
czwartek, 18 lutego 2010
Calçotada

piątek, 12 lutego 2010
W górę, w góry!!
Wsiedliśmy w auto i za 50 minut byliśmy na miejscu. Ostatni odcinek drogi jest dość szalony, bo polega na skręcaniu w lewo i w prawo i tak bez przerwy. Parking niestety płatny, alternatyw żadnych. Ludzi praktycznie nie było, to nawet lepiej, bo zwykle bywa tam tłoczno. Słonko przyświecało, więc szybko ruszyliśmy w trasę. Znalazłem ją na genialnej stronie, działającej jak Wikipedia, z taką różnicą, że nie ma tam definicji słów, a dokładnie opisane ścieżki z całego świata. Piesze, rowerowe, konne, itd. - do wyboru, do koloru. Różne poziomy trudności, różne długości. Do tego zdjęcia, komentarze, a wszystko można ściągnąć (łącznie z współrzędnymi).
Dzień ogólnie był ciepły, ale im wyżej tym chłodniej. Na samej górze (ponad 1200 metrów) był nawet śnieg. Pierwszy jaki widziałem w Hiszpanii.
Wycieczka trwała kilka godzin i jak na pierwszy tegoroczny wypad w górki była udana. Już myślę o kolejnym zdobywaniu pobliskich szczytów (w parku Montseny, godzinka autem od nas, są takie "Śnieżki", o Pirenejach na razie głośno nie mówię).
Niżej zdjęcie Montserrat z Flickr'a.
czwartek, 11 lutego 2010
24h/d
Wczoraj Asia miała samolot, więc musieliśmy rano wstać, żeby dojechać do Girony. Wcześniej spytałem czy Hania i Rey mają ochotę zwiedzić co nieco (Gironę, nie lotnisko!). Wstaliśmy wszyscy ok. 4-tej rano, szybkie śniadanie i w drogę. Godzinę później Asia wchodziła na lotnisko, a my jechaliśmy dalej, do centrum. Dojechaliśmy trochę za wcześnie, było nadal ciemno i zimno do tego. Przeczekaliśmy w aucie do wschodu. Potem małe śniadanie w ciastkarni i w drogę.
Miasto z początku było puste, zupełnie inaczej niż zatłoczona Barcelona. Muszę z tego miejsca zwrócić honor Gironie. Kiedyś napisałem, że nie jest warta odwiedzin. Musiałem być wtedy zmęczony. Zdanie zmieniłem zdecydowanie. Bardzo przyjemnie jest pospacerować po tych małych uliczkach. Odkryliśmy ładne wzgórze z kolorowymi domami z widokiem na ośnieżone Pireneje. Przeszliśmy się starymi murami miejskimi, wypiliśmy cafe con leche w cudem znalezionej kawiarni (większość była zamknięta).
Kolejnym punktem wycieczki było Figueres - miejsce, w którym urodził się Dali. Tam też mieści się muzeum z jego działami. Zdecydowanie było warto! Miejsce jest szalone, bardzo dobrze urządzone. Dzieła są dosłownie wszędzie - ich postać, wykonanie i użyte materiały szokują.
Muszę się wybrać do barcelońskich muzeów, żeby mieć porównanie. W każdym razie polecam na pewno!
Wróciliśmy koło 17. To nie był koniec dnia dla mnie... w zasadzie ledwo minęła połowa. Przeprowadzka na mnie czekała. Goście pomogli mi załadować autko, potem pożegnali się i pojechali na czyjąś kanapę. Wieczorem zabrałem się z Piotrkiem do przewożenia rzeczy. Musieliśmy czekać do 21. aż nie będzie korków.
Na całe szczęście auto można było zaparkować tuż pod domem. Ułatwiło to noszenie rzeczy (i tak musieliśmy pokonać 3 piętra).
Wnieśliśmy wszystkie graty, ja zawiozłem autko z powrotem, zanim znów byłem w nowym domu była północ. Dziewczyn nie było, tylko jakiś chłopak. Okazało się, że nie jakiś, tylko Ireny. Jest kucharzem i przyznam, że gotuje nieźle (od razu załapałem się na kolację, późną kolację).
Po godzinie pierwszej dołączyłem do Piotra, siedział w barze i żegnał się z ludźmi - wyjeżdża za 3 dni. Później skoczyliśmy do klubu. Szczerze mówiąc znany-i-popularny Razzmatazz przypominał wczoraj nasz wrocławski Dolmel, co nie jest komplementem. Wróciliśmy po 4 rano. W końcu po 24 godzinach mogłem się położyć. Przyznam, że dobrze się spało w nowym łóżku :)
English? No, Spanglish!
Pierwszy egzamin został przetłumaczony spontanicznie - chyba się nas nie spodziewali. Kolejny był już przygotowany wcześniej. Przed rozdaniem spytali nas, jaką wersję chcemy. Wzięliśmy angielską, ale po 10 minutach poprosiłem o castellano. Prędzej zrozumiem ich, niż ich próby tłumaczenia. Ale przyznam, że są bardziej zabawni niż Google Translator tłumaczący "ciasteczka piekła babcia" na "babcia hell cookies".
Zamieszczam niżej fragmenty egzaminu z baz danych. Wiem, że zdania będą wyrwane z kontekstu, ale zapewniam, że z kontekstem czy bez, to zdanie i tak nie ma sensu.
"From the garage we know the direction and the ability to hire you have. For every car we keep tuition, model, color, make and type of car."
poniedziałek, 8 lutego 2010
Smiać się czy płakać - niepotrzebne skreślić
piątek, 5 lutego 2010
Tropiki
Podczas wspomnianego wcześniej spaceru widziałem Teide. Widziałem też śnieg, ale widziałem inną niepokojącą rzecz... za parę minut wulkan zniknął za chmurami... Swoją drogą mieliśmy szczęście, że zdążyliśmy go zobaczyć, ale problem jest w tym, że najstarsi górale powiadają, że jak Teide znika za chmurami, to będzie padać... Oj padało... Takiego deszczu, to ja w Irlandii nie widziałem nawet, ale istnieje ewentualność, że byłem tam za krótko:P ale był to deszcze wielce specyficzny... nie zacinał, nie bolał... padał prosto, ale porządnie:P Wybrałem się z kolegami na zakupy i w parę minut byliśmy cali mokrzy, a w butach zrobiło nam się błotko... Przy okazji odkryliśmy, że jeśli woda jest w bucie jakiś czas, jest przyjemnie ciepła, niestety kiedy naleje się nowa, robi się zimno:P wracając do pogody, ulice zamieniły się w rwące potoki (wody było tak, że nalewała się górą do adidasów:P) studzienki kanalizacyjne przestały zbierać wodę i zamieniły się w pluskające fontanny... Zrobiły się ogromne korki, bo samochody miały problem z jazdą w wodzie. Cały deszcz staraliśmy się przeczekać i metodą małych kroczków doszliśmy w końcu do domu... Ale podobał mi się przystanek w czyimś garażu:D zaczęło lać, więc schowaliśmy się do garażu (był otwarty) mając nadzieję, że zaraz się uspokoi... po chwili wyszła do nas dziewczyna (na kogoś czekała) i pyta nas, czy my do Julii. Odpowiedziałem, że nie, że chcieliśmy się tylko schować przed deszczem i przepraszamy, że się tak wbiliśmy i... przerwała mi mówiąc tylko "no te procupe" i staliśmy sobie razem z nią i obserwowaliśmy wodę płynącą po ulicach. Kiedy doszliśmy do domu włączyliśmy telewizje i to, co widzieliśmy było straszne. La Laguna jest położona ponad 600 metrów nad poziomem morza, a i tak niektórych pozalewało, ale co działo się nad oceanem... odwołali wszystkie loty z lotniska na południu, fale były przeogromne, a różne zwierzęta (psy, kozy) z górskich wiosek powstałe rzeki zmiotły na plaże (część nie przeżyła).
Jeśli chodzi o nasz dom... co to się działo... taras na dachu (z tylko jednym odpływem) zamienił się w basen, w którym wody było do kostek, woda na tarasie osiągała poziom zagrażający kuchni (już zaczynała się nalewać) parę ładnych chwil zajęło nam zamiatanie wody do spływów (wtedy szybciej spływała) czy wylewanie wody miskami na ulice:P jakie pozostałości? masa mokrych ciuchów, parę filmików i zdjęć z akcji ratunkowej, oraz przemoczone ściany i nasz nowy współlokator - pan grzybek:P Najważniejsze, że z powodzi, o której mówili nawet w polskiej telewizji, wyszliśmy cało i zdrowo:) na szczęście mamy i prąd i wodę (nie wszystkim było to dane...) a także nowy powód do śmiechu, bo kiedy lało na potęgę, nasza kochana Kasia postanowiła, że musi zrobić pranie, całe szczęście, że obsesja nie kazała jej wywieszać tego prania na dachu:D
Powódź już się skoczyła, nawet trochę się rozpogodziło, ale dziś spotkała nas nowa niespodzianka na Teneryfie... Siedzę spokojnie przed komputerem i lekko zaniepokojony obserwuje trzęsące się biurko... myślę "duży ten samolot" po jakimś czasie udałem się na górę zapytać, co to za maszyna przejeżdżała, że tak domem wstrząsnęło, a w odpowiedzi usłyszałem tylko "też to czułeś?" stwierdziliśmy, że albo było to trzęsienie ziemi, albo dom nam się rozpada:P wątpliwości wyjaśniła przybyła za chwile Ewka, która pytała, czy czuliśmy ten wstrząs (była godzinę drogi od domu) tak więc już bez żadnych wątpliwości... Teneryfę nawiedziło małe trzęsienie ziemi;) nikomu nic się nie stało, ale ucierpiał Mateusz, który trzęsienia niezauważył:P
PS. Zdjęcia z akcji ratunkowej na dachu wrzuce w najbliższym czasie;)
