sobota, 24 kwietnia 2010

Fiesta

To słowo słyszy się tu bardzo często. Bez niego było by tu dziwnie. Oczywiście w większości przypadków chodzi o wyjście za miasto, czy spotkanie się ze znajomymi na kieliszka czy inną formę zabawy. Ja chciałem napisać o różnych lokalnych świętach katalońskich. Przyznam, że jest ich masa i nie uda mi się opisać wszystkich w jednym wpisie, ale obiecuję, że wszystko są oryginalne.

Corre del bou
Impreza odbywa się w małej miejscowości 100km na północ od Barcelony. O ośmej rano, grupa byków biegnie w kierunku głównego placu, niektórzy śmiałkowie uciekają przed nimi. Rozpoczynają się walki z bykami, w przeciwieństwie do korridy zwierzętom nie dzieje się krzywda. Każdy młodzieniec z Cardony nosi koszulkę i płachtę charakterystyczną dla swojego zespołu. Dookoła placu zamontowana jest ogrodzenie, do którego przywiązanych jest około 500 sznurów. Służą one jako ostatnia deska ratunku dla tych, których byk atakuje.
Największą atrakcją jest Cargolera. Jeden ze śmiałków wchodzi do wielkiego plecionego kosza i jego zadaniem jest ucieczka przed bykiem. Przeważnie kończy się na tym, że biedak ucieka przed bykiem turlając się, oczywiście byk mu pomaga ;)

Źródło zdjęcia: Flickr.

L'ou com balla
W czasie Bożego Ciała (Corpus Christi) w Barcelonie odbywa się dość ciekawy rytuał. Na strumień fontanny (bogato udekorowanej kwiatami) kładzie się wydmuszkę, która sprawia wrażenie jakby tańczyła.

Źródło zdjęcia: Flickr.

Festes del Tura
To wydarzenie odbywa się w miejscowości Olot, na północny-wschód do Girony. Najważniejszą atrakcją jest Farandula, czyli procesja wielkich tańczących gigantów.

Źródło zdjęcia: Flickr.

Felic Sant Jordi

Tym razem będzie o świętach w Barcelonie. Jest ich sporo. W rocznicę ataku na WTC Katalończycy czczą poległych w czasie obrony Barcelony składając kwiaty pod pomnikiem Rafaela Casanovy. Kilka tygodni później jest La Merce, czyli fiesta mayor Barcelony. A wczoraj, 23 kwietnia, było święto św. Jerzego (Sant Jordi), patrona Katalonii.

W tym dniu tradycyjnie kobiety dostają od panów róże, ponieważ św. Jerzy jest patronem zakochanych. Mężczyźni zostają obdarowani książkami, bo jest to również rocznica śmierci dwóch ważnych pisarzy: Cervantes'a i Shakespear'a. Zmarli dokładnie tego samego, 23 kwietnia 1616 roku.



Istnieje też legenda opowiadająca o tym, jak smok prześladował miasto Montblanc pożerając ludzi. Mieszkańcy, żeby zaspokoić smoka postanowili wybierać jednego ze swoich jako obiad dla smoka. Pewnego dnia wypadło na córkę króla. Ubolewał on długo, ale powiedział, że nie będzie wyróżniał swojej rodziny i zgodził się wydać królewnę. Kiedy szła już na stracenie zjawił się kawaler na koniu, który zabił smoka i uratował księżniczkę. Ze smoczej krwi wyrosła róża, którą rycerz podarował królewnie, a potem odjechał. Był to św. Jerzy.

Nie jest to dzień wolny do pracy, ale i tak jest to wielkie święto. Wszyscy Barcelończycy spacerują ulicami, kupując tanie książki i róże. Stragany można znaleźć wszędzie. Rambla jest zamknięta dla ruchu samochodowego i jest cała pełna ludzi. Tłum jest większy niż na Sylwestra.

W tym dniu sprzedaje się około 4 milionów róż i ponad 800 tysięcy książek (co stanowi ponad połowę książek sprzedanych w ciągu roku w Katalonii). Oprócz sprzedaży książek prowadzone są też wymiany książek. Na ulicach czyta się książki (24-godzinny maraton literatury Cervantesa) , tańczy się Sardanę, rozgrywane są teatrzyki opowiadające legendę o św. Jerzym i smoku. Jest to też jedyny dzień w roku, w którym można wejść do Palau de Generalitat (ratusza). Wszędzie wiszą flagi katalońskie.

Wnętrze ratusza. U góry po prawej Asia wpisuje się do specjalnej księgi gości.

De sol a sol

Od świtu do zmierzchu, właśnie tyle czasu spędziliśmy w hiszpańskiej stolicy. Pierwsza różnica, która widoczna jest od razu, to brak katalońskiego, po kilku miesiącach w Barcelonie jest to trochę dziwne. Druga charakterystyczna rzecz to różnica wielkości. W Madrycie wszystko jest większe albo bardziej mnogie. Wszystko podobne, tylko jest "bardziej, lepiej i więcej".
Budynki dwa razy wyższe, pomniki potężniejsze, prostytutki na ulicach (ale na głównej, a nie jak w Barcelonie na bocznych), sjesta dłuższa, pucybutów i ulicznych sprzedawców więcej. Może jedynie nie ma aż tylu Pakistańczyków na ulicach.

