Pomysł zrodził się już dawno, żeby wybrać się na to oryginalne katalońskie wydarzenie. Najpierw wytłumaczę, o co chodzi. Calçotada - jak sama nazwa sugeruje - to impreza, na której je się calçots, czyli rodzaj młodej cebulki. Właściwie jest to specjalnie hodowany szczypior. Pozwala mu się wyrosnąć ponad powierzchnię, a potem przysypuje glebą. W ten sposób nie jest on zielony, a biały i twardy. Warzywo to przypomina trochę naszego pora, ale nie smakuje tak samo.
Tuż przed podaniem należy go zgrilować. Potem obdziera się zewnętrzną warstwę (tę spaloną), macza w sosie (salsa romesco albo salsa calçot) i konsumuje (ale tylko białą część).

Już kiedy pierwszy raz usłyszałem o tym - około listopada - chciałem tego spróbować, ale okres na calçots jest w okolicach marca. I stało się, przyszedł marzec, przyszły "kalsoty". W tym okresie można często znaleźć miejsca reklamujące organizowanie takich imprez. My trafiliśmy na "kalsotadę" trochę inaczej.

Wspominałem już wcześniej o CouchSurfing. Nadal jestem zachwycony. Po raz kolejny się nie zawiodłem. Oprócz szukania miejsca na nocleg, na stronie można też znaleźć grupy, które zrzeszają ludzi o podobnych zainteresowaniach. Na jednej z grup dowiedziałem o tym, że ktoś niedaleko nas organizuje "kalsotadę". Tym sposobem w niedzielne popołudnie trafiliśmy na kolejną międzynarodową imprezę. Wszystko działo się na tarasie na dachu w Barcelonecie, nadmorskiej dzielnicy z małymi kamieniczkami. Było nas około 30 osób. Każdy przyniósł coś i powiem, że było tego sporo. Oczywiście najszybciej znikneły "kalsoty". Wszyscy chcieli spróbować. Oprócz głównego dania była też masa dodatków, wliczając w to wielką miskę Sangrii.
Jeśli ktoś się wybiera do Barcelony w okolicach marca, warto pamiętać o "kalsotach" :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz