliśmy na wieczór, oni chcieli poszukać sobie noclegu. Oczywiście nasze 30 metrów kwadratowych na 8 osób było aktualne ;)
Na ostatnim piętrze El Corte Ingles - gdzie jest świetna panorama Barcelony - wypiliśmy gorącą czekoladę. Wieczorna wycieczka po mieście i trafiliśmy tam, gdzie zawsze: Ovella Negra, miejsce, gdzie można wypić najlepsza sangrię w mieście.

c.d.n.
Kulinarne szaleństwo
Kolejny raz, kiedy wymyślamy coś dziwnego do jedzenia. Przez naszych gości, była to potrawa teneryfska. Jak powiem jak to się robi, to nie będzie wielkiego wow, ale mimo wszystko, było smaczne. Wystarczy zrobić zwykłe naleśniki, z małą różnicą: zamiast wody, trzeba użyć koktajlu z bananów! Nie ma się co dziwić, że powstało to na Teneryfie - miejscu gdzie łatwiej o banany niż o pitną wodę ;)

Żeby był akcent hiszpański, przyrządziliśmy też andaluzyjski chłodnik. Taki prawdziwy, bo w końcu mamy blender. Smakuje to trochę jak sałatka warzywna, ale jest w płynie. Skład to same warzywka: cebula, pomidor, papryka, ogórek i czosnek. Podawać mocno schłodzone. Orzeźwia i syci jednocześnie.
My gotowaliśmy, a nasi goście dzielnie zwiedzali miasto. Narobili tyle kilometrów, że zacząłem się o nich martwić, ale wrócili. I na szczęście byli na tyle głodni, że całe kulinarne szaleństwo zniknęło.
Ostatni dzień
Nadszedł ten ostatni dzień. Późno poszliśmy spać, opuściliśmy żaluzje na sam dół, żeby słońce nas przypadkiem nie zbudziło. Nadszedł ten ostatni dzień roku i chcieliśmy być wyspani. Pobudka po godzinie 13. Mnie obudził Piotrek, który przyszedł z butelką szampana i życzeniami noworocznymi. Tak się złożyło, że przy okazji zaprosił nas na nie swoją imprezę, zaznaczając, że mamy zrobić coś do jedzenia.
Jak już wszyscy się obudzili, zjedli śniadanie, około 16. wyruszyliśmy na zakupy. Oprócz jedzenia, zaopatrzyliśmy się na wieczór. Wspaniałe jest to, że można tu dostać wszystko. Alkohole z całego świata. Wpadliśmy na pomysł zrobienia caipirinhi. Jedyny problem jaki zwykle się spotyka to dostanie cachacy - brazylijskiej wódki (która smakuje trochę jak gin jak dla mnie). Ale oczywiście tu jest wszystko, bez problemu ją dostaliśmy i to nawet w cenie dobrej polskiej wódki.

Kiedy wróciliśmy trzeba było się już uwijać, za 2 godziny wychodzimy, a trzeba coś zjeść, ja zająłem się obiadek, a dziewczyny przyrządziły genialny sernik. Przed wyjściem wpadł jeszcze Piotrek, zapaliliśmy fajkę pokoju, wodną, ale też fajkę. I w drogę!

Impreza sylwestrowa, była erazmusowa, czyli międzynarodowa. Mieszanka zewsząd, co dziwne oprócz hiszpańskiego i angielskiego, królował francuski. Każdy coś przyniósł i można było spróbować naprawdę dziwnych rzeczy. Oczywiście nasz sernik zniknął w pierwszej kolejności!

Dochodziła północ, więc musieliśmy wychodzić, chcieliśmy być o dwunastej w Barcelonie. Biegiem dostaliśmy się do stacji, akurat na czas. Wsiadamy razem z inną ekipą, która też była na tej samej imprezie. Nasza szóstka Polaków, siódemka Francuzów i dwójka Włochów. I zaczął się konkurs śpiewania. Każdy z swoim języku.