Spacerując uliczkami znaleźć można na ziemi cytaty z hiszpańskiej literatury. Ciekawy też jest sposób oznaczania ulic. Nazwy ulic pisane są na ceramicznych płytkach z odpowiednim rysunkiem ilustrującym je.



Kulinarnie

Poranna pobudka sprawiła, że śniadanie musiała składać z filiżanki kawy. Znaleźli mały bar, zamówiliśmy kawę z mlekiem (podano ją w takich stołówkowych szklankach) i coś, co przypominało wielkie churro (jakieś 30cm długości).

Koło południa znaleźliśmy placyk, na którym można było znaleźć wszelkiego rodzaju tapas. Małe stragany były bardzo wyspecjalizowane (np. stoisko z tortillą). Nas skusiły tapas rybne, wszystkie w tej samej cenie: 1 euro. Mnie szczególnie zainteresowała kanapeczka z kawiorem - spróbowałem pierwszy raz w życiu.

Porę obiadową niestety przegapiliśmy. W niektórych restauracjach jak nie zje się obiadu do godziny czwartej, to później trzeba czekać do wieczora albo zadowolić się przegryzkami. Lokal, który znaleźliśmy był jednym z takich. Znajdował się na dachu, miał taras z widokiem na miasto i co najciekawsze wchodziło się do niego jak do zwykłego mieszkania. Żadnej reklamy, dzwoni się domofonem, wjeżdża małą windą na 6. piętro, otwiera drzwi do mieszkania, a tu restauracja. Obiadu nie zjedliśmy, ale przyjemnie można było posiedzieć na tarasie pijąc zimne rosado, zajadając tapas, opalać się w słońcu i oglądać okolicę.

Obiad zjedliśmy w innej knajpie, która ma bardzo długą tradycją. Właściciel opowiadał nam, że pracuje tak już 50 lat, a sama knajpa ma ponad 100 lat. Jadają tam całe rodziny, a czasem znane osobistości. Można skosztować tam specjalności kuchni madryckiej. Wszystkie główne dania robione są z baraniny. My zamówiliśmy sałatkę, patatas picantes i entresijos (smażone flaki jak się później dowiedziałem)


O szczegółach zwiedzania opowiem Asia.

sobota, 17 kwietnia 2010

Sezon rozpoczęty ?

O turystach już pisałem. Tak, sezon dla turystów już dawno się zaczął. O jakim więc sezonie chcę pisać? Zdecydowanie znacznie ważniejszym dla mnie, a to dlatego, że jestem smakoszem.

Sezon na świeże warzywa i owoce się zaczął! Albo przynajmniej zbliża się wielkimi krokami.

Byliśmy dziś na sobotnich zakupach. Oczywiście część rzeczy kupiliśmy w markecie, ale ciężko jest po drodze minąć targowisko i nie zwrócić uwagi na tę masę wspaniałych produktów. Niesamowicie zielona fasola czy zapach świeżego szczypiorku zachęcał do kupna. W niektórych przypadkach cena sprawiała, że nie można było przejść obojętnie.

Tak właśnie za 1,5€ staliśmy się szczęśliwymi konsumentami 2 kg truskawek. Kto by pomyślał o truskawkach w połowie kwietnia i to jeszcze za 3zł/kg :)

niedziela, 4 kwietnia 2010

Tradycyjnie

Rok temu zobaczyłem serię zdjęć świątecznych. Większość z nich była z Hiszpanii. Wtedy pomyślałem sobie, że warto zobaczyć to choć raz w życiu. Ostatnio dwa dni spędziłem podróżując po północnej Katalonii. O szczegółach wyprawy napiszę później, a teraz będzie o tradycjach. Polskie znamy, więc będzie o hiszpańskich. I trochę o tym, jak staram się je połączyć.

Najpierw o tym, co zainteresowało mnie najbardziej: procesje obchodzone w Wielki Piątek. Pewnie większość słyszała o tych najbardziej sławnych w Andaluzji. Katalonia też ma swoje. Nie tak wielkie i znane, ale też warte przeżycia!

Procesja oczywiście jest zorganizowana, tu musi być porządek. Na przodzie niesiony jest krzyż, zanim maszerują parami nazarenos ubrani w charakterystyczne szpiczaste kaptury (capirote). Twarze mają zakryte, czasem idą boso, a w ręce trzymają długie świece. Między nazarenos chodzą diputados de tramo, którzy starają się porządkować całą formację. Za nimi idą ministranci, a następnie pasos, małę ruchome ołtarze zdobione kwiatami. Pierwszy przedstawia Pasję (misterio), drugi Chrystusa, a trzeci cierpiącą Matkę Boską (dolorosa). Na końcu maszeruje tłum, tuż przed nim może iść grupa muzykantów.

