czwartek, 11 lutego 2010

24h/d

Egzaminy minęły, czyli zaczynają się wakacje! Asia wraca do Wrocławia, a Wrocław przyjeżdża do mnie :) W miedzy czasie nadal gościmy naszych couchów: Hanię z Polski i Rey z Montany (US). Oboje uczą języków - Rey angielskiego w Polsce, Hania polskiego w Niemczech. Całe dnie zwiedzali miasto, a wieczorem wracali na wspólny obiadek i granie w Yahtzee.

Wczoraj Asia miała samolot, więc musieliśmy rano wstać, żeby dojechać do Girony. Wcześniej spytałem czy Hania i Rey mają ochotę zwiedzić co nieco (Gironę, nie lotnisko!). Wstaliśmy wszyscy ok. 4-tej rano, szybkie śniadanie i w drogę. Godzinę później Asia wchodziła na lotnisko, a my jechaliśmy dalej, do centrum. Dojechaliśmy trochę za wcześnie, było nadal ciemno i zimno do tego. Przeczekaliśmy w aucie do wschodu. Potem małe śniadanie w ciastkarni i w drogę.

Miasto z początku było puste, zupełnie inaczej niż zatłoczona Barcelona. Muszę z tego miejsca zwrócić honor Gironie. Kiedyś napisałem, że nie jest warta odwiedzin. Musiałem być wtedy zmęczony. Zdanie zmieniłem zdecydowanie. Bardzo przyjemnie jest pospacerować po tych małych uliczkach. Odkryliśmy ładne wzgórze z kolorowymi domami z widokiem na ośnieżone Pireneje. Przeszliśmy się starymi murami miejskimi, wypiliśmy cafe con leche w cudem znalezionej kawiarni (większość była zamknięta).

Kolejnym punktem wycieczki było Figueres - miejsce, w którym urodził się Dali. Tam też mieści się muzeum z jego działami. Zdecydowanie było warto! Miejsce jest szalone, bardzo dobrze urządzone. Dzieła są dosłownie wszędzie - ich postać, wykonanie i użyte materiały szokują.
Muszę się wybrać do barcelońskich muzeów, żeby mieć porównanie. W każdym razie polecam na pewno!

Wróciliśmy koło 17. To nie był koniec dnia dla mnie... w zasadzie ledwo minęła połowa. Przeprowadzka na mnie czekała. Goście pomogli mi załadować autko, potem pożegnali się i pojechali na czyjąś kanapę. Wieczorem zabrałem się z Piotrkiem do przewożenia rzeczy. Musieliśmy czekać do 21. aż nie będzie korków.
Na całe szczęście auto można było zaparkować tuż pod domem. Ułatwiło to noszenie rzeczy (i tak musieliśmy pokonać 3 piętra).
Wnieśliśmy wszystkie graty, ja zawiozłem autko z powrotem, zanim znów byłem w nowym domu była północ. Dziewczyn nie było, tylko jakiś chłopak. Okazało się, że nie jakiś, tylko Ireny. Jest kucharzem i przyznam, że gotuje nieźle (od razu załapałem się na kolację, późną kolację).
Po godzinie pierwszej dołączyłem do Piotra, siedział w barze i żegnał się z ludźmi - wyjeżdża za 3 dni. Później skoczyliśmy do klubu. Szczerze mówiąc znany-i-popularny Razzmatazz przypominał wczoraj nasz wrocławski Dolmel, co nie jest komplementem. Wróciliśmy po 4 rano. W końcu po 24 godzinach mogłem się położyć. Przyznam, że dobrze się spało w nowym łóżku :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz