wtorek, 30 marca 2010

Oni wrócili

Wiedzieliśmy o tym, że kiedyś znów ich zobaczymy. Było to nieuniknione. Zawsze wracają. Ale nawet jeśli to wiesz, to w ciągu tylko kilku "zimowych" miesięcy przyzwyczajasz się, że prawie ich nie ma.
Przejście przez ulicę nie jest już takie samo. Zapomnieć można o bieganiu, jeżdżeniu na rowerze! Nie ma gdzie, trzeba im tłumaczyć, gdzie jest Rambla, czekać, aż przejdą cała gromadką. O czym mówię? Oczywiście o turystach! Wrócili. Jeszcze 3 tygodnie temu było zimno, był śnieg. Teraz jest 20 stopni, ale oni też tu są.

Tubylcy nazywają ich las guiris. Turyści często pytają o drogę mówiąc: "Where is...". Hiszpanie - których angielski do biegłości ma daleko - rozumieją to jako ge-ris. Tak właśnie podobno zrodziło się to określenie.

Plaże już się wypełniają. Razem z nimi sprzedawcy wszystkiego: okulary, kanapki, piwo, marycha, chusty, masaż, tatuaże. Nie można posiedzieć 3 minut spokojnie. Oprócz tego Rambla znów wygląda jakby po drugiej stronie było czerwone światło i wszyscy na coś czekali. Myślę, że całe to zamieszanie najbardziej podoba się złodziejom. Dla nich w końcu kończą się chude miesiące, grube ryby przyjechały!

Ciekawe jak będzie w lecie, w końcu to dopiero marzec...

poniedziałek, 29 marca 2010

Hiszpańska niedziela

Spróbujcie znaleźć otwarty sklep spożywczy w niedzielę w Hiszpanii. Warzywniak, supermarket, bank, biuro, kiosk i cała reszta. Wszystko jest pozamykane. I co ci wszyscy ludzie wtedy robią. Barcelona - prawie 3 milionowa aglomeracja. Po kilku tygodnia mieszkania w centrum miasta powiem, że ci wszyscy ludzie na pewno nie siedzą w domu, bo na ulicach jest ich cała rzesza.
Szczególnie na deptakach, w parkach.

Parc de la Ciutadella. Od jakiegoś czasu nasze ulubione miejsce. Blisko, cicho i pięknie. To chyba wystarczy. Nie tylko nasze ulubione, ale też innych mieszkańców Barcelony. Jest ich tam zwykle sporo i robią najrozmaitsze rzeczy. Rodziny spacerują z dziećmi, grupki znajomych jedzoną obiad, ktoś urządza urodziny. Bębniarze wystukują rytm, nieopodal dziewczyny ćwiczą grę na saksofonie. Inni trenują chodzenie na linie, żonglowanie, czy jogę. Ktoś się opala, starszy pan karmi papugi, dzieci bawią się w berka, łódeczki pływają po stawku. 2 tygodnie temu w parku stało kilkanaście pianin z napisem "Toca'm, soc teu" (Zagraj na mnie, jestem Twój). Ludzie podchodzi i próbowali swoich sił. Niektórzy byli naprawdę świetni. Na centralnym placu ludzie stepowania przy akompaniamencie pianinka. Grający pan uczył swoją córeczkę podstaw. Potem ktoś się dołączył i grali razem.
Dziś w tym samym miejscu odbywały się lekcje tańca.
obok mały chłopczyk uczył się puszczać bańki, ktoś inny malować.
Wszyscy korzystali z pogody i wolnego dnia. Założę się, że na plaży ludzie opalali się i grali z siatkę, ale tego już nie zdążyłem dziś sprawdzić. Może jutro :)

niedziela, 28 marca 2010

Nad Barceloną x3

Wczoraj udało mi się wpaść na spotkanie CouchSurferów zorganizowane przez Rogera. To też katalońskie imię. Wymawia się jak "róże", ale akcent pada na drugą sylabę. Człowiek jest niesamowity. Ma ponad 50 lat, własną rodzinę, biznes. Normalka, ale uczy się angielskiego, a w sobotę bierze auto, żeby pokazać miasto ludziom, których w ogóle nie zna.
CouchSufring przyzwyczaja do tego, że młodzi ludzie podróżują, goszczą innych, mówią różnymi językami. Dzisiaj to nie trudne, ale pokolenie naszych rodziców wcale nie miało tak łatwo.
I tak Roger zamiast spędzić sobotę w domu postanowił pokazać przyjezdnym swoje miasto. Zabrał nas na wycieczkę. Była nas czwórka: Danielle (pochodzi z Rumunii, ma Ukraińskie korzenie, mieszka w NY), Maria (z Kolumbii), Heliana (z Argentyny) i ja. Wycieczka była dość szalona, bo byliśmy w trzech odległych miejscach miasta. Najpierw zamek na wzgórzu Montjuic (w ciągu pół roku nie zdążyłem się tam wybrać) - widok z góry, przepiękny. Potem drugie wzgórze, z drugiej strony i wyższe: Tibidado. Znów niezapomniany widok, a dla dzieciaków dodatkowo świetna atrakcja - wesołe miasteczko. Na koniec piwo/wino w małej knajpce w Barcelonecie. Potem Roger musiał zadbać o swojego gościa i musieliśmy się rozstać.

Ale to nie był koniec. Wybraliśmy się na kieliszek Cavy (kataloński "szampan") do Champanyerii. Tłok oczywiście jak zawsze. Jeśli iść tam na dłużej to zanim zapadnie zmrok, nie ma jeszcze tłoku.
Jak się okazało Heliena mieszka na Placa Reial i ma w domu całą masę spaghetti. Jej mieszkanko było na ostatnim piętrze, więc po kolacji siedzieliśmy na dachu, podziwiając Barcelonę z góry po raz trzeci.

środa, 10 marca 2010

Paella time!

Musiało minąć pół roku pobytu w Hiszpanii zanim udało mi się spróbować to typowe Hiszpańskie danie. Oczywiście po raz pierwszy trzeba spróbować najbardziej typowej wersji: marinara, czyli z owocami morza. Pewnie niektórych to odstraszy, ale warto kolekcjonować takie kulinarne wrażenia.

Moja porada dla tych, którzy się zdecydują. Lepiej nie jedzcie nic wcześniej, bo porcja paelli jest bardzo sycąca. Nie wielu prosi o dokładkę. Rzecz, o której warto pamiętać, to fakt, że paella nie jest tanią potrawą. Z tego co się orientuję 10€ to absolutne minimum za porcję. Jeśli zamawiacie ją w kilka osób, mało istotne, kto ile zje, cena jest za porcję. Moja druga rada jest taka: skoro trzeba wydać tyle na paellę, nie żałujcie dodatkowych kilku euro i zjedzcie naprawdę dobrą. Nam restaurację polecił David, jego rodzice mówili, że jest świetna. Jechaliśmy tam pół godziny autem, więc musiała być tego warta. Okazała się, że jest to rodzinna restauracja, a jedzenie było naprawdę warte fatygi i kwoty jaką wydaliśmy.

poniedziałek, 8 marca 2010

(Nie)zwykły dzień

Wyglądam właśnie przez okno i widzę... śnieg. Dziewne, w grudniu nie było, a w styczniu ani lutym też nie. Przyszedł marzec, a tu pada. Oczywiście nie tak jak u nas. Pada, ale się nie utrzymuje. Fakt, że to nie śnieg z deszczem, tylko normalny śnieg. A jeszcze przedwczoraj ludzie robili piknik w parku, capoirzyści trenowali na dworze, a my karmiliśmy kaczki ogrzewając się w ciepłych promieniach słońca.

Teraz siedzę w ulubionej kawiarni i patrzę na - równie jak ja zdziwionych - ludzi. Jedni siedzą w oknach i obserwują, inni wychodzą robić sobie zdjęcia. Jakiś mężczyzna stoi na środku placu z uniesionymi rękoma, patrzy w niebo i się uśmiecha - może to jego pierwszy śnieg.
Właśnie kawiarnia. W końcu udało mi się znaleźć "moją ulubioną", zawsze o tym marzyłem. W zasadzie odkryliśmy ją z Miśkiem. Jest tuż obok (jakieś 40 kroków od domu), na małym placyku, gdzie rosną dwie duże palmy. Wpadamy tu z Asią na kawę, żeby popracować albo poplotkować. Muszę koniecznie polecić tę kawiarnię, świetna muzyka, klimatycznie urządzone wnętrze, miła obsługa. Jeszcze nie dawno jak wchodziłem to mówiłem tylko "to, co zawsze". Teraz sami przynoszą mi kawkę. Bardzo mi się podoba idea posiadania swojej kawiarni. Jakbyście byli w Barcelonie koniecznie trzeba wpaść do Alsur Cafe.

Sytuacja się trochę rozwinęła i śnieg zaczął padać intensywniej. Podobno nie zdarza się to często, ale się zdarza. Poniżej zdjęcia zrobione z naszego balkonu i kolekcja zdjęć znajomych z dnia dzisiejszego.