Ja na procesję wybrałem się do bardzo małego miasteczka w północnej Katalonii, w którym mieszka ledwo ponad 1000 mieszkańców, widzów było co najmniej drugie tyle. Wydarzenie wyjątkowe, bo oprócz procesji odbywa się tu także przedstawienie pokazujące ostatnie dni z życia Jezusa (wstęp niestety płatny 20€). Scena umieszczona jest na zewnątrz, na głównym placu pod murami zamku. Przedstawienie trwa 2 godziny. Bierze w nim udział około 200 aktorów, w tym samych rzymskich żołnierzy jest około 100. Jest niesamowicie magicznie!
Zanim zaczyna się scena pojmania Jezusa, jest absolutnie ciemno i po chwili na murach dookoła zapalają się pochodnie. Zdaję sobie sprawę, ze wojsko nas otoczyło.
Gdy scena się kończy, znów zapadają ciemności. Na murach zamku pojawia się gigantyczna trupia czaszka. Cisza, ale w oddali słychać bęben, zbliża się. Strumień niebieskiego światła pada na drugi koniec placu. Postacie się zbliżają, powoli. Czwórka z tyłu trzyma pochodnie, jedna uderza powoli i przeraźliwe w bęben, piątka z przodu tańczy. Zbliżają się. Już wiem, co to jest. Taniec śmierci!
Jedna trzyma kosę, druga wielką flagę z napisem Nemini Parco - "nikomu nie odpuszczę". Kolejna pokazuje palcem na zegar bez wskazówek - czas mija, czas na ciebie. A pozostałe dwie pokazują na miskę z prochem - w proch się obrócisz.
Potem jest jeszcze kilka scen, aż do skazania Jezusa. Wtedy akcja przenosi się na ulicę miasta. Prawdziwa droga krzyżowa. Oprócz tradycyjnej procesji (opisane wyżej), idą rzymianie, apostołowie, faryzeusze, żydzi i oczywiście sam Jezus.
Miasteczko jest niesamowicie zaaranżowane. Żarówki zostały specjalnie wymienione, więc oświetlenie niby jest, ale zobaczyć coś można tylko na kilka metrów. Zamiast tego, w miarę jak procesja przemierza uliczki, na ścianach zapalane są pochodnie. Wąskie przejście, w którym ostatni raz widzimy Chrystusa przed śmiercią, jest oświetlona tysiącem małych światełek. Wszystko robi niesamowite wrażenie. Do tego sceny są bardzo realistyczne, naprawdę jest krzyż, nawet gwoździe!
Trasa procesji jest krótka, ale przejście jej zajęło 2,5 godziny (włączając w to wszystkie sceny: upadki, Św. Weroniką, itd.)
Oczywiście przez cały czas towarzyszy nam śmierć, która nieubłaganie przesuwa palcem po tarczy zegara. I muszę przyznać, że jest bardzo efektowny i trochę przerażający - szczególnie jak śmierć pozuję mi do zdjęcia, mimo, że schowany za aparatem i tak ciarki mi przeszły.

Jeśli chcecie zobaczyć taniec śmierci, to już można znaleźć tegoroczny tutaj. Niżej wrzucam fotkę.
Udało mi się również zobaczyć tradycyjną procesję (już bez przedstawienia) w Gironie. Piękne miasto do tego rodzaju rzeczy. Wspaniała katedra, wysokie mury i wojsko maszerujące tymi wąskimi ulicami (konnica też była!).


Wróćcie do tego posta, bo to dopiero początek. Druga część będzie o jedzeniu!

Piżama ubrana, poduszka jest, więc do ataku!!

Tym razem ta szalona impreza zawitała do Barcelony. Bitwa na poduszki. Dość oryginalny sposób na spędzenie Wielkiej Soboty.

Wieść rozniosła się po sieci już 2 tygodnie temu. Liczba osób, które miały się zjawić, powiększała się każdego dnia. Na szczęścia Placa Catalunya jest bardzo pojemna. Wszyscy się zmieścili. Kilkaset set osób, każdy z poduszką, niektórzy nawet w piżamach, stali na środku czekając na znak. Po chwili głośna syrena i start! Pióra latały wszędzie. Walczyli młodzi i starzy. Prawdziwe szaleństwo!

Jeszcze przed pójściem miałem dylemat: brać poduszkę i uczestniczyć czy brać aparat i robić innym zdjęcia. Poduszki nie wziąłem i przyznam, że byłem całkowicie bezbronny. Nikt nie patrzył, czy mam czym kontratakować. Moja głowa dostała niejedną poduszką. Ja w zasadzie bardziej pilnowałem, żeby aparat nie dostał.

Kadrowanie było strasznie trudne, ale coś mi się udało złapać. Miłego oglądania!




P.S. Jeśli kiedyś w okolicy będzie taka impreza, koniecznie się wybierzcie, z aparatem lub poduszką!