CouchSufring przyzwyczaja do tego, że młodzi ludzie podróżują, goszczą innych, mówią różnymi językami. Dzisiaj to nie trudne, ale pokolenie naszych rodziców wcale nie miało tak łatwo.
I tak Roger zamiast spędzić sobotę w domu postanowił pokazać przyjezdnym swoje miasto. Zabrał nas na wycieczkę. Była nas czwórka: Danielle (pochodzi z Rumunii, ma Ukraińskie korzenie, mieszka w NY), Maria (z Kolumbii), Heliana (z Argentyny) i ja. Wycieczka była dość szalona, bo byliśmy w trzech odległych miejscach miasta. Najpierw zamek na wzgórzu Montjuic (w ciągu pół roku nie zdążyłem się tam wybrać) - widok z góry, przepiękny. Potem drugie wzgórze, z drugiej strony i wyższe: Tibidado. Znów niezapomniany widok, a dla dzieciaków dodatkowo świetna atrakcja - wesołe miasteczko. Na koniec piwo/wino w małej knajpce w Barcelonecie. Potem Roger musiał zadbać o swojego gościa i musieliśmy się rozstać.
Ale to nie był koniec. Wybraliśmy się na kieliszek Cavy (kataloński "szampan") do Champanyerii. Tłok oczywiście jak zawsze. Jeśli iść tam na dłużej to zanim zapadnie zmrok, nie ma jeszcze tłoku.Jak się okazało Heliena mieszka na Placa Reial i ma w domu całą masę spaghetti. Jej mieszkanko było na ostatnim piętrze, więc po kolacji siedzieliśmy na dachu, podziwiając Barcelonę z góry po raz trzeci.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz