środa, 13 maja 2009

Gdzie to się zaczęło

Mimo, że blog dopiero się rodzi, a posty pojawiają się rzadko, naprawdę dzieje się dużo, w końcu to Erasmus. Zostało to trafnie ujęte w filmie "Smak życia": "Ca s'appelle Erasmus, c'est un bordel innomable"

Ale jeszcze na chwilę o tym, gdzie to się wszystko zaczęło...
Szczerze mówiąc pamiętam tylko to, że od kiedy usłyszałem o Erasmusie (wtedy chyba jeszcze Sokratesie), wiedziałem, że chcę tam jechać. Następnym kluczowym momentem, który pamiętam był dialog z Asią (aka Joką), który odbył się gdzieś w zakorkowanych ulicach Wrocławia:
- "Chciałabym jechać na Erasmusa, co o ty na to?"
- "Fajnie byłoby jechać razem, tylko muszę zaliczyć poprawkę"
Tu można powiedzieć, że klamka zapadła, w końcu jak coś chcemy to uda nam się to osiągnąć!

O pomyśle ciężko było nie mówić Eli i Dominikowi. Nie tyle nawet co
mówić, ale zachęcić i przekonać, żeby też jechali. Dziś już nie pamiętam czy było to łatwe, wiem jedno, koniec końców jedziemy wszyscy.

Jakiś czas później, na początku marca, odbyło się spotkanie wyjazdowe, na którym w zasadzie po półtorej godziny dowiedzieliśmy się tyle, że musimy zdać egzamin z języka angielskiego i złożyć podanie.

Egzamin miał być 4 tygodnie później...
Leżeliśmy na podłodze w Empiku obłożeni książkami z FCE i CAE, ucząc się phrasal verbs i wcinając pączki.

Z egzaminem na szczęście problemów nie było, ale zawsze musi być jakiś. Jednym z pól na podaniu było miejsce wyjazdu. Trzeba się w końcu zdecydować. Ela i Dominik atakują na Irlandię.
Asia i ja organizujemy wyliczankę. Po odrzuceniu depresyjnej północy, szalonych Hiszpanów, twardo brzmiących Niemców została Francja. Niestety miejsce w Paryżu było jedno... dobrze się zdarzyło, że w tym okresie Asia wyjeżdżała na Wielkanoc do Barcelony. Właśnie nazwa tego miasta znalazła się na naszym podaniu.

Nadszedł ten dzień - wyniki rekrutacji: Eli nazwisko dumnie widniało koło nazwy miasta w północnej zawsze zielonej Irlandii, nasze niestety gdzieś na liście rezerwowej.
Na szczęście nadal na liście było sporo miejsc i można było wybrać inny rejon Europy . Dominik chcąc, nie chcąc został wpisany na listę osób jadących na Teneryfę - po tym jak się dowiedział, że jest to raj dla surferów, a w lutym jest ponad 20 stopni wyglądał na zadowolonego - ale my chcieliśmy do Barcelony!!

Dzięki determinacji Asi i pomocy koordynatora wydziału IZ - dr Jana Kwiatkowskiego, któremu serdecznie dziękujemy - udało się, ale wierzcie mi, że nie brakowało adrenalinki. Dowiedzieliśmy się o tym, że jedziemy 2 dni przed terminem składania dokumentów. Co samo w sobie stanowi potwierdzenie słów, że Erasmus to jeden wielki bałagan.

Dokumenty oczywiście to, co nas wszystkich irytuje. Szczególnie kiedy nikt nie jest w stanie krótko i zwięźle powiedzieć jak to działa. No, ale skoro blog ma być informacyjno-edukacyjny to na samym dole powiem jak to wygląda.
Bez problemów się nie obyło, mnóstwo poprawek i znów biegania za podpisami i nerwów. Sam nie wiem ile drzew ścięto na te wszystkie kartki, w końcu to dopiero XXI wiek, nie spodziewajmy się skomputeryzowania tego całego systemu (przecież to uczelnia techniczna !). Oczywiście po wystaniu kilku(nastu?) godzin po różnych kolejkach - w których nie raz dochodziło do sprzeczek kto był przed kim - okazało się, że ostateczny termin składania dokumentów jest przeniesiony o 10 dni. Jakaż była ulga, gdy już wszystkie papierzyska były podpisane, potwierdzone i oddane. Jedziemy, to już prawie pewne, czuję to!

Po tych wydarzeniach wszystko się uspokoiło i załatwianie rzeczy wyjazdowych stało się przyjemnością. Ostatnio całą czwóreczkę oglądaliśmy film, który opowiada o roku spędzonym właśnie na Erasmusie. Zgadnijcie gdzie! W Barcelonie oczywiście. Tytuł filmu "L'auberge espagnole" (dosł. hiszpańska gospoda) - zapewne po wielu dniach prac - został przetłumaczony "Smak życia". Pokazuje zagubienie po przyjeździe w nowe miejsce, problemy i radości wyjazdów zagranicznych, polecam każdego, wyjeżdżającemu i temu, który zostaje.

Na koniec jeszcze o tym, skąd my się tu wzięliśmy. Jak zawsze szukając informacji na temat miejsca, do którego się wybiera, natrafia się na problemy i pytanie bez odpowiedzi. Nasz blog będzie połączeń praktycznych informacji i opowieścią czwórki przyjaciół piszących z trzech miejsc Europy, mamy nadzieję, że kiedyś ktoś skorzysta z naszego doświadczenia.


----------------------------------------------------------------------

Potrzebne kilku dokumentów:
  • Transcript of Records x2 : wykaz wszystkich zaliczonych przedmiotów (języki i przedmioty humanistyczno-menedżerskie też), zawiera też naszą średnią (liczoną arytmetycznie z każdych zajęć, osobno wykład, ćwiczenia, itd.)
  • ITS (Indywidualny Tok Studiów): w tabelce wpisujemy przedmioty, które realizowalibyśmy na swojej uczelni w następnym semestrze/roku oraz ich odpowiedniki na uczelni, na którą jedziemy (na tym etapie trzeba wiedzieć gdzie się jedzie i jakie kursy są tam dostępne)
  • Application Form: jedno z uczelni, na której się uczymy, drugie z uczelni, na którą się wybieramy. W tym pierwszym oprócz informacji osobistych wpisujemy 10 "głównych" kursów (takie, które reprezentują nasz kierunek i z których mamy dobre oceny) i informacje o znajomości języków obcych.
  • Learning Agreement x2+ksero: wykaz przedmiotów, które będziemy realizować na wyjeździe, ważne jest, żeby wybrać kursy podobne i nie przekraczać zbytnio liczby punktów ECTS
Największy problem sprawia ITS, potrzeba aż 3 podpisów, opiekuna, opiekuna specjalizacji i dziekana. Opiekunem może zostać ktokolwiek (dobrze jak go znamy, ale nie jest to konieczne). Podpis ostatniego prawdopodobnie zbierze za nas dziekanat.
Transcipt of Records musi zostać podbity przez dziekanat, co ze zrozumiałych powodów trochę trwa, więc warto złożyć ten dokument wcześniej.
Learning Agreement musi zostać podpisany przed koordynatora wydziałowego, potem przez dziekana (znów załatwi do dziekanat, który oczywiście zrobi sobie kopię wszystkiego)
Oczywiście w przypadku nie zdawania egzaminu na uczelni potrzebny będzie dokument zwalniający nas z tego egzaminu (zaliczony B2/E lub C1/E albo też FCE/CAE itd.). Dodatkowo czasem trzeba złożyć zdjęcia.


Do biura DWM (Dział Współpracy Międzynarodowej) należy złożyć wszystkiego dokumenty (oprócz ITS). Warto zrobić też jedną kopię dla siebie.

czwartek, 7 maja 2009

Historie czas zaczac

Bardzo dobrze pamiętam okoliczności w jakich poznałam Ele - długie i kręte bieszczadzkie ścieżki i mój absurdalnie wielki plecak...
pierwszy powrót z Dominikiem autobusem linii 128 ze sławetnego znajdującego się prawie-na-końcu-świata budynku M1...
no i ten potwornie nudny wykład z Podstaw inżynierii na którym po raz pierwszy ( i przedostatni) w życiu zostałam przesadzona za gadanie. Z Jacentym.
Wtedy jeszcze nie miałam pojęcia na jak świetnych ludzi trafiłam. Teraz już wiem:)

Ten blog jest opowieścią o nas. O naszych przygodach na odległych końcach Europy. Cztery osobne historie splecione w jedna.

Po ponad dwóch latach wspólnej walki o przetrwanie na wydziale elektroniki, czas wyruszyć w szeroki świat.

Czeka nas pól roku erasmusowania w trzech niezwykłych miejscach.

Elowe zmagania z deszczem, klify i pyszne irlandzkie piwo,
Dominikowe zmagania z surfowaniem, fale, słonce i palmy.
No i my - gdzieś pośrodku, w tętniącej życiem Barcelonie.

To wszystko już niedługo:)