Tak śpiewająco znaleźliśmy się na "Kataluni", która była ogrodzona. Jako, że mieliśmy w plecaku szklane butelki, nie mogliśmy wejść. Znaleźliśmy alternatywną trasę wzdłuż Rambli, aż na wybrzeże.
Jak dotarliśmy do portu wybiła dwunasta. Plażę sobie darowaliśmy, najważniejsze, że jesteśmy razem. Siedliśmy na ziemi, zrobilimy drinki (2 szampany zostawiłem przez nieuwagę w lodówce) i za Nowy Rok!
Pół godziny później, niektórzy szaleni przedstawiciele naszej ekipy kąpali się w morzu. Potem udaliśmy się do znanej-i-lubianej chupiterii, czyli miejsca, gdzie można spróbować ponad 360 drinków. Lokal ma może 20 metrów kwadratowych, ale 2 ochroniarzy i 5 barmanów. Wieczorami jest tam zawsze tłok, ale nie ma się co dziwić. Shoty robią genialne!

Około drugiej w mieście zaczął się robić nieprzyjemny rozgardiasz, więc udaliśmy się w kierunku przystanku autobusowego, gdzie oczywiście spotkaliśmy znów szalonych Francuzów, a właściwie same Francuzki :)
Jak minął ten Sylwester? W Barcelonie i najważniejsze, że razem :)
Dzień po
Bawiliśmy się kulturalnie i ciężkiego wstawania nie było.
Tak przy okazji powiem, że upić się w Barcelonie, to wyrok. Wtedy już na bank cie okradną. Idzie się przez Ramblę i czuje, jak ludzie za tobą kombinując, jak się dostać do twojego plecaka. Ja miałem przy sobie tylko jedzenia i picie, więc rozczarowaliby się trochę. 10 metrów przede mną rozpinali człowiekowi plecak. Poinformowałem go o tym, ale za bardzo się nie przejął. Bardziej przejęli się złodzieje, którzy w tym czasie udawali, że zbierają pieniądze, które im niby wypadły. Potem musiałem przed nimi uciekać. Taka z tego nauka, żeby się nie upijać w Barcelonie, a jeżeli już, to żeby nie mieć przy sobie niczego. Wtedy się mniej traci, jak cie okradną ;)
Wracając do wstawania. Nie było ono też wczesne. W zasadzie cały dzień spędziliśmy leniwie. Wylegując się i oglądając filmy.
Umówmy się... w Barcelonie
Tego dnia mieliśmy się spotkać z kolejnymi znajomymi. Oni też spędzali Sylwestra w Hiszpanii. Zabawnie jest się tak nie widzieć się dość długo i ustawić w Barcelonie.
Ruszyliśmy wszyscy do miasta, w planie było jeszcze zwiedzanie nieodwiedzonych miejsc. Park Güell - można być pewnym, że znajdzie się tam coś interesującego. Tym razem też tak było. Masa grających na przeróżnych rzeczach artystów. Największe wrażenie robili "Mañaners" - grupa czterech muzyków z taką radością na twarzach. Ciężko było ustać w miejscu słysząc ich muzykę! Polecam sprawdzić YouTube'a i MySpace'a!

Potem wycieczka pod Sagradę Familię i do głównego miejsca wszystkich spotkań. Przywitaliśmy się z Marcinem i Anią i umówiliśmy na wieczór, oni chcieli poszukać sobie noclegu. Oczywiście nasze 30 metrów kwadratowych na 8 osób było aktualne ;)
Na ostatnim piętrze El Corte Ingles - gdzie jest świetna panorama Barcelony - wypiliśmy gorącą czekoladę. Wieczorna wycieczka po mieście i trafiliśmy tam, gdzie zawsze: Ovella Negra, miejsce, gdzie można wypić najlepsza sangrię w mieście.

c.d.n.